1. Medytacja – co to właściwie jest
(1)
Wszędzie wokół dziś słyszymy słowo „medytacja”, choć nikt tego pojęcia nie wyjaśnia. Wygłaszane są przedziwne twierdzenia, jakoby kultury naturalne i chrystianizm stosowały tę samą „medytację”, bo i tu, i tam używa się tego określenia. Jest to nieprawda, a sam termin okazuje się wieloznaczny. Warto zatem prześledzić różne jego znaczenia i użycia.
1. Dogłębne rozważanie
Medytacja w życiu codziennym to po prostu długie zastanawianie się nad jakimś problemem. Polega na poszukiwaniu jakiegoś wewnętrznego światła w danej sprawie lub zagadnieniu.
2. Głęboka relaksacja
Często, choćby w kolorowych gazetach, możemy spotkać się z utożsamieniem medytacji z zabiegami relaksacyjnymi. Nieraz słyszeliśmy: „Kiedy jesteś zdenerwowany, usiądź i policz do dziesięciu”. To jest właśnie najprostsza aktywna relaksacja. Wypracowano wiele bardziej skomplikowanych jej metod. Żyjąc aktywnie, nie jesteśmy w stanie przeżyć swoich emocji do końca, nie mamy na to dość czasu. Tym sposobem one pozostają w nas i dobijają się do naszej świadomości – tym mocniej, im mocniej je stłumiliśmy i odsunęliśmy od siebie. Relaksacja pozwala nam uwolnić tę nagromadzoną w nas parę, co prowadzi do ukojenia psychiki. Harmonia psychiczna z kolei pomaga sięgnąć do głębszych, na co dzień niedostępnych przeżyć. Wówczas to wzmagają się intuicje i przeżycia sięgające sfer subtelnych, takie jak choćby mistycyzm naturalny.
Wstępem do wielu duchowości są techniki głębokiej relaksacji. Harmonizowanie umysłu, pogłębianie integracji osobowości zawsze jednak opiera się o jakąś filozofię. Człowiek bez niej nie funkcjonuje. Nawet tak silnie negatywna wobec filozofii doktryna, jak zen, w istocie niesie w sobie swoisty depozyt przekonań i światopogląd. Człowiek zawsze ma jakiś światopogląd, a każda doktryna czy metoda bazuje na jakiejś filozofii bądź religii. Dlatego nie należy bezkrytycznie brać za dobrą monetę każdego nauczania relaksacji nazywanej „medytacją”.
Relaksacja w chrześcijańskim ujęciu sama w sobie nie jest duchowością. Musimy jednak pamiętać, że Jezus Chrystus zaleca nam nawrócenie serca, tego ośrodka woli i przeżyć. Mamy stawać się czyści duchowo, a to wymaga od nas uporządkowania przeżyć. Nie da się tego zrobić wolitywnie i przemocą wobec samego siebie. Lekarstwem jest miłość, jaką stanowi orędzie Zbawiciela. Akceptując Jego miłość wobec siebie i ją podziwiając (kontemplując), rozważając koleje naszego życia w cieple Jego współczucia, akceptującej miłości i przebaczenia, odnajdujemy prawdziwą pociechę. Chrystus pokrzepia nas, gdy zmartwieni i zmęczeni przychodzimy do Niego i przed Nim trwamy. Wyrzekając się tego, co własne i co pochodzi ze świata w stosunku do nas samych, a przyjmując Jego łaskawą dobroć, osiągamy coś więcej niż relaks. Wygaszając siebie, własny wewnętrzny bałagan, a otwierając się na Jego zachwyt nad swoim stworzeniem, idziemy drogą z pozoru negatywną – ujmowania sobie, wewnętrznej ascezy. Oczyszczone miejsce ofiarujemy jednak Duchowi Świętemu, aby Ten mógł w nas pracować. Wtedy możemy już mówić o duchowości, czyli współpracy z Duchem.
3. Mistycyzm naturalny
Jest to wchodzenie w swego rodzaju unię mistyczną, psychiczne zjednoczenie z Kosmosem w wyniku kontemplacji otaczającej rzeczywistości, zachwycenia nad nią. Ileż razy na brzegu morza, w górach czy w głębi lasów doznawaliśmy tego radosnego uniesienia zjednoczenia z przyrodą! Można to przeżycie eksplorować głębiej i budować wokół tego całą duchowość.
Tak dzieje się przykładowo w ramach tzw. duchowości ateistycznej. Nie jest to jednak ani mistycyzm, ani duchowość sensu stricto. To uczucia i przeżycia niewykraczające poza stworzenie, choć potrafią być głębokie i zmieniać ludzkie życie. Z takich przeżyć rodziły się pierwotne kultury, religie naturalne i filozofie. Takie medytacje doprowadziły człowieka do pojmowania kosmicznej – przyrodniczej harmonii i ładu oraz swojego miejsca w tym wszystkim. Z czasem doprowadziło to do pojęć takich jak: Kosmos, Logos, Tao czy Ma’at, Brahman i wielu podobnych. Kosmos odsłania w mistyce naturalnej Absolut, którego jest analogiem. Chrześcijanie w podobny sposób mogą obcować duchowo z Logosem, wchodzić z Nim w rodzaj zjednoczenia.
Nie należy więc tej części naszej natury lekceważyć ani jej dezawuować. Przykładowo C.S. Lewis widział w tym esencję człowieczeństwa, a w upadku takiej refleksji w XX w. upatrywał właśnie upadek człowieczeństwa. Jest to ważne także dla chrześcijan. Jesteśmy wyznawcami Logosu Wcielonego.
Jednak nie wolno nam zapominać, że właściwe oświecenie pochodzi z objawienia danego nam przez Zbawiciela. Nie zdobędziemy go przez żadne naturalne wglądy i iluminacje. Bóg nie zawiera się w Kosmosie, ale jest ponad stworzeniem. Absolut nie jest jedynym aspektem Bożym. Objawienie historyczne w Izraelu i dane nam przez Chrystusa obdarza nas najważniejszymi prawdami o Bogu i Jego zbawczej ofierze.
4. Medytacja chrześcijańska
Medytacja to termin chrześcijański. Funkcjonuje ona w ortodoksyjnym chrześcijaństwie jako praktyka duchowa i oznacza dosłownie rozważanie Słowa Bożego, a jeszcze dokładniej – osadzanie Słowa Bożego w swoim przeżywaniu, przemianę, integrację z nim. Słowo Boże odświeża w nas obraz Boga zarzucony naleciałościami świata. Początki praktyk medytacyjnych giną w duchowości antycznej. Dawniej teksty, także święte, powszechnie opanowywano pamięciowo. Powtarzano je sobie po prostu w myślach lub na głos. Przywołajmy relację z podróży do Sketis:
„Ja sam poznałem [Herona] bliżej, kiedy wraz z nim i błogosławionym Albaniosem podróżowaliśmy do Sketis. Do Sketis było czterdzieści mil; przebywając tę drogę, dwukrotnie jedliśmy posiłek i trzykrotnie piliśmy wodę, on zaś nie jadł ani nie pił, całą drogę szedł pieszo i odmówił piętnaście psalmów, potem wielki psalm, a nadto List do Hebrajczyków, Izajasza, część Jeremiasza, Ewangelię Łukasza i Księgę Przysłów, a my nie mogliśmy za nim nadążyć” (ŹrMon 12, XXVI, 2–3).
Praktykę recytowania krótkiego wersetu Pisma w chwilach pokus zalecał również Ewagriusz w swym Antirrheticus, będącym katalogiem fragmentów Pisma usystematyzowanego według konkretnych „złych myśli”.
„W tym mniszym sposobie rozważania Pisma tkwi pewna pułapka. Grecki czasownik określający ją (…) oznacza zarówno recytację, jak i ćwiczenie, deklamację czy po prostu podejmowanie jakiegoś wysiłku. Łacińskie tłumaczenie oddaje zazwyczaj te słowa przez meditari bądź meditatio (taka terminologia występuje właśnie u Kasjana). Polskie słowo medytacja nie oddaje ani trochę tego, co wyrażają słowa greckie i łacińskie, więcej – wprowadza w błąd. Mówimy, że jeśli ktoś medytuje, to znaczy, że rozmyśla (podobnie jak w Ps 1, 1). Tymczasem w medytacji Ojców Pustyni nie chodzi bynajmniej o leniwe dumanie nad Pismem, ale raczej o jego nieustanne powtarzanie i utrwalanie w pamięci. Cel tej praktyki, problemy mogące ją zniweczyć i wątpliwości, które powstawały względem niej, podejmuje w Rozmowie XIV Kasjan.
Odpowiedzią na recytowane Boże Słowo była modlitwa. Columba Stewart, rekonstruując mnisze obyczaje w tym względzie, opracował schemat, który po powyższych uwagach powinien być czytelny i pomocny:
wstęp: czytanie Pisma/słuchanie czytanego tekstu => memoryzacja praktyka: recytacja Pisma/psalmodia => modlitwa słowna/bez słów => powrót do recytacji Pisma/psalmodii.
Psalmodia, o której tutaj mowa, to chwile recytacji psalmów, zazwyczaj o poranku i wieczorem, w liczbie 12; po każdym z nich mnisi na krótki czas oddawali się modlitwie. Widzimy zatem, że modlitwa z Pisma wypływała i do niego na nowo powracała.
Pismo Święte towarzyszyło mnichom wszędzie. Teksty pachomiańskie mówią chociażby o mnichach zdążających do pracy i powoli recytujących Słowo Boże. Szczególne wrażenie robią wydobyte z piasku mury cel, na których wypisano fragmenty biblijne.
Teksty hagiograficzne pokazują mnichów jako odpowiedników bohaterów biblijnych. Jeden z żywotów Pachomiusza pokazuje go jako stojącego na końcu długiego szeregu Ojców, przyjaciół Boga, których początek tkwi oczywiście w biblijnych patriarchach. Podobnie w swych Listach mówi Antoni Wielki. W ten sposób Pismo Święte staje się rzeczywistością przeżywaną i oglądaną – także tu i teraz” (za: Szymonem Giżyckim OSB; Jan Kasjan, O wiedzy duchowej [wstęp]).
Powstała z czasem także praktyka modlitwy nieustannej tekstami świętymi. Powoli obok tego rodziła się m.in. modlitwa Jezusowa i inne modlitwy monologiczne (jednozdaniowe). Praktyka wypełnienia świadomości świętym tekstem miała za zadanie utrzymanie uwagi na Panu Bogu. Z tego względu grzech postrzegano jako przejaw zapomnienia o Bogu. Modlitwa nieustanna i różnego rodzaju serdeczne przeżywanie spraw objawionych przeszły w bliżej nam znane praktyki, takie jak modlitwy powtarzane, akty strzeliste, litanie, różaniec i koronki, lectio divina, ćwiczenia duchowe, w tym wyobrażeniowe i afektywne zebrane przez św. Ignacego. U podstaw rzeczywistej medytacji chrześcijańskiej zawsze znajduje się Słowo Boże, w którym ma ona swój przedmiot. Adorowany jest w niej Pan Bóg.
Tradycyjnie mówiono, że medytacja to pierwszy etap duchowości; jako drugi wskazywano kontemplację (jako dar Boży). Problem w tym, że „kontemplacja” także nabrała wielu znaczeń, stało się tak do tego stopnia, że pojęcia te zupełnie pomieszano.
5. Medytacja dalekowschodnia
W tym rozumieniu medytacja dotyczy praktyk religii naturalnych (szczególnie wschodnich). Widać tu zapożyczenie terminu i stosowanie go do zjawisk, które z oryginalną medytacją chrześcijańską nie mają nic wspólnego. Medytacja wschodnia to zbiorcze i mylące określenie stosowane do całych zespołów praktyk znanych w religiach naturalnych, które mają na celu to, aby człowiek manipulował sobą samym dla doskonalenia siebie w oparciu o kryteria określone przez daną religię.
Praktyki te mogą być przeróżne. Wydaje się, że w Azji ich matką jest indyjska joga. Łączy je to, że nierzadko powodują pojawienie się zjawisk i zdolności nadnaturalnych (w religioznawstwie nazywanych „siddhi”) często w postaci okultystycznych mocy, oddziaływań czy zaburzeń. Buddyzm także zmaga się z tymi zjawiskami, nakazując, aby nie zwracać na nie uwagi. W doświadczeniu chrześcijańskim wiemy, że siddhi to efekt zjednoczenia z bytami duchowymi obecnymi w religiach naturalnych. Siddhi mijają po egzorcyzmach.
Adepci New Age odnajdują podobne praktyki we wszystkich właściwie tradycjach naturalnych na całym globie. Mają one prastary rodowód szamański i do dziś są znane w prostszej postaci w kulturach szamańskich. W intensywnie stosowanych medytacjach tego typu możemy wskazać różne elementy, w tym zarówno techniki wyciszenia (relaksacji), jak i mistycyzm naturalny oraz dążenie do zjednoczenia z wszechświatem i przyrodą. Znajdziemy tam także manipulacje psychofizyczne zmierzające do specyficznej dla danej religii przemiany. Są to praktyki psychosomatyczne, które służą poszukiwaniu odmiennych stanów świadomości, sprowadzają transy, uniesienia i wizje. Do perfekcji doprowadzono je w religiach dharmicznych. W sposobach przeżywania nierzadko są zbliżone do zażywania narkotyków, przez co niekiedy stosuje się je zamiennie. Jest to doświadczenie typowe dla kultur animistycznych i hippisów. Rzecz jasna, medytacja rozumiana jako głębokie, uduchowione rozważanie jest obecna w każdej kulturze.
W jodze dhyana (jogiczna medytacja) zazwyczaj ma na celu rozbudzenie zdolności i przeżyć mistyki naturalnej oraz doprowadzenie do samadhi – enstatycznego transu. Wśród praktyk nazywanych zbiorczo medytacją wschodnią możemy wskazać także: mantrę, asanę, mudrę i pranayamę. Jest ich jednak znacznie więcej. Afirmacje, a także wizualizacje przedostały się pod mylącą nazwą „pozytywnego myślenia” do New Age i powiązanej z nim psychologii. Różne tradycje religii naturalnych korzystają z wybranych przez siebie postaci osobistej praktyki duchowej w uproszczeniu nazywanych „medytacjami”. Wydaje się, że najczęściej stosowana jest mantra i praktyka uważności.
Powyżej omówiliśmy pięć znaczeń słowa „medytacja”. Czym jest więc „medytacja chrześcijańska” w rozumieniu WCCM i innych ruchów chaotycznie synkretyzujących chrześcijaństwo z jogą? Jest to medytacja opisana w punkcie piątym, czyli jogiczna, proponowana chrześcijanom, a pomieszana z rzeczywistymi medytacjami chrześcijańskimi. Patrząc od swojej strony, jogin bądź buddysta chętnie utożsamia np. chrześcijańskie modlitwy powtarzane z własnymi mantrami. A wielu „letnich” chrześcijan jemu przytaknie. Takie pomieszanie prowadzi do wielu nieporozumień. W chrześcijaństwie modlitwa Jezusowa jest modlitwą medytacyjną, gdyż opiera się na wielokrotnym, coraz żarliwszym powtarzaniu Słowa Bożego i to coraz bardziej z serca. Buddysta nazwie to medytacją, ale myśląc o niej w znaczeniu z punktu piątego, opierając się na powierzchownym podobieństwie do mantrowania. Podobnie jest z różańcem, który buddysta określi jako „medytację” w swoim rozumieniu, bo jest to modlitwa powtarzana. Dla katolika jest to medytacja, ponieważ rozważamy w nim tajemnice życia Zbawiciela i Jego Matki.
Klasyczna jogiczna mantra to poważny obrządek. Guru dobiera ją swojemu uczniowi spośród dziesiątek stosowanych wedle własnego wglądu w jego potrzeby, często przy okazji inicjacji. Później uczeń stosuje tę właśnie mantrę. Wcale nie musi jej rozumieć, bo to przede wszystkim dźwięk, który na zasadzie rezonansu ma pobudzić wibracje ciała energetycznego, wzbudzać wyższą świadomość, pobudzać kundalini (siłę wężową) do wzrostu i połączenia z jakimś bytem duchowym itp. Wynikowo praktyka ta ma doprowadzić do wyzwolenia z kołowrotu wcieleń. Sens semantyczny mantry pozostaje bez znaczenia. Może to być jedna sylaba, jak choćby wielka mantra OM. Uczeń nie musi jej rozumieć, bo chodzi o wibracje. W hinduizmie świat bowiem powstał nie ze słowa, lecz z dźwięku, wibracji (w jednej z interpretacji). Dlatego wibracje mantry mają rezonować z najpierwotniejszymi stwórczymi siłami we wszechświecie. Mantra docelowo paraliżuje umysł. Jej ostatecznym zadaniem jest jego „rozsadzenie”, uwolnienie go od łączności z otaczającym światem i doprowadzenie do samadhi – enstatycznego transu pogrążenia się w jedności z bytem duchowym oddziałującym w tej religii. Klasyczna mantra zaczyna się od „OM”, w środku ma imię bóstwa, a na końcu – wyraz jego chwały.
Różnica między mantrą a modlitwą Jezusową staje się jasna. Modlitwa Jezusowa to modlitwa, więc wypowiedź wierzącego skierowana do Pana Boga. Jej treść jest istotna, a ponadto pojawia się podmiot i adresat. Według Opowieści pielgrzyma – klasycznego rosyjskiego dzieła w tej materii – ta ustalona dawno treść: „Zbawco, Jezu, zmiłuj się nade mną!” (z obocznościami) wyraża całą Biblię. I to jest prawda. Sens tych słów ma kardynalne znaczenie, bo to o niego właśnie chodzi. Modlitwa Jezusowa jest kierowana do Pana Jezusa. Stanowi nieodłączną część chrystianizmu. Mantry bywają imionami bogów, a mantra OM wyraża hinduistyczną filozofię. Z kolei modlitwa Jezusowa pobudza żarliwość w miłości do Boga, do konkretnego Trójjedynego Boga. Jest drogą do doświadczenia żarliwej przepalającej duszę i ciało miłości jako doświadczenia religijnego w kulcie Trójjedynego. To modlitwa serca, która pobudza całego człowieka, wraz z jego afektywnością, do adoracji Stwórcy. Po uczciwym przyjrzeniu się modlitwie Jezusowej i mantrze musimy przyznać, że podobieństw między nimi praktycznie nie ma, a dzieli je przepaść. Problem analogii do praktyk indyjskich jest zresztą poruszony w Opowieściach pielgrzyma, które bardzo stanowczo odrzucają takie skojarzenia. Można wręcz powiedzieć, że jest to zagadnienie dawno rozstrzygnięte.
(2)
Sprawa okazuje się jednak głębsza. Zawsze, gdy w jednej kulturze spotykają się różne religie, jedna stara się zdominować drugą i podporządkować ją sobie, umieścić w swoim kręgu, wyjaśnić jako swoją niedoskonałą wersję, którą tylko trzeba poprawić i przyłączyć. Antioch IV, w zupełnie dobrej wierze, pokojarzył Zeusa z Bogiem Żydów – bogowie niebiescy są przecież tacy podobni. Doszło wówczas do najgorszego w historii sprofanowania świątyni jerozolimskiej.
Tu sytuacja jest podobna. Skoro ktoś nie widzi różnic między religiami (bo nie chce zobaczyć), także z łatwością popadnie w swoją małą profanację. Na dodatek trwa proces, w którym religia indyjska dąży do zdominowania chrystianizmu i wpisania go w siebie poprzez utożsamienie praktyk. Za chwilę możemy obudzić się w religii z nazwy jeszcze chrześcijańskiej, ale w swoim wyrazie już hinduistycznej. Jest to zgodne z zapatrywaniami synkretystów, którzy Pana Jezusa niekiedy włączają do panteonu swoich bogów, a nawet w niektórych przypadkach widzą w Nim kolejnego awatara (wcielenie) swojego boga.
Kto zatem nie odróżnia mantry i modlitw chrześcijańskich, właściwie już przez to współpracuje w hinduizmem w dziele nawrócenia Europy na tę wiarę. Wielu ludzi, którzy uznają się za katolików, już de facto jest hinduistami bądź buddystami przejmującymi tamtejszą praktykę religijną. Czym jest bowiem religia, jeśli właśnie nie praktyką, szeregiem zachowań, celów i przekonań?
Dodam jeszcze, że relacje znane mi z wielu rozmów na forum bywają dramatyczne. Zdarza się, że ludzie z kręgów synkretystów (ci najbardziej fanatyczni, bo są różni) jeżdżą do klasztorów buddyjskich w Azji, gdzie razem z buddystami medytują i doświadczają wpływu tej praktyki, odczuwają te oczekiwane odmienne stany świadomości, doznają siddhi (nienaturalnych okultnych mocy i wpływów), a potem radośnie importują to do Kościoła. Joga także bywa prezentowana jako coś dobrego dla chrześcijan.
Widać zatem, że „drobne” zabiegi słowne, polegające na utożsamianiu wszystkich zjawisk nazywanych popularnie „medytacją”, prowadzą na manowce.
Kongregacja Nauki Wiary, mając na uwadze problemy w tym zakresie, wydała dokument w sprawie medytacji chrześcijańskiej, który jasno wskazuje niedostatki praktyk takich jak te w WCCM i podobnych środowiskach, gdzie miesza się religie naturalne z chrystianizmem.
2. Parę słów o rozważaniu, czyli medytacja w praktyce
Nie chcę tu prezentować tekstów bogatej literatury duchowej poświęconej medytacji, do których lektury zobowiązany jest każdy człowiek duchowy. Pragnę jedynie podkreślić parę detali, które nierzadko nam umykają. Istota życia duchowego zawiera się w słowach „nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Rozważanie Słowa Bożego jest podstawową praktyką służącą do umacniania w sobie wiary i prowadzącą do poprawy życia, polega zatem na wykonywaniu zalecenia Bożego.
Rozważaniem może być przeżywanie zdarzeń historii biblijnej i odnoszenie jej wraz z jej bohaterami do swojego życia. To także aktywne przyjmowanie pouczeń Bożych, jakie znajdziemy w dużej ilości w Piśmie lub pismach pobożnych. Przykładowo, taką jedną wielką medytacją pasyjną jest droga krzyżowa. To nabożeństwo zawiera w sobie faktycznie wyłącznie praktykę medytacyjną. Są w nim przywołane wydarzenia, które były realne kiedyś, ale dziś niosą dla nas sens symboliczny. Jako symbol odkrywają przed nami tajemnice Boże i drogi duchowego nawrócenia. Rozważanie ich z czasem będzie prowadzić w stronę oświecenia i zjednoczenia z Bogiem w Jego wysiłku zbawienia świata.
Niekiedy pojawia się problem jałowości rozważania. Są ludzie, którzy przez długie lata praktykują rozważanie, ale zupełnie tego po nich nie widać. Można zauważyć, że wiele osób prowadzi takie rozważania nieco bezmyślnie, czytając wybrany tekst i nie bardzo wiedząc, co dalej. Może zdarzyć się też tak, że człowiek, rozważając sytuację zbawczą, skupia się zupełnie na Panu Jezusie, niejako z Nim się jednocząc – utożsamiając. Gdy inni dokuczają Chrystusowi, ten człowiek się smuci; gdy poniżają Boga, to się lituje itp. Problem w tym, że w ten sposób niewiele się zyska. Brakuje bowiem postawy nawrócenia.
Postawa ta pojawia się wtedy, gdy stajemy wobec historii zbawienia ze szczerą chęcią doskonalenia siebie poprzez odkrywanie, obnażanie i naprawianie zła, które jest w nas samych. Zaręczam, że nikomu z nas nie brakuje tego zła. Jest ono nieustannie w nas wkładane przez świat, wynieśliśmy go pełno z własnej przeszłości. Walczymy w tym wszystkim o nasze przeżywanie, jakkolwiek je nazwiemy: emocje, uczucia, serce itp. Podkreślam – chodzi o przeżywanie, a nie o poznanie jedynie na poziomie informacji, wiedzy. Oczyszczanie serca jest bowiem podstawowym obowiązkiem chrześcijanina: „błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”. Śmiem twierdzić, że nie ma prawdziwego chrystianizmu bez postawy stałej reformy samego siebie, kwestionowania swoich nawyków, przyzwyczajeń, a nawet pewników. Po prostu nie ma chrześcijaństwa bez nieustannego poprawiania się, nawracania. Mamy zapierać się siebie dla Boga, przynajmniej krzyżować swoje ego. Bóg będzie oświecał nasz umysł, a to światło będzie ciągle kwestionować nasze dawne punkty widzenia. Ludzkie pomysły, idee, podziały, kategorie – to wszystko musi ustępować czystemu posłaniu Ewangelii. Wiele nawet potocznych, obiegowych wśród chrześcijan przekonań musi polec, jeśli pochodzą jedynie od ludzi. Czcimy Boga chętnie wargami, ale chodzi o to, żeby czcić Go całym sobą, sercem i postępowaniem. Nawrócenie odbywa się dzięki działaniu Boga, któremu zawierzamy swoje problemy. Staramy się w sercu wsłuchać w Jego przesłanie oraz przyjmować dalszy bieg wydarzeń, czasem zaskakujący. Warunek absolutny i totalny, bez którego nie warto nawet zaczynać medytacji, to uczciwość i prawda. Kto chce sam sobie schlebiać, podbijać sobie bębenek samozadowolenia, bronić swojego status quo, tłumaczyć i rozgrzeszać siebie, chować swoje zło, wypierając się go, lepiej niech wcale nie siada do medytacji, bo tylko narobi sobie krzywdy i wypaczy Słowo. Kto uważa, że nie ma za co żałować, ten oszukuje samego siebie. Duchowość nie jest dla zdziecinniałych i chełpliwych, którzy swoje kompleksy i niedomagania tuszują pyszałkowatą pewnością siebie. Nie jest dla doktrynerów, którzy do krwi ostatniej będą bronić swoich wcześniejszych idei. Tu trzeba robić miejsce dla Boga i Jego zdania.
Zmiana wzorców reakcji emocjonalnych to zasadnicza treść pracy nad sobą. Psychologia nazywa to internalizacją, uwewnętrznieniem dobrych zasad. Swoje utrwalone reakcje nazywamy postawami, a utrwalone dobre postawy – cnotami. Środkiem do cnotliwego życia jest oczyszczanie serca, inaczej mówiąc – nawracanie się, czyli poprawa. Obnażenie zła w sobie uwalnia nas i kieruje w stronę dobra, które jest nam naturalne, ale zarzucone złymi emocjami.
Osobami, które niosły przesłanie od Boga do ludu, byli prorocy. Warto wspomnieć o ważnej rzeczy: głos Boga rozchodzący się poprzez proroków zawsze był głosem wołającym o poprawę. Prawdziwi prorocy generalnie nawracali lud, łajali go, chłostali Słowem Bożym. Tylko ci fałszywi dogadzali ludziom dla korzyści. Także i my mamy być sami sobie takimi prorokami – jesteśmy przecież ludem prorockim! Nie bądźmy więc fałszywymi prorokami usypiającymi samych siebie i naszą czujność na zło, ale prawdziwymi, obnażającym grzechy, grzeszki i obłudę.
Nie chodzi jednak o jałową „walkę ze złem”, ale o zauważenie Boga i zapomnienie zła. Sednem i centrum duchowości jest bowiem Pan Bóg i coraz doskonalsza adoracja Jego działania i miłości. To prowadzi do łaski wglądów w sprawy wieczne, do wlanej kontemplacji. Wtedy też rodzi się coraz większa potrzeba jak najczęstszej modlitwy, wręcz perspektywa nieustannej modlitwy i adoracji w miarę życiowych możliwości.
Jeśli chodzi o dochodzenie do sensu pouczenia biblijnego i duchowego, to jest to proces długotrwały. Nie tak łatwo bowiem odczytać Biblię. Została ona tak stworzona, żeby praca z nią angażowała nas na długo, wręcz na całe życie. Pismo Święte tłumaczy się samo. Problem wspomniany w jednym miejscu będzie rozwinięty gdzieś indziej, przez co zmusza nas to do uważnej i jak najobszerniejszej lektury. Dopiero składając różne fragmenty w całość, będziemy dochodzić do właściwego zrozumienia. Czytać Biblię byle jak potrafi nawet Szatan, jak to pokazał w czasie kuszenia Chrystusa, zarzucając Go cytatami z tej świętej Księgi. Wnikliwa lektura, przypominająca jakby składanie puzzli, przywodzi mi jako prawnikowi na myśl tzw. wykładnię systemową. W wyniku takiego odczytania pozornie prosty przekaz nabiera nowego sensu wynikającego z kompleksowej analizy całości tekstu czy nawet całości doktryny. Z ustawami bywa tak, że odczytanie tylko ich kawałka może być bardzo zwodnicze, bo gdzieś indziej będą zasady ogólniejsze, od których dany przepis jest tylko wyjątkiem, albo przeciwnie – natrafimy na ogólną zasadę, ale gdzie indziej znajdziemy od niej odstępstwo, które okaże się istotne dla danej sprawy. Możemy też natrafić na lepsze omówienie jakiejś treści albo powiązanie jej z innymi zasadami i ich wzajemne interakcje. To musi trwać i angażować człowieka. Wymaga kojarzenia, przypominania, łączenia itp. Czasami jest to naprawdę ciężka umysłowa praca. Lektura Słowa Bożego to wymagające zadanie.
Wspomniałem wcześniej o rozważaniu sytuacji biblijnych. W tym procesie możemy identyfikować się z postaciami z historii zbawczej. Żeby to jednak służyło nawróceniu, dobrze byłoby identyfikować się czasem z opisanymi grzesznikami. W końcu mamy obnażać swoje zło. Biblijni grzesznicy reprezentują sobą przeróżne typy grzeszności, a wszystkie je nosimy także w sobie. Ta grzeszność w nas to wdrukowane w dzieciństwie i młodości wzorce reakcji, bliskie nam jak nasza własna natura. Wdrukowywanie trwa zresztą cały czas. To przyzwolenie w sercu na zło, choćby poprzez tzw. tolerancję.
Chciałbym także zwrócić uwagę na możliwość medytacji wydarzeń zbawczych z różnych pozycji. Kiedy rozważamy nad tajemnicą Boga jako Ojca, powinniśmy konsekwentnie patrzeć na Niego z pozycji dziecka. Gdy nazywamy Pana Zbawicielem, powinniśmy stawać przed Nim jako świadomi swego upadku grzesznicy. Gdy nazywamy Go Panem, winniśmy bardziej stawać się sługami, pomocą.
Gdy postrzegamy Go jako Króla, powinniśmy zobaczyć w sobie Jego poddanych. Trzeba pamiętać, że sednem duchowości jest ześrodkowanie uwagi na przemianę siebie, a nie na jałowe „teoretyczne” rozważania dla zabicia czasu lub łechtania swojego ego. Chodzi o nawracanie się. Patrząc na Boga, dostosowujemy się do Jego doskonałości. Chodzi o praktykę, nieustanną pracę, o śmierć egotyzmu – pychy i grzeszności – na krzyżu, gdzie Chrystus umarł, aby umarły i nasze grzechy.
Dobre rozważanie to analizowanie świata, siebie, wzorców, emocji, zachowań w świetle Słowa. To ich świadome osądzanie, czyli oddzielanie w swojej myśli zła od dobra. Nazywanie zła złem, a dobra dobrem to właśnie rozważanie. Wszystkie byty niższe od człowieka, w tym także nasze własne emocje, zachowania i uczynki, zostały poddane naszej władzy, która wyraża się poprzez osąd, czyli ich nazwanie. Pamiętamy, jak Bóg tuż po stworzeniu nakazał człowiekowi ponazywać cały świat. Nazwanie jest bowiem początkiem władzy i rozumnego opanowania danego fragmentu rzeczywistości. Nazywając i właściwie wartościując, odzyskujemy władzę nad samym sobą, którą odebrała nam grzeszność, będąca przeciwnie bezmyślnością, bezrozumną popędliwością. Człowiek instynktownie broni siebie i swojej popędliwości, więc przełamanie jej musi odbywać się w atmosferze bezpieczeństwa, afirmującej miłości Boga, który zaprasza nas do poprawy, a co za tym idzie – do lepszego złączenia z Nim i Jego wiekuistym szczęściem oraz pokojem. Poprawiając się, zażywamy bowiem tego więcej i więcej. Poza tym uwalniamy od śmierci swoje życiowe potencjały i czynimy się znacznie bardziej żywotnymi, twórczymi, aktywnymi. Grzech jest śmiercią za życia, bo zabija część natury człowieka, jakąś jego władzę. Rozważając Słowo i nawracając się walczymy więc o samych siebie. Jest to prawdziwie walka, bo tzw. stary człowiek bardzo się w nas zapiera przed przemianą i oddaniem swoich przyzwyczajeń.
Zauważyłem, że niezmierne istotne znaczenie ma tłumaczenie tekstu biblijnego na własny język. Każdy z nas ma swój język, który do niego dociera. Spróbujcie sami i odpowiedzcie sobie, który z terminów (synonimów) trafia do waszego serca i jest zrozumiały: metanoia, nawrócenie, poprawa. Dlatego trzeba sobie powtarzać istotne pouczenia własnymi słowami, to jest naprawdę nieprawdopodobnie ważne. Chodzi bowiem o poruszenia naszych serc, a one czasem reagują bardzo po swojemu i wymagają użycia słów-kluczy dla każdego innych.
Pamiętam, że dawno temu zacząłem medytację zupełnie instynktownie od przełożenia Ojcze nasz i Zdrowaś na swój dzisiejszy język. Potem, już nawet modląc się tekstem tradycyjnym, zupełnie inaczej się te modlitwy przeżywa. Nasze serca mają takie słowa-klucze, które dopiero po użyciu do nas trafiają i nas poruszają, zmieniają.
Nawracanie się to żałowanie wcześniejszego zła, choćbyśmy to czynili bezwiednie i nieświadomie czy wręcz przypadkowo, choćby to była „tylko” bezmyślność czy obojętność na zło. Pożałować to uznać swój błąd, porażkę, przegraną, stratę życia w cieniu grzechu. Trzeba żałować:
• błędnych poglądów, wzorców,
• wcześniejszego życia bez właściwej świadomości zła i z akceptacją grzechu oraz tego, co do niego prowadzi, choćby nawet z milczącą akceptacją.
To musi być przeproszenie, uznanie własnej głupoty i zaniedbania, nieuporządkowania, w najlepszym razie ignorancji zawinionej w wyniku braku wcześniejszego poszukiwania prawdy. Przejrzenie na oczy, zobaczenie własnego upadku natychmiast prowokuje do oddania chwały Bogu, który zawsze był doskonały i chciał nam tej swojej doskonałości udzielić.
Dobre, pełne, nawracające rozważanie nie przyjdzie od razu. Zwłaszcza z początku będzie potrzebne oswajanie się z Pismem, nieraz czytanie dla samego czytania, niemal zupełnie bez zrozumienia. Trzeba jednak być wytrwałym i opanowanym, cierpliwym. Mamy się stale nawracać – to jest w tym najważniejsze. Z początku nawracamy umysł, który nie zna Bożego Słowa. Normalna lektura też jest zatem sposobem nawracania, choć tylko zaczątkowym. Z czasem, nieraz w miarę upływu lat, schodzi to głębiej. Oczywiście są ludzie, którzy od razu nabierają szerokiego rozumienia, ale to nie dotyczy wszystkich.
Na skutek dobrej medytacji twarz się wypogadza, nabiera właściwego wyrazu, znika grymas i przykurcze. Podobnie dzieje się w ciele. Dawno temu, gdy zaczynałem rozważania, odczuwałem to bardzo fizycznie. Poprawiło mi się krążenie, ręce przestały być zimne. Zadawnione ściski w brzuchu odpuszczały, a czasem wręcz boleśnie odbierałem te odprężenia. Niekiedy mięśnie w ciele mogą reagować dygotem, co ma miejsce, gdy długotrwałe napięcia w końcu się rozprężają. Zdarzają się chwile, kiedy nagle pojawia się takie senne osłabienie i trzeba się na chwilę położyć, jakby umysł potrzebował resetu. Cała nasza neuroza powoli ustępuje, a spojrzenie się rozjaśnia. To oczywiście tylko uboczne efekty, bo chodzi o stan duszy.
3. Kontemplacja – co to właściwie jest
„(…) gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje” (Mt 6, 21).
(1)
Kontemplacja w świecie i historii
Można dziś usłyszeć w kontekście jogi i zen, że Kościół od wieków praktykuje kontemplację, która jest uprawiana także na Dalekim Wschodzie, stąd wystarczy nauczyć się zen, żeby być kontemplatykiem chrześcijańskim. „Kontemplacja” i „życie kontemplacyjne” to terminy nieschodzące z ust, a połowa książek i trzy czwarte publikacji o życiu duchowym używa tych wyrazów na wszystkie możliwe sposoby. W większości przypadków jest to jednak nieporozumieniem.
Pytanie o kontemplację nie jest pytaniem o tę czy inną religię. To pytanie o człowieka w ogóle, bo kontemplacja jest tak stara, jak sam człowiek. Jest ona matką wszelkiego poważnego myślicielstwa – protofilozofii mitów, mądrości mędrców, filozofii. W Grecji była nazywana theorią, a theoria to matka każdej szlachetnej myśli. Stanowi ona przeciwieństwo praxis, tzw. życia czynnego, samodzielnie aktywnego. Nam dziś to złożenie „teoria–praktyka” kojarzy się z pewną ironią wobec współczesnych odrealnionych teoretyków, akademików bez kontaktu z rzeczywistością, żyjących w świecie swoich wyobrażeń. Tymczasem w tradycji naszej kultury i religii właśnie theoria uchodziła za postawę najcenniejszą. Pasywna, odbiorcza, ustępująca, poddana, zachwycona theoria – kwintesencja człowieczeństwa. Tak bardzo dziś zapomniana.
W różnych kulturach pytanie o kontemplację jest źle postawionym problemem. Nie powinno się bowiem pytać, czy odnajdziemy w nich kontemplację, bo ona jest wszędzie. Winniśmy pytać, co lub Kto jest kontemplowany? Oto istota sprawy.
Przykładowo, mechanicznie i nieuczciwie tłumaczy się jako „kontemplację” lub „medytację” termin dhjana (w pali: jhana), którego po prostu najlepiej wcale nie przekładać. Dhjana to praktyki jogicznej (i buddyjskiej) duchowości osobistej. Po japońsku wymawiana jest jako „zen”, a ta odmiana buddyzmu nazywana bywa „sercem buddyzmu”, gdyż akcentuje ona (zwłaszcza wersja soto) właśnie te praktyki, nierozważnie określane „medytacją wschodnią” lub „kontemplacją”, które dotykają rdzenia religijności i filozofii buddyjskiej. Dhjana w lotosie lub siadzie japońskim praktykowana jest w celu osiągnięcia jogicznego/buddyjskiego wyzwolenia, przejścia w wyższy stan duchowy, uzyskania wglądu. „Dhyâna – kontemplacja, przedłużona koncentracja na przedmiocie subtelnym bądź niesubtelnym, ejdetyczne wnikanie w istotę konkretnego przedmiotu, aż do dojścia do istoty przedmiotowości i podmiotowości w ogóle” (za: Powszechna encyklopedia filozofii). Warto nadmienić, że przedmiot subtelny oznacza ezoteryczny, a niesubtelny – to jakiś fragment otoczenia. Jej celem jest samadhi, czyli enstatyczny wgląd duchowy, oderwanie się od przyziemnej rzeczywistości.
Należy pamiętać, że dhjana nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. Związana z nią jest adoracja mocy jogicznych pod nazwami bóstw hinduskich lub kosmicznych mocy ezoterycznych. Towarzyszą jej zabiegi psychofizyczne na samym sobie poprzez mantry, ćwiczenie koncentracji, umysłu, wizualizacje energii itp., samozaklinanie (tzw. afirmacje). To wszystko nie ma nic wspólnego z duchowością chrześcijańską. Chrześcijańscy księża, mnisi pielgrzymują do Indii uczyć się dhjany, utożsamiając ją z kontemplacją chrześcijańską, co jest niestety wielką pomyłką. Owszem, dhjana (chin. chan; jap. zen) zawiera w sobie postawę kontemplacyjną, ale jest to kontemplacja nakierowana na przedmiot polecany przez daną religię, nierzadko mająca na celu poszukiwanie mocy ezoterycznych, względnie mistyka naturalna. Nie jest to jednak chrystianizm, jeśli jest jogą, zen czy vipassaną. Chrystianizm znajduje się dalej, poza tematami mocy kosmicznych, bogów hinduskich, skupienia na tu i teraz, wyrzekania się materialnej rzeczywistości czy badania struktur duchowych wszechświata. To nie to.
Theoria uprawiana przez Heraklita, eleatów czy Sokratesa to także nie była chrześcijańska kontemplacja.
Theoria, nawet ta filozoficzna, to jedno z największych pocieszeń, jakich dostępuje człowiek. To sama istota szczęścia, wyzwolenie siebie od tego, co nieistotne, i skupienie się na najistotniejszym.
„Nie ma zaś w filozofii i doskonalszej postaci «współ-bycia» niż contemplata tradere; w istocie bowiem theoria (kontemplacja mądrościowa) jest najdoskonalszym środkiem ulgi w najbardziej dotkliwym cierpieniu – tęsknocie do Boga” (P. Cieciura za Arystotelesem).
Już na gruncie filozofii theoria jest zjawiskiem fascynującym, a co dopiero w religii…
Jest ona też narzędziem obrony duszy.
„Milczące wnętrze jest w rzeczywistości postawą kontemplacyjną człowieka, który pozostaje w relacji z prawdą, medytuje i modli się. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek życie kulturalne potrzebuje postawy kontemplacyjnej, która zasadniczo przestała istnieć w epoce nowożytnej zdominowanej przez racjonalizm i kult działania. Guardini ujmuje postawę kontemplacyjną nie jako postawę specyficznie religijną, ale jako coś, co należy do całości życia ludzkiego. Chodzi o stworzenie autentycznego życia wewnętrznego, które stanie się punktem oparcia dla egzystencji zagrożonej przez różnego rodzaju niebezpieczeństwa. Człowiek współczesny musi mieć siłę wewnętrzną, aby skutecznie przeciwstawić się mentalności stadnej oraz hegemonicznej władzy świata zewnętrznego. Tylko dzięki postawie kontemplacyjnej człowiek może się uchronić przed supremacją bieżących opinii, aby móc wnikać w istotę rzeczy” (ks. A. Kobyliński według R. Guardiniego).
W człowieku władzą zajmującą się kontemplacją jest rozum wyższy.
„Wyróżnia się niekiedy rozum wyższy (ratio superior) i rozum niższy (ratio inferior). Ratio superior to intelekt, który kontempluje rzeczywistość wieczną, a więc przekraczającą porządek zmysłowy i ujmującą ostatecznościowe przyporządkowania człowieka do Bytu Pierwszego jako źródła oraz celu istnienia i działania. Poznanie to odpowiednio usprawnione nazywane jest mądrością (sapientia)” (za: Powszechna encyklopedia filozofii).
Teraz już rozumiemy, że w wielu kulturach i religiach kontemplacja nie jest jakąś jednolitą czynnością, tylko specyficzną postawą duszy nastawionej na odbiór, ustępliwej, poddającej się działaniu. Jest to termin bardzo niejednoznaczny. Przykładowo w chrystianizmie możemy powiedzieć, że medytacja to praktyka kontemplacyjna, gdy przemienia duszę. Kontemplacja należy też do praktyk medytacyjnych, gdyż powoduje wypracowanie nowej wiedzy. Oba terminy są używane niezwykle swobodnie, zwłaszcza w naszych czasach.
Kontemplujemy także piękno. Często możemy usłyszeć o kontemplacji sztuki.
W istocie każdy rodzaj kontemplacji ma walor podziwu dla jakiegoś rodzaju piękna.
(2)
Kontemplacja w chrześcijaństwie
Zamiennikiem słowa „kontemplacja” bywają terminy „skupienie” i „modlitwa skupienia”, z kolei zamiennikiem „życia kontemplacyjnego” jest „życie bierne” w przeciwieństwie do „życia czynnego” – praxis.
W katolicyzmie możemy wyróżnić dwa główne użycia terminu „kontemplacja”:
1. kontemplacja czynna, czyli przykładowo:
• wszelkie praktyki mające na celu głębsze wejrzenie w treść Ewangelii, tzw. kontemplacja ewangeliczna, niejako głębszy etap medytacji,
• wyrobione ćwiczeniami duchowymi poczucie obecności Boga i stała tego świadomość, tzw. skupienie czynne,
2 . kontemplacja bierna, wlana – stany mistyczne, którym mistyk jest poddawany przez Pana Boga, zaczynające się od wlanego do serca silnego poczucia Bożej obecności, i wszelkie dalsze stany mistyczne, jest to kontemplacja we właściwym jedynie dla chrystianizmu wąskim znaczeniu.
W tekstach religijnych używa się pojęcia kontemplacja w obu tych znaczeniach i trzeba je rozróżniać po kontekście.
Święty Tomasz z Akwinu poświęcił temu pojęciu ładnych parę stron Summy teologii, a dokładnie w cz. 2.2 q. 179 i d. Według niego kontemplowanie Pana Boga stanowi początek obcowania z Nim w niebie. Tam dusze zajęte są zachwytem i adoracją Boga, widząc Go bez przeszkód. Wchodząc w mistyczną kontemplację, rozpoczynamy życie dusz zbawionych i zbliżamy się do zjednoczenia z Bogiem.
Wzorem postawy kontemplacyjnej jest Maria z historii o dwu siostrach. Marta to praktyk. Maria – zapatrzona, zakochana Bożą miłością – jest kontemplatyczką. Dyskusja nad wartością życia czynnego i biernego trwała całe wieki. Swoje stanowisko w tym sporze zajmuje też św. Tomasz, który wyróżnia życie bierne jako szlachetniejsze, ale z drugiej strony wskazuje, że dobrze czyniąc (praxis), można zgromadzić nieraz więcej zasług, niż zrobił to niejeden kontemplatyk.
„Życie kontemplatywne polega na miłości Boga, jako że ta miłość wzbudza w kimś pragnienie oglądania piękna. A ponieważ każdy odczuwa rozkosz, gdy osiąga to, co kocha, dlatego życie kontemplatywne kończy się na rozkoszy, którą przeżywa wola, a rozkosz ta wiedzie z kolei do tym większego natężenia miłości” (Summa teologiczna).
Na ilustrację kontemplacji św. Tomasz przywołuje cytat: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje”.
Teolog ten wskazuje, że do kontemplacji Bożej prawdy możemy dochodzić także przez kontemplację Bożych dzieł. Jest to jednak etap wstępny, po którym dusza może wejść w obszar mistyki. Stąd m.in. wzięło się współczesne powiedzenie, że chrześcijaństwo zaczyna się tam, gdzie kończy się buddyzm. Wszelki naturalny mistycyzm, owszem, należy do porządku życia kontemplacyjnego, ale tylko jako przygotowanie do właściwej kontemplacji mistycznej. Nie można więc w żaden sposób utożsamiać najszlachetniejszej nawet theorii filozoficznej ani mistyki naturalnej z kontemplacją w chrześcijaństwie.
Święty Tomasz odróżnia życie kontemplacyjne od samej kontemplacji. To pierwsze stanowi szerokie pojęcie, w obszarze którego znajduje się praktykowanie cnót, umysłowa praca w wierze, modlitwa, kontemplacja stworzenia, a ukoronowaniem tego jest dopiero kontemplacja mistyczna.
Akwinata przyznaje też (ST I q.79), że kontemplacja (tu w znaczeniu najogólniejszym) jest wspólna wszystkim ludziom posiadającym rozum: „Kontemplacja oznacza niezłożony ogląd prawdy”.
Według komentatora Summy kontemplacja najogólniej oznacza wpatrywanie się czy patrzenie na coś z lubością, zainteresowaniem i podziwem, przy czym chodzi o patrzenie raczej z bliska i bezpośrednie, czemu towarzyszy jakiś wkład uczuć i doznawanie przyjemności. W rozumieniu chrześcijańskim bogomyślność oznacza szczytową kontemplację, o ile zajmuje się ona rozważaniem Boga, wpatrywaniem się w Niego, łącząc w sobie miłość do Boga, widzenie Go, podziw dla Niego i płynącą stąd radość. Jej znaczenie podkreśla też ostatni Sobór. Warto samodzielnie przejrzeć te kilka stron Summy, dostępnej przecież w sieci za darmo na stronach UKSW, w polskim tłumaczeniu w tomie 23.
Siostry kamedułki piszą na swojej stronie tak prosto i czysto:
„W Piśmie Świętym Nowego Testamentu słowo theoria występuje tylko w jednym miejscu, w opisie ukrzyżowania Pana, jaki pozostawił nam św. Łukasz (Łk 23, 48). Ta okoliczność zaważyła na chrześcijańskiej recepcji starego pojęcia, według której theoria to wpatrywanie się w misterium Chrystusa Ukrzyżowanego i widzenie siebie, świata, historii poprzez wizję Krzyża i Zmartwychwstania.
Duchowość pustyni zebrana przez Jana Kasjana widziała w theoretike (wiedzy duchowej) głębokie rozumienie tajemnic Pisma Świętego, które odsłaniają się w Chrystusie jedynie przed ludźmi czystego serca. Im bardziej osoba jest czysta w sercu i umyśle, im bliżej Boga, tym wyraźniej dostrzega Bożą obecność, Jego tchnienie w historii zbawienia i w historii świata, tym bardziej wszystko widzi jako dobre. Najpierw widzi dobroć Stwórcy wobec całego stworzenia, a w konsekwencji dobroć stworzenia. Zło postrzegane w świecie, w drugim człowieku wywołuje głębokie współczucie – jak widok otwartej, bolesnej rany. Zanika osąd (potępianie), którego miejsce przejmuje miłosierdzie i przyzywanie Bożego miłosierdzia. (…)
Contemplatio wywodzi się z połączenia dwóch słów: przyimka cum/z oraz rzeczownika templatio (pozostającego w zależności od wyrazu templum/świątynia). Templum to przede wszystkim namiot niebios – kopuła sklepienia niebieskiego, która wyznacza przestrzeń naszego życia i jednocześnie jak zasłona Świętego Świętych objawia i zakrywa miejsce przebywania Najwyższego. Zatem contemplatio oznaczałoby dosłownie żyć ze świątynią, wewnątrz świętej przestrzeni, żyć na styku tego, co ludzkie i boskie. W tak rozumianym pojęciu, miejscem najdoskonalszej kontemplacji było Ciało Jezusa Chrystusa, w którym zespoliło się niebo z ziemią.
Drogą do kontemplacji jest zatem łączenie rzeczywistości duchowej z materialną, autentyczne dostrzeganie (nie w wizji rozumowej lub intelektualnej, lecz jako fakt życiowy) Słowa Bożego w Piśmie Świętym, Ducha w literze. Dlatego kontemplatyk to ktoś, kto żyje zanurzony w historii i mając światłe oczy serca, potrafi widzieć obecność Słowa Bożego także tam, gdzie inni dostrzegają tylko zło i grzech”.
(3)
Skarb, który wybieramy na wieczność
Kontemplację można opisać także jako poznanie jednoczące, zachwyt, zadziwienie, wpatrzenie, zespolenie w poznaniu, skupienie uwagi „zapatrzenie, zatopienie się w poznawaniu, poznanie rozumiejące.
Kontemplujemy, bo tak czynią dusze w niebie. Jest to zaczątek życia uwielbionego. Kontemplujemy, bo sami jesteśmy kontemplowani, nieustannie poznawani, badani przez doskonale skupione na każdym z nas Boże oko i serce. W niebie „poznamy, jak sami zostaliśmy poznani”. Istniejemy dzięki Bożej uwadze, która nas konstytuuje. Bóg jednocześnie poznaje/rozpoznaje w nas siebie. Gdy wszystko się zgadza, wtedy dokonuje się zjednoczenie.
Takie kontemplacyjne zapatrzenie jest miłością. Spośród wszystkich możliwych miłości mamy wybierać jako wiodącą miłość Bożą. Żadnej innej miłości nie może być przed nią. Także innej kontemplacji. Kontemplacja to poznanie wciągające w obiekt zapatrzenia, pochłaniające. W mistyce zespala ona stopniowo z Bogiem i przebóstwia. „Kontemplacja jest jakimś uniesieniem ponad siebie ducha zakotwiczonego w Bogu, jest zakosztowaniem radości wiekuistej słodyczy” (J. Klimak, Drabina do raju).
Trzeba być czujnym, by nie popaść w idolatrię stworzenia w kontemplacji naturalnej. Owszem, świat pokazuje na Boga jak mędrzec pokazujący księżyc, ale mądry człowiek nie wpatruje się przy tym we wskazujący palec, tylko przenosi uwagę na wskazywany przez niego obiekt. Kontemplować jedynie świat to pomylić księżyc z jego odbiciem w jeziorze.
W katolicyzmie częściej od kontemplacji używamy pokrewnego terminu „adoracja”. Z kontemplacją wiąże się także akt uwielbienia zastrzeżony wyłącznie dla Boga, czyli miłości bezwarunkowej i bezgranicznej. Adorować i uwielbiać wolno tylko samego Boga, bo na tym polega oddanie się w zupełności, bez reszty. Patrząc z drugiej strony, obiekt mojej adoracji jest moim ostatecznym celem.
Adorując, wchodzimy do swojej wieczności. Przykładamy serce, jak to nazwano w Księdze Syracha, do swojego skarbu w wieczności. Tam, gdzie nasze serce kontemplujące, tam będziemy w wieczności. Taki skarb znajdziemy, jakiego szukamy. Tym skarbem powinno być Królestwo Niebieskie (w sensie wspólnoty zbawionych), a nie najpiękniejsza nawet doczesność. Dlatego musisz uważać, co kontemplujesz/adorujesz, na kim się skupiasz, kto jest twoim centrum, stałym punktem we wszechświecie, niezmiennym, doskonałym. Stały jest Bóg, który znajduje się poza czasem i poza światem. Niezmienny. Jego można się uchwycić – nie zawiedzie. Kontempluję to, co jest ostateczną racją, ostatnim autorytetem, moim skarbem, którego najsilniej pragnę. Ten jest moim Absolutem, moim Bogiem.
Każdy z nas coś adoruje, uwielbia, kontempluje. To jest nasze ostateczne dobro, z którym budujemy swoją wieczność. Wielu potrafi nieruchomo zapatrzeć się w przekaz telewizji bądź Internetu. Niektórzy adorują dobra materialne, kluby sportowe, przyjemności. Inni – uduchowieni – wybierają sobie religijny przedmiot kontemplacji, przy czym trzeba pamiętać, że ogromne znaczenie ma to, jaką się wybierze religię. To są ich skarby, niestety nierzadko niecelnie wybrane, ułudne i nietrwałe lub zmyślone.
Obecnie wśród chrześcijan jest prawdziwy „wysyp” książek i publikacji o kontemplacji oraz życiu kontemplacyjnym. Pisane pod dyktando dziwnych pomieszanych nauk Maina, de Mello i Mertona niezmiennie powtarzają, że katolik ma uduchawiać się na sposób dalekowschodni, nierzadko w jakiejś pustce duchowej mylonej z hezychią (pokojem płynącym z prawdziwej mistyki). Nie warto tej makulatury w ogóle brać do ręki. Tylko starsze pozycje i opracowania kilku jeszcze autentycznie wiernych Bogu współczesnych autorów przedstawiają chrześcijańskie nauki duchowe.
4. Modlitwa
(1)
„Wszystko jest owocem modlitwy. Jaka modlitwa – takie życie: stan twojej duszy i ciała, oraz twoje czyny – ich przydatność dla budowania Królestwa Bożego w duszach ludzkich, dla ratowania tych, co giną w grzechach swoich. Wszystko, cokolwiek czynisz swoim sercem, umysłem lub dłońmi – aby miało sens i wartość – musi zaczynać się od modlitwy i kończyć się modlitwą, i trwać w niej. Modlitwa to jedność ze Mną. A przecież Ja jestem początkiem i końcem wszystkiego, co istnieje: Alfą i Omegą. Beze Mnie nic uczynić nie możesz – nic, co zawiera wartość pozytywną. Wielu ginie, świat pogrążony jest w ciemnościach, bo brak modlitwy, brak jedności ze Mną. Wysiłki, praca, energia tak bardzo wielu ludzi obdarzonych obficie Moimi darami tworzy złe owoce, zatrute jadem piekła, które zawsze jest tam, gdzie brak zwrócenia się do Mnie w ufnej i szczerej modlitwie, gdzie brak oparcia się na Mojej mądrości i woli. Ile modlitwy, tyle miłości, mądrości i pokoju w twoim sercu.
Ile przyjęłaś ode Mnie podczas modlitwy, tyle możesz dać tego, co warto dawać drugiemu człowiekowi. Od siebie nie masz nic do dania. Możesz przekazywać, braciom swoim jedynie:
• Moje dobro,
• swoją pustkę,
• lub zło piekła.
I tak się dzieje zależnie od tego, jakie jest twoje życie modlitwy: jej ciągłość, głębia i żarliwość. I nie sądź, że możesz coś zgromadzić w swoim sercu i potem samodzielnie się tym posługiwać. Dobro, miłość, mądrość jest energią, która płynie z Boskiego Źródła, o ile jesteś z nim połączona w modlitwie” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Słowo pouczenia, sob. 20 VI 92. g. 23:20).
(2)
„†* Przepraszać trzeba za myśli, które są początkiem złego czynu. Niech myśli będą przy Mnie, niech będą wypełnione modlitwą – wtedy nie będzie w nich miejsca na zło.
Jeśli myśli wypełnione są dobrem[,] nie zrodzi się w nich zło. Lepiej wypełniać je dobrem niż później tracić energię na usuwanie zła, które się rozrasta i zakorzenia” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Świadectwo, 160, pt. 8 VIII 86, g. 5:40).
(3)
Chrystus tylko raz poprosił ludzi o cokolwiek. Gdy niewyobrażalnie cierpiał w Ogrodzie Oliwnym, prosił o towarzyszenie Mu przez czuwanie i modlitwę. Także i dziś modlitwa ma wymiar Getsemani, polega na towarzyszeniu Chrystusowi w Jego cierpieniu, bólu, rozpaczy, niewyobrażalnym stresie (krwawy pot).
Pamiętajmy o tym wymiarze modlitwy. Jest ona pocieszeniem dla Cierpiącego.
(4)
Modlitwa to spotkanie odbicia z pierwowzorem, odświeżenie obrazu Boga w sobie, więc i odświeżenie siebie. Zbliżenie się do Boga to jakby reset programu w komputerze, zaciągnięcie świeżych i niezakłóconych danych o samym sobie.
(5)
Każda modlitwa dana nam przez Boga ma charakter Jego uwielbienia i pokuty. Modlitwa Pańska kończy się pokutą, zaczyna uwielbieniem, a w środku przedstawia nasza biedę w prośbach.
(6)
Modlitwa to akt wiary i jej aktualizacja, realizacja. Bez aktów wiary nie ma wiary. Wiara składa się z aktów, z realizacji. To łączność z Bogiem.
Słowa, jakich używamy, są mniej ważne dla Boga. On zna nasze serca, potrzeby i intencje. Ludzkie wypowiedzi przypominają gluglanie niemowlęcia. Może dlatego modlitwa w językach to takie gaworzenie. Bogu nic więcej nie potrzeba, żeby nas rozumieć lepiej niż my sami.
(7)
Żyjemy przed obliczem Boga, w stosunku do Boga oraz w kierunku Boga. Modlitwa jest nadaniem człowiekowi właściwego ukierunkowania.
(8)
„Modlitwa jest potrzebna nawet w świeckiej wspólnocie. Dusze, które pragną się modlić, już są na drodze do zjednoczenia we wspólnocie. Módlcie się gorąco i wytrwale, by pocieszyć Pana. Nie przywiązujcie zbyt wiele uwagi do formy” (Matka Boża w objawieniu z Akita).
(9)
Pada nieraz pytanie, jak się modlić. W duchowości kierujmy się zasadą ekonomii – róbmy to, co przynosi największą korzyść duchową: wzrost miłości, nawrócenie, przemianę. Warto popróbować wszystkich form modlitwy, jest ich wiele.
Dla mnie ważna była na początku drogi duchowej Modlitwa Pańska i Zdrowaś Mario. Jednak nie wypowiadałem ich bezmyślnie. Długo medytowałem każdą frazę tych modlitw. Do dziś odkrywam w Modlitwie Pańskiej nowe sensy, jest ona niewiarygodnie nasycona teologią.
Niektórzy praktykują po prostu czytanie Biblii, ale powoli, bez pośpiechu, można na głos dawnym sposobem. Idąc dalej, jest lectio divina, wszelkie rozważania (medytacje) biblijne, wreszcie ćwiczenia duchowe I. Loyoli. Bliska mi Odnowa medytuje nad Słowem Życia (Biblią) w mało sformalizowany, ale za to intensywny sposób. Podawane są czytania, które rozważa się w domu, próbując skierować ich znaczenie na swoje życie i odpowiedzieć na pytanie: „Co dziś Pan Bóg mówi do mnie przez te słowa?”. Pismo Święte rozważa się także wspólnotowo na grupkach dzielenia – to szczególnie cenne doświadczenie.
Odnowa uczy także spontanicznej modlitwy prosto z serca. Bez rozważań, bez pozowania – po prostu szczere słowa wypowiedziane wprost do Pana Boga. Można też modlić się w językach.
Najwięcej w życiu modlę się modlitwą Jezusową. Metoda nie ma zupełnie żadnego znaczenia, a kurczowe trzymanie się takiego czy innego schematu może polegać wręcz na nadmiernym skupieniu się na samym sobie. Osobiście wybieram w danej chwili taką postać modlitwy, której jakoś pragnę, albo która daje mi w danym czasie szczególnie dobre owoce pocieszenia czy też nawrócenia.
Nauczycielką modlitwy jest Matka Boża. Przez całe dorosłe życie adorowała Pana Jezusa. Zachowywała i rozważała w sercu słowa od Boga. Współuczestniczyła w Jego życiu.
(10)
Pan Jezus modlił się bardzo długo, często całe noce spędzał na modlitwie do Ojca. W cytowanych w Ewangeliach Jego modlitwach widzimy, jak szczerze i z serca mówił do Ojca o bieżących sprawach i Go uwielbiał.
(11)
Modlitwa jest służbą i praktyką miłości dostępną każdemu i zawsze. Dzisiaj wielu katolików, nawet kapłanów i biskupów, lekceważy modlitwę jako środek do naprawy świata, a to jest równoznaczne z lekceważeniem Boga. To Bóg jest Panem Świata, Panem obrażonym przez grzechy, jednak faktycznie pragnącym sprawować należną sobie władzę. Modlitwa stanowi więc formę powrotu do niewinności i wyraz zaufania w zbawienie; przywraca naturalny porządek światu, w którym dominującym głosem i sprawcą powinien być Bóg. W przypadku człowieka lekceważącego modlitwę dzieje się przeciwnie – pokłada on zaufanie w sobie lub w innym stworzeniu, co jest bałwochwalstwem.
Wiele jest osób na świecie, które starają się uczynić coś dobrego. Jeśli jednak nie modlą się do Boga, aby „Pan żniwa” zgodził się na ich wysiłki, poparł je i przyjął jako także swoje dzieło, ich trud pójdzie na marne. Bóg chce ludzkich dzieł, ale Mu oddanych, by nie stały się częścią ludzkiej pychy: „Jeśli Pan domu nie wybuduje, na próżno trudzą się budowniczowie”.
Wiele osób dla Boga w sprawiedliwy sposób podejmuje różne starania, ale nie docenia przy tym roli modlitwy albo nie ma na nią wystarczająco czasu. Tymczasem te dzieła wymagają naszej modlitwy wstawienniczej.
(12)
Modlitwy uczymy się za każdym razem, kiedy do niej się zabieramy, a naszym nauczycielem staje się Duch Święty. Mistrzem modlitwy jest Jezus Chrystus, dlatego o zdolność dobrej modlitwy, miłej Bogu, należy się… modlić.
(13)
Postawa wewnętrzna w czasie modlitwy to słuchanie. Trzeba pojąć, że podobnie jak w rozmowie z człowiekiem jest tu czas zarówno na własne mówienie, jak i na słuchanie swojego rozmówcy. Łatwo nauczyć się pacierza od rodziców, ale słuchania Boga musimy się nauczyć już sami. To jest duchowa intuicja, która wyrabia się w miarę oczyszczenia serca i jej praktykowania.
(14)
Postawa ciała na modlitwie generalnie nie jest najważniejsza, byle wyrażała szacunek i oddawała stosunek do Pana Boga. Modlę się w czasie różnych czynności w ciągu dnia, więc też w różnych postawach. Niemniej wieczorem modlę się bardziej uroczyście w odpowiedniej pozycji na kolanach lub siedząc.
(15)
Intencje modlitewne, czyli to, z czym przychodzimy do Boga, są różne. Może to być uwielbienie, dziękczynienie, żal za grzechy, prośba. Podpowie nam to samo serce.
(16)
„91: Modlić się to rozmawiać z Bogiem. Ale o czym? O czym? O Nim, o tobie. O twoich radościach i smutkach, zdobyczach i niepowodzeniach, o szlachetnych ambicjach i codziennych kłopotach. O twoich słabościach i prośbach o łaskę, o Miłość i skruchę. Jednym słowem: poznać Boga i poznać siebie – zaprzyjaźnić się” (Josemaria Escriva de Balaguer, Droga).
(17)
Modlitwa Jezusowa to nieustanna modlitwa aktami strzelistymi do Chrystusa, np. „Jezu Chryste, Synu Boga Najwyższego, ulituj się nade mną grzesznym!”. Ta forma modlitwy pochodzi ze wschodniego chrześcijaństwa.
(18)
Im dłużej żyję, tym lepiej rozumiem powagę i ważność dla katolika modlitw tradycyjnych, takich jak różaniec czy litanie.
(19)
Bóg sam uczy nas modlitwy. Na te czasy ofiarowano nam Koronkę do Miłosierdzia Bożego, której wezwania: „Dla Jego bolesnej Męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata” w postawie duchowej są bardzo podobne do modlitwy Jezusowej.
(20)
Medytacja, czyli rozważanie Słowa Bożego, które przemienia duszę wiernego, także jest modlitwą. Efektem tego może być kontemplacja wlana Boga. Generalnie modlitwa i mistyka to nie są różne zjawiska. Odróżnia je stopień tego, na ile poznajemy Boga, „słyszymy” Go.
Bóg mówi słowami Pisma, że bardziej pragnie poznania siebie przez ludzi niż całopaleń, bardziej miłości niż ofiary. Adoracja jest chyba w swojej istocie szczytem modlitwy, w niej najpełniej wyraża się hasło duchowe chrześcijaństwa, zgodnie z którym Jezus jest Panem. Uznanie własnej marności i prawdziwej wielkości Boga to podstawa tej milczącej modlitwy. Postawa adoracji to też nieprzerwana wewnętrzna postawa chrześcijanina w całym jego życiu. Fenomenem Kościołów katolickich jest możliwość adoracji Boga obecnego w szczególny sposób w przemienionym chlebie w świątyni.
(21)
To przedziwne, jak wielu bezbożników zdaje się modlić nieustannie. Westchnienia „O Boże!”, „O Jezu!” traktowane są jako bezmyślnie powtarzane wykrzykniki wyrażające jakieś najwyższe poruszenie. To grzech, gdy tak bez czci przywołuje się obecność Boga. Niemniej, widzimy, jak serce i dusza ludzi grzesznych oraz bezbożnych potrzebują – i to nieustannego – odniesienia do Boga. To jest ilustracja naszej natury, choć w wypaczonym kształcie.
(22)
W każdej modlitwie jest rozpacz własnej niewystarczalności dla dobrego życia, to okrzyk żebraka niezdolnego do zapewnienia sobie zbawienia.
(23)
Każda modlitwa jednoczy świat z Bogiem. Człowiek to część świata, która jest świadoma sama siebie. Świat w wyniku poddania się Szatanowi stał się jego dominium, swoistym przedsionkiem piekła, choć był z początku rajem. Dlatego każda modlitwa jak w koronce jest za nas i za świat.
Gdy modlę się modlitwą Jezusową i zaczynam: „Zbawco, Jezu…”, to wznoszę się świadomością do chwalebnych świetlanych niebios, gdzie Syn Boży zażywa chwały i uwielbienia. Kończąc „Zmiłuj się nade mną”, muszę runąć na samo dno tego piekiełka, w którym żyję i którego jestem częścią. Ono potrzebuje zbawienia, czyli odrodzenia, a ja wraz z nim.
Dlatego każda modlitwa jest wspólnotowa, a nawet ma ogólnoludzkie odniesienie. Jednoczy nie tylko z Bogiem, ale i z ludzkością, z całym jej bagażem problemów. Modląc się, zanosimy to wszystko do Boga.
(24)
Modlitwa Jezusowa z Bartymeuszem
„Zbawco, Jezu, zmiłuj się nade mną…
Zbawco, Jezu, zmiłuj się nade mną…
Zbawco, Jezu, zmiłuj się nade mną…”.
Tak oto szepczą usta tysięcy ludzi na świecie w tej chwili. Tyle złych i głupich rzeczy mówi się ostatnio o tej modlitwie. Zarzuca się jej, że to mantra, że wycisza, służy zdrowiu i urodzie (sic!!!). Dobry Jezu… Prawosławni mnisi mają swoje czotki (różańce), na których odliczają modlitwy, czasem tysiące razy na dzień.
Czy trzeba mówić więcej? Czy człowiek może w kierunku Boga powiedzieć cokolwiek mądrzejszego? Tak się trzeba modlić w skrusze swojej grzesznej natury, w uległości, w uznaniu swojej małości i zniszczalności, w trwodze i fascynacji Bogiem. Dopiero wtedy jest to modlitwa, a nie puste powtarzanie. Wokół niej kształtuje się, odradza się człowiek w swojej najgłębszej dziecięcej istocie.
Jak mówią rzymscy chrześcijanie, jest to akt strzelisty, misterium, psychodrama i medytacja ewangelicznego zdarzenia. To wcielenie się w pewną ewangeliczną postać. To nieustanne ćwiczenia duchowe.
A było to tak. Żył niewidomy żebrak imieniem Bartymeusz. Czy może być ktoś w gorszym jeszcze położeniu? Bez opieki, samotny, odrzucony. Dla zacnych uczonych w Piśmie stanowił on obraz wrodzonego grzechu i obiekt pogardy. Z ledwością wegetował na łasce i niełasce obcych ludzi. Nawet nie miał imienia. Był u ludzi w takiej pogardzie, że mówili o nim „syn Tymeusza” (to właśnie znaczy „barTymeusz’”). Czy ten stan można nazwać „rozpaczą”? Można, ale to jakby nic nie powiedzieć.
Pewnego dnia posłyszał o Rabbim z Nazaretu, który potrafił uzdrawiać. Pewnie doszły do niego też klątwy tych zacnych i uczonych rzucane na bezczelnie ich krytykującego Chrystusa. Tym się jednak Bartymeusz nie przejmował. Siedział na skraju drogi i czekał. Kiedyś Rabbi przechodził gdzieś w pobliżu, ale nie obok Bartymeusza, tylko nieco dalej. Jaki krzyk podniósł biedny Bartymeusz, nie widząc Go, nie wiedząc nawet, w którą stronę patrzeć. Był to krzyk ostatniej i jedynej w życiu nadziei: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Tymczasem ci zacni i mądrzy nastawali, żeby milczał, więc on jeszcze głośniej: „JEZUSIE, SYNU DAWIDA, ULITUJ SIĘ NADE MNĄ!!!”. Aż wszystkich wokoło ten krzyk przeszył, przeszył nawet samego Boga! Poruszony Rabbi podarował Bartymeuszowi nowe życie w zdrowiu i przywrócił mu wzrok.
Ilekroć wydaje mi się, że cokolwiek wiem o modlitwie, wtedy przypominam sobie Bartymeusza i jego przeszywający krzyk. Dopiero, gdy siadam wraz z nim, ja – poraniony, niewidzący Boga, nieznający do Niego drogi, niepewny, zagubiony, odrzucony przez nieprzyjazny świat, bezradny i bezsilny, kaleki na duchu i sercu – wołam wraz Bartymeuszem: „Zbawco, Jezu, zmiłuj się nade mną…”. Tak naprawdę dopiero wtedy zaczynam się modlić. Jest w tym cała mądrość, jaką dano człowiekowi. Niczego mądrzejszego, niż ta nauka Bartymeusza, nikt nie wymyślił. Biada tym, którzy z takiej modlitwy kpią, dorabiając jej pogańskie i cyniczne ideologie. Zbawco, Jezu, zmiłuj się nade mną…
(25)
Modlitwa to odwołanie do pierwotnego Słowa stworzenia, to powrót Słowa do Boga.
(26)
Modlitwa jest zaczątkiem nieba, a więc ucztą weselną duszy i Boga, a zarazem śmiercią i wyzwoleniem, zniszczeniem ego i ekstazą świadomości Boga.
(27)
„Boże, zmiłuj się nade mną, grzesznym” – są to słowa celnika z przypowieści Jezusa (por. Łk 18, 13). Symeon poza tym wersetem nieustannie powtarzał także liturgiczne wezwanie: „Panie, zmiłuj się” lub – za radą dzieła Marka Eremity – słowa niewidomego spod Jerycha: „Synu Boży, zmiłuj się nade mną” (Mk 10, 47n). Te biblijne formuły stały się podstawą modlitwy Jezusowej. Modląc się nimi, Symeon przeżył wizję niebiańskiego światła. Dlatego z autorem tym wiązano powstanie metody kontemplacji opartej na wzywaniu Świętego Imienia i wiodącej do spotkania z Bogiem w światłości – to cytat z przypisów do Filokalii, wydanie z Tyńca.
(28)
„Pustelnicy Egiptu i Syrii w pierwszych wiekach chrześcijaństwa powtarzali imię Jezus. Później dodano do imienia akt wyznania wiary, który miał kilka form (…). Przy odmawianiu (tej) modlitwy posługiwano się sznurem modlitewnym o stu trzech paciorkach, w grupach po dziewięć. (…) Często odmawianie tej modlitwy połączone było z pokłonami. Praktyka hezychii, w przeciwieństwie do teorii, nie jest usystematyzowana i ma przeważnie charakter wtajemniczenia dokonywanego przez mistrza. Jeden z teoretyków hezychii, Nicefor, tak opisuje praktykę «Modlitwy Jezusowej» (…). Kontrola oddechu może nastręczać pewne trudności, dlatego też konieczna jest opieka doświadczonego mistrza, zwanego starcem. Regulacja oddechu jest środkiem prowadzącym do uspokojenia wewnętrznego, koncentracji i stworzenia bazy do rozwoju modlitwy. Drugi etap polega na miarowym i rytmicznym powtarzaniu modlitwy, korelując ją z oddechem. Jej powtarzanie ma za zadanie doprowadzenie do wyciszenia psychiki i uaktywnienia władz duchowych.
Powtarzanie modlitwy, wraz z upływem czasu, staje się automatyczne. Po latach hezychasta powtarza modlitwę bezustannie, wraz z biciem serca. Wtedy staje się ona tak zwaną modlitwą serca. W zaawansowanych stanach praktyka modlitwy jest powtarzana bez przerwy, gdyż nawet we śnie usta poruszają się, odmawiając modlitwę («śpię, lecz serce moje czuwa»). Jest to stan, w którym hezychasta jest egzystencjalnie zjednoczony z Bogiem, a co doskonale wyraził św. Symeon Nowy Teolog w Hymnie XVIII:
«Powstrzymują mnie ściany i zatrzymuje ciało,
Ale ja, zaprawdę i bez wątpienia, jestem poza nimi, Nie słyszę dźwięków i nie odbieram głosów.
Nie boję się śmierci, bo ją przezwyciężyłem,
Nie wiem, co to takiego smutek,
Choć wszyscy mnie zasmucają,
Zadowolenia gorzkie są dla mnie,
Wszystkie pokusy ode mnie uciekają,
I ja bez przerwy nocą i dniem widzę światłość,
Dzień dla mnie jest nocą i noc jest dniem,
Ja i spać nie chcę, bo jest to dla mnie stratą».
Tego typu medytacja prowadzi do kontemplacji intelektualnego piękna świata, jego harmonii i mądrości. Jest to zarazem stan określany przez teologię terminem „theosis”, czyli przebóstwienia. Związane z tym ujrzenie światła Taboru, cel hezychii, nie jest wizją, ale nowym stanem duchowym i oświeceniem” (ks. Henryk Paprocki, Zarys prawosławnej nauki o Duchu Świętym).
(29)
Wiele dziwnych rzeczy mówi się o modlitwie i mantrze. Mantra to ogólna nazwa na różne praktyki duchowe oparte na powtórzeniach. Intencjonalnie może ona być modlitwą, magicznym zaklęciem, „dźwiękowym obrazem bóstwa hinduskiego”, wibracją energii. Słowo modlitwy nie jest po prostu dźwiękiem czy wibracją, jak to bywa postrzegana mantra. Nie stanowi też zaklęcia i nie przyczynia się do powstawania magicznej mocy. Jest rozmową z Bogiem, który słucha, patrzy i czuje.
Niestety, ludzie z New Age, zazwyczaj nieznający dobrze ani duchowości chrześcijańskiej, ani orientalnej, bezmyślnie utożsamiają mantry i powtarzane modlitwy chrześcijańskie. Zapytam w drugą stronę. Czy kiedy kapłan pogański (choćby babiloński bądź grecki przewodniczący celebry) składał w ofierze bogu pokarmy, takie jak chleb i wino, to czym się to różniło od Eucharystii? Czy także niczym? We wszystkich religiach są jakieś modlitwy, ofiary, procesje, jakieś nauki, kapłani. Występuje tylko ta drobna różnica, że to są inne religie, a zewnętrzne podobieństwa zachowań ludzkich nie czynią ich sobie bliskimi.
Tak samo jest z mantrą. Nie studiuję na siłę tych tematów, po prostu przed nawróceniem trochę sobie pomantrowałem w New Age. Mantrowali ludzie od krisznaitów, od różnych parajogicznych szkół i wielu innych. Docelowo wielokrotne mantrowanie miewa skutek rozsadzania osobowości, depersonalizacji. Praktyka ta jest zupełnie obca chrześcijaństwu. Modlitwa Jezusowa to wypowiedź skierowana do Pana Jezusa, jest częścią chrystianizmu. Mantry zazwyczaj są imionami bogów hinduistycznych, a mantra OM wyraża hinduistyczną filozofię.
Modlitwa Jezusowa pobudza żarliwość w miłości do Boga, do konkretnego Trójjedynego Boga. Jest drogą do doświadczenia żarliwej, przepalającej duszę i ciało miłości jako doświadczenia religijnego w kulcie Trójjedynego. To modlitwa, która pobudza całego człowieka wraz z jego afektywnością do adoracji Stwórcy.
(30)
Wszechmoc wzruszenia – rzecz o dobrej modlitwie
Przebaczenie i uzdrowienie przez Boga związane jest z Jego wzruszeniem. Ojciec „wzruszył się głęboko”, widząc nędzę Syna Marnotrawnego. Pan Jezus bywał wzruszony ludzką biedą i wtedy działy się cuda. Biedak się modlił, a Pan go wysłuchał – jak głosi psalmista. Jak poruszyć serce Boga? To jest też pytanie o to, jak powinno się modlić, żeby zostać wysłuchanym. To bardzo ważne zagadnienie. Nie każda bowiem modlitwa jest dobra. Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo źle się modlicie – pisze św. Jakub w liście. Jest to więc problem kluczowy dla życia duchowego.
Każda modlitwa nosi w sobie rozpacz promieniującą nadzieją. Tak, to nie pomyłka. One się wzajemnie definiują i powodują. Ludzie lekkomyślni lub samowystarczalni nie doznają rozpaczy, która bierze swój początek z poczucia bezsilności. Bezsilność może się ujawnić jednak dopiero w perspektywie nadziei i wiary. Albo są razem, albo nie ma żadnej. Byt jest przezwyciężeniem nicości, cnota to przezwyciężenie mocy wady, a wiara i nadzieja pokonują rozpacz, która przypomina nam, jak niewiele potrafimy sami. Nie jesteśmy w stanie sobie poczernić albo pobielić nawet włoska. Jesteśmy za słabi wobec wyzwań, jakie przed nami stają, zwłaszcza tych duchowych.
Bóg dopuszcza do naszego życia te przerastające nas sytuacje, a jest ich niemało. To one są właśnie miejscem szczególnym dla Niego w naszym życiu. Bóg nie oczekuje naszych modłów czynionych z przymusu lub z przyzwyczajenia, upozowanych, odgrywanych, odklepywanych. Chce być centralną częścią naszego dramatu. Deus ex machina, Bóg ratujący z rozpaczliwej sytuacji. To nie żarty, kultura czasem wyraża nasze dusze. Bóg, który bohatersko i z poświęceniem siebie ratuje człowieka z jeziora ognia, unosząc go na rękach, a samemu ginąc – oto jest właściwa wizja Boga przy człowieku. Sprawdza się to także w pomniejszych życiowych sprawach. Bóg – heroiczny ratownik, troskliwy opiekun.
Duchowość polega na poznawaniu Boga i siebie. Korelatem ludzkiej rozpaczy jest wybawienie Boże. Aby znaleźć wybawienie, trzeba uznać własną niewystarczającą potencję do dobrego przeżycia własnego życia. Są ludzie, którzy wymyślają sobie opatrznościowe idole, jakąś „szczęśliwą gwiazdę” czy inną nieokreśloną moc porządkującą (choćby w zwrocie „jakoś to będzie”). Po objawieniu i wcieleniu Boga te dziecinne wiary są jednak zupełnie niepoważne.
Bóg pozwala nam się zniewolić naszą biedą, kiedy jej nie kryjemy, choć wolelibyśmy sami o niej nie myśleć. W przypowieści o przyjaciołach o północy mamy obraz dobrej, prawdziwej modlitwy. Do jednego człowieka zjechał nocą przyjaciel. Gość w dom – wypada go podjąć, nakarmić zdrożonego, wyprawić nawet jakąś małą ucztę. A tu, jak na złość, nie pomyślało się i w domu nie ma ani okruszyny. Leci się więc do innego pobliskiego przyjaciela i wali, ile siły w rękach, w drzwi. Jest w tym determinacja, rozpacz i wstyd. Przecież nie przyjąć gościa godnie to go śmiertelnie obrazić. Ale nie wystarczy raz się pomodlić. Sąsiad wcale się nie kwapi z pomocą – to jest metafora Boga. Zdaje sobie sprawę, że tamten nieroztropny przyjaciel sam jest sobie winien, mógł bowiem napiec chleba zawczasu. Nasze prośby Boga nie determinują, zna On swoją godność. To nie fast-food, nie ma Go na zawołanie. Może i da, co komu potrzeba, ale wtedy, kiedy sam uzna to za stosowne. Bóg zachowuje godność i wolność w tej sytuacji, nie jest więźniem naszych próśb.
Dlatego trzeba się modlić dalej, walić w te niebieskie drzwi z rozpaczą, ale nigdy z groźbą, z myślą, że jak nie dostanę, to porzucę wiarę. Nigdy nie z podejściem, że „przecież mi się należy”. Gorące są prośby nieroztropnego przyjaciela i nieco rozpaczliwa sytuacja roztropnego sąsiada: no co ma z tym wariatem zrobić? Wali w drzwi, budzi dzieci, robi hałas i na dodatek jest w tym nie tylko nieustępliwy, ale i żałosny. Litość bierze górę. Chleb idzie w ręce proszącego.
Nieustannie powtarza się ten schemat: dramat i wybawienie. Bóg chce stale być obecny w naszym życiu. Człowiek pragnie mieć Go nieustannie przy sobie, kiedy wyraźniej widzi własną kondycję, kondycję swojej niezbyt anielskiej duszy. Z tego kiedyś powstała modlitwa nieustanna, bezustanne obcowanie z Bogiem wśród ciemności światowych.
Taka modlitwa z serca, szczerze zakorzeniona w prawdziwych sprawach życia, ona właśnie przenosi góry. Wzruszenie Boga nami stanowi początek cudu. Co jest odpowiedzią człowieka na pomoc Bożą? Głębokie wzruszenie i wdzięczność. Te dwa poruszenia kierują się wzajem do siebie, zbliżają się i łączą.
Jest w tym życie w najgłębszymi i najpiękniejszym tego słowa znaczeniu. Życie to poruszenie, ruch, działanie. Porwanie duszy w stronę Boga to jedna z definicji religii, definicja psychologiczna. Dusza zostaje porwana i uniesiona realnym doświadczeniem pomocy Boga. Nie ma w tym niczego sztucznego czy wydumanego, ale czysta realność, do kości przenikająca życie adepta duchowości. „Gdybyście wiedzieli, jaka jest miłość Boga, nie przestawalibyście płakać” – powiedziała w którymś objawieniu Matka Boża. Zabierz nam serca z kamienia, a daj nam serca z ciała! Kyrie eleison…
(31)
Modlitwa Pańska
Co czujemy, kiedy modlimy się: „Ojcze nasz…”? Poniżej prosta, zaczątkowa medytacja tego tekstu.
OJCZE
Jestem tylko maleńkim dzieckiem przy Tobie, okruszyną karmioną i odziewaną, bezradną i słabą.
NASZ
Nie jestem sam, bo jesteśmy rodziną Boga, braćmi i siostrami. Gdy stajemy przed Tobą, to nigdy sami, zawsze razem, w gromadce dzieci, a Ty chcesz nas oglądać jako zgodną gromadę.
KTÓRY JESTEŚ
Nie widać Cię, jest trochę tak, jakby Cię nie było, ale na przekór temu pierwszemu wrażeniu odkrywam Twoją obecność.
W NIEBIE
Nie ma bogów na ziemi i nic tutaj bóstwem nie jest.
Ciekawe, że początek Modlitwy Pańskiej koresponduje z pierwszym przykazaniem. Ojciec jest w niebie i żadnych innych bogów ani ubóstwień tu, na ziemi, być nie powinno.
ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE
Nie mamy Ciebie, ale mamy Twoje Imię i pod tym Imieniem możemy Cię wysławiać za nasze stworzenie. Ty sam jesteś niedosięgły i niedostępny naszym umysłom i myśleniu, ale Imię Twoje posiadamy i możemy mu przymnożyć czci, chwały oraz miłości. Możemy je zanieść innym, przekazywać i wielbić, ono zastępuje tu Ciebie.
Koresponduje to z drugim przykazaniem i pokazuje pozytywną cześć dla Imienia Bożego, gdy przykazanie poprzez zakaz ukazuje negatywne ujęcie tego samego.
PRZYJDŹ KRÓLESTWO TWOJE JAKO W NIEBIE TAK I NA ZIEMI
Królestwo Boga to koniec zła na ziemi, to ponowna miłość dzieci i Ojca.
Szabas u Żydów i niedziela u chrześcijan są świętym dniem, zapowiedzią Królestwa. Trzecie przykazanie koresponduje z tym tematem. Święty czas wyjęty z codzienności stanowi zaczątek wieczności przy Ojcu.
CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO DAJ NAM DZISIAJ
Chleb w aramejskim, jak twierdzą współcześni Asyryjczycy mówiący tym językiem, oznacza wszystkie potrzeby człowieka. Prosimy Ojcze, abyś nam pomógł żyć bez głodu, cierpienia i trosk.
Przykazania od czwartego do dziesiątego opisują zaspokajanie potrzeb w zły sposób. Zamiast tego trzeba je powierzać z wiarą Bogu w modlitwie.
ODPUŚĆ NAM NASZE WINY JAKO I MY ODPUSZCZAMY NASZYM WINOWAJCOM
Nie jesteśmy zawzięci w zemście, więc i Ty bądź nam łaskawy. Stajemy skruszeni i wyzbyci egoizmu.
I NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE
Oszczędź nam ciężkich prób, odsuń od nas pokusy, ciężko nas nie doświadczaj.
ALE NAS ZBAW ODE ZŁEGO
Uratuj nas od wszechobecnej Złej Mocy, która nas wciąga i niszczy. Zabierz od nas kielichy cierpienia na ziemi i ocal nas dla wieczności.
(32)
Modlitwa serca z psalmami
Różne rzeczy mówi się obecnie o modlitwie serca, w tym dziwne wypowiadają się o niej niektórzy mnisi. Serce w Biblii to po prostu wnętrze człowieka z jego myślami, intencjami, decyzjami, porywami. W tym tekście nie musimy jednak bardzo analizować tego zagadnienia, bo chodzi o rzecz dość prostą. Dziś mówi się ludziom, że modlitwa serca to modlitwa w sercu, po cichu albo że to modlitwa bez słów bądź jakieś nie wiadomo co, byle niby przed Bogiem.
Tymczasem w Opowieściach pielgrzyma, podstawowym dziele o modlitwie Jezusowej, znajdujemy zupełnie inne przedstawienie tego zjawiska. Modlitwa serca jest wtedy, gdy nasze serce modli się już samo, bez aktywnego udziału woli i umysłu. To modlitwa serca nawyknionego tysiącami powtórzeń modlitwy do Pana Jezusa, kiedy serce, jak rezonator wprawiony w ruch, nie przestaje się modlić jakby niezależnie od tego płytkiego działania woli, jakim zwykle się posługujemy. To modlitwa osadzona w głębszej warstwie jestestwa ludzkiego niż zwykle używany płytki umysł. Dzięki ćwiczeniom duchowym to jestestwo zostaje zamienione w całości w modlące się. Możemy to jakoś ponazywać psychologicznie, choć prawdę mówiąc, nie przychodzi mi do głowy żadne adekwatne określenie. Modlitwa solidnie praktykowana wchodzi niejako w fizjologię człowieka. Staje się nieustanną już nie tylko na ustach czy w myślach człowieka, ale w samym człowieku.
Kiedy jakaś piosenka wpada nam w ucho, nie możemy się od niej uwolnić, chodzi za nami. Sama leci w naszym sercu jak w radio, jakby ktoś ją włączył. Towarzyszy nam, a my jej – jest niejako w środku nas, w jakiejś zwykle niedostrzeganej przestrzeni wewnętrznej. Hezychaści właśnie tę przestrzeń stopniowo zatrudniają do modlitwy. Możemy więc prosto zacząć praktykować modlitwę serca, jeśli wczujemy się i wsłuchamy w jakąś ładną piosenkę modlitewną, a takich przecież nie brakuje. Kiedy ona „nagra się” w naszym sercu i zacznie lecieć sobie już sama, będzie to właśnie najprostsza postać modlitwy serca. Śpiewające serce to naprawdę piękna postać modlitwy. Więc niech śpiewają serca!
5. Słuchanie
(1)
Mówić potrafi każdy. Obecnie cały świat mówi, nadaje, publikuje, komentuje, dyskutuje. Tworzy się antykultura paplaniny bez znaczenia, hałasu w miejsce komunikacji, kultura kłamstwa i emocji na pokaz.
Błogosławieni cisi. Cisza przynosi głos Boga, który jest cichy. Cisi słuchają.
(2)
Każdy człowiek ma do wyboru albo słuchać jedynie samego siebie, albo sięgać ponad siebie do wyższych wartości, czyli siebie przekraczać. Każdy z nas staje przed takim wyborem, bo to jest jego droga, a właściwie dwie – jedna do nieba (ponad siebie), druga do piekła (zapaść się jedynie w sobie samym). Nawet ludzie, którzy nie poznali Ewangelii, mogą być egotykami albo służyć wartościom ponadjednostkowym.
Naśladujemy w tym samego Boga, który chcąc samego siebie komuś ofiarować, poświęcić się, przekroczył siebie i to dość radykalnie, jak na Boga przystało. Bóg stał się Drugą Osobą, która ofiarowała się innym ludziom. Nasze poświęcenie się dla drugich jest więc naśladowaniem Boga.
Potrzebna jest do tego wiara w Boga, a u ludzi, którzy nie poznali Ewangelii, wiara w coś ponad nimi, coś bardziej wartościowego od nich samych. Wiara to nie jest – jak to się dość powszechnie mniema – przyznanie faktu istnienia Boga.
Przecież w taki sposób wyznajemy istnienie również demonów, a w nie nie wierzymy tak jak w Boga. Wierzyć w demony oznacza mieć wiarę poznawczą, uznawać ich istnienie. Podobnie można wierzyć w Boga, ale to jest niewłaściwe rozumienie. Dla Boga mamy coś szczególnego w naszej naturze – jest to wiara religijna, inna od wiary poznawczej. Polega ona na połączeniu się z Bogiem, zawarciu wspólnoty, przyłączeniu. To także pełne zaufanie, oddanie się pod Jego opiekę i we władanie.
Wierząc tak, stajemy się – jak uczył Chrystus – latoroślami w Jego krzewie winnym. Latorośle to gałązki, które owocują. Takie też są skutki wiary religijnej. Człowiek owocuje uczynkami wynikającymi z przyłączenia się duchowego do Boga, do Jego woli i intencji.
Oczywiście wiara religijna, owo poddanie się we władanie, jest nieodłączną częścią natury człowieka. Jeśli człowiek nie kieruje jej do Boga, to i tak ta władza duszy jest na coś skierowana. Jej obiektem staje się jakieś zło lub marność, coś cielesnego lub światowego, w sumie egoistycznego. Za tym wszystkim stoi ojciec bezbożności, czyli Demon. Tak źle skierowana wiara religijna zawsze schlebia ojcu kłamstwa. Człowiek w takim stanie zaczyna służyć czemuś, co wyraża jego własne żądze, samolubne ciągoty. Ktoś ma wewnętrzny pociąg w stronę jakiegoś wyrazu cielesności, potem tę skłonność absolutyzuje i tworzy jej ideę, której zaczyna służyć. Przedmiotem takiej źle skierowanej wiary religijnej może być coś zupełnie zbydlęciałego (np. jakże ostatnio popularna idea swobody seksualnej) lub nawet coś, co przypomina dobro, chociażby idea narodowa, która polega na zbiorowej trosce o bezpieczeństwo wspólne, ale kiedy staje się bezbożna, nie wyrasta z wiary w Boga i jest fałszywym ukierunkowaniem wiary religijnej na naród, będzie zabsolutyzowanym wyrazem cielesnych potrzeb człowieka.
Wiara poznawcza to oczywiście część wiary religijnej. Wtedy obejmujemy nią te treści, które przekazuje nam Bóg w swoim Objawieniu.
Jak budujemy wiarę religijną zarówno tę dobrze, jak i źle skierowaną, to duchowe połączenie, poddanie się? Wiara bierze się ze słuchania. Służysz temu, czego słuchasz. Wobec tego trzeba starannie dobierać kierunki przekazu, z jakich korzystamy. Jeśli wkładamy sobie do uszu nieustannie przekaz idei cielesnych, zbudujemy w sobie wiarę bezbożną. Jeśli zapewnimy sobie przekaz zbożny, choćby w postaci własnych przemyśleń zbudowanych wokół Boga, wytworzymy w sobie więź z Bogiem i będziemy Mu służyć, stopniowo coraz bardziej i chętniej.
Nie każde otoczenie się odpowiednimi treściami jest słuchaniem. Mamy w naszych czasach przykładowo sporą grupę ateistów „religioznawców”, którzy bardzo pracowicie studiują Ewangelię i nauczanie Kościoła. Robią to jednak w połączeniu z jakąś ideą cielesną, choćby nawet ideą zabsolutyzowanej (bezwyjątkowej) autonomii osoby ludzkiej, czyli uznania absolutnej władzy samego nad sobą. Wtedy wiara religijna skierowana jest na samego siebie. Takie poznawanie oczywiście nie może służyć budowaniu więzi z Bogiem, gdyż podejmowane jest z intencją potwierdzenia wyznawanej idei (człowiek stale dąży do samopotwierdzenia). Żeby poznanie stało się „słuchaniem” budującym wiarę w Boga, trzeba mieć przynajmniej iskrę wewnętrznej dyspozycji do przyjęcia więzi z Nim potrzebną do wiary, do przemiany.
Istnieje też zjawisko pozostawania przy wierze poznawczej. Poznaje się wtedy sprawy Boże, ale wiara ta pozostaje jedynie aktem umysłu. Z kolei jej aktami są jej wyznania – słowa. Jest to wiara niepełna, wyznawana jedynie na ustach, czasem to będzie wiara bigota. Nierzadko wynika to nie ze złej intencji człowieka, ale z fałszywego rozumienia zjawiska wiary.
Jest też religijna wiara anonimowa, pozbawiona wyznania wiary w Boga. Kościół zna to zagadnienie. Zjawisko to dotyczy przede wszystkim tych, do których Objawienie bez ich winy nie dotarło, ale uznają oni ponad sobą Kogoś lub Coś, wartość ważniejszą od samego siebie. Ktoś taki służy Bogu, nie zdając sobie z tego sprawy, słucha Go w sercu.
(3)
Kiedy zapytano Chrystusa, jakie jest największe przykazanie, to zaczął od słów: „Słuchaj, Izraelu…”. Znaczy to, że każda nauka w człowieku zaczyna się od słuchania. Trzeba chcieć słuchać. Słuchanie jest aktywnością, a nie biernym słyszeniem. Musi być czynne, związane z przyjmowaniem nauki, dopiero wtedy jest „słuchaniem”. Gdy nam na czymś zależy, to słuchamy tego całymi sobą, z całą uwagą, w skupieniu. To jest właśnie prawidłowe słuchanie Boga.
Jezus uczy, że „Jego owce słuchają Jego głosu”, „rozpoznają Jego głos”. Jego głos jest zawsze nauką w stronę dobra. Takiego głosu, który dochodzi od innych ludzi poprzez ich zachowanie, przykłady, słowa, trzeba słuchać, o ile prowadzi do dobra. Każdy ulega złu, nawet najlepsi ludzie, więc należy umieć to rozróżniać i słuchać tego dobrego.
Są też ludzie zasłuchani w głos złego w ten sposób, że cały czas skupiają się na krytykowaniu zła. Chodząc po świecie, wynajdują to, co w nim złe, i stale to krytykują. Jakiego głosu oni słuchają? Są zasłuchani w zło, stają się jego niewolnikami.
(4)
Słuchanie jest wejściem we wspólnotę myśli, wartości, przeżyć. Słuchanie Boga jest jednoczeniem się z Nim w tych aspektach.
(5)
„Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha” (Mk 4, 9).
6. Efekty duchowości
6.1.Pokój serca – apatheia
(1)
Ludzie szukają szczęścia zamiast pokoju. Szczęście bywa zwykle rozumiane jako intensyfikacja zadowolenia. Takie szczęście jest dostępne tylko w niebie, poszukiwanie go na ziemi to bolesna pomyłka. Pokój duchowy – pokój serca – wyzwala z niewoli materialnej rzeczywistości, czyni wolnym od jej władzy.
(2)
Drugi błąd polega na tym, że ludziom się wydaje, że pasje, żądze, rozemocjonowanie są życiową siłą, która nadaje życiu dynamikę. To tylko złudzenie. Indyjska nauka o tym, że człowiek może żyć do wyboru według trzech elementów świata (gun): świadomości, pasji i głupoty, w tym przypadku bardzo się sprawdza. Zasada zdawania się na silne emocje okazuje się w istocie życiem bardzo powierzchownym i mało rozumnym. Istotne jest życie duchowe i tylko ono. Życie według porywających uczuć czy też w zapomnieniu się, bezmyślne nie sprawi, że człowiek odnajdzie zaspokojenie, przez co wciąż będzie gonił za wiatrem.
(3)
„Twój los rozstrzyga się od dawna, choć nie zdawałaś sobie z tego sprawy. Los człowieka rozstrzyga się nieustannie. Dlatego ważne jest, by każdego dnia i każdej chwili opowiadać się za tym, co się wybrało, by ciągle potwierdzać swój wybór wszystkimi możliwymi sposobami. Musi być jedność w postępowaniu, myśleniu, w słowach. Wtedy idziesz prędzej i przeszkody pokonujesz łatwiej[,] i masz pokój w sercu. Jedność jest podstawą pokoju i postępu w drodze.
– Co to jest pokój?
† To jest Moje błogosławieństwo, jakiego udzielam ci[,] mieszkając w twoim sercu. Dlatego wszelki pokój zaczyna się w sercu i stamtąd wychodzi na zewnątrz[,] i promieniuje na innych, na otoczenie.
Nikt z zewnątrz nie da ci pokoju, o ile nie będziesz zintegrowana wewnętrznie i złączona ze Mną. Zjednoczenie ze Mną i oddanie Mi wszystkiego daje pokój w pełni i wolność w pełni, i radość wypływającą z tego.
– Czy to jest możliwe do osiągnięcia?
† W znacznym stopniu tak. Wymaga koncentracji wszystkich sił wewnętrznych, jakie masz w jednym punkcie, którym jestem Ja” (Jezus Chrystus [†] do Alicji Lenczewskiej [–], A. Lenczewska, Świadectwo, 45, n. 13 IV 86, g. 8:30).
(4)
Lekarstwem na żądze jest duchowość i wzrost pokoju wewnętrznego, który pomaga obojętnieć wobec zwykłych przedmiotów rozemocjonowania. Nazywano go różnymi terminami – apatheia u stoików, hezychia u mistyków prawosławnych. Buddyści mówią o zaniku przywiązań. Jest to jeden z elementów duchowego uwolnienia we wszystkich duchowych tradycjach. Stosowano bardzo zbliżone do siebie określenia ataraxia i autarkia, obejmujące uniezależnienie się wewnętrzne od wpływów zewnętrznych.
(5)
Ten pokój i miłość razem dają świętość. Bóg jest święty i dobry. Święty, czyli oddzielony od świata, który nie jest w stanie Go dosięgnąć, wpłynąć na Jego pozaczasowe i pozaprzestrzenne bytowanie w błogości i szczęściu, doskonałej harmonii i spokoju. Jego kondycja w wymiarze transcendentnym w niczym nie zależy od świata i ludzi.
Zostaliśmy stworzeni na Jego podobieństwo i także potrzebujemy przypomnieć sobie duchowy, święty, niezależny od kolei życia wymiar świadomości i przeżywania. Upodabniamy się w ten sposób do Boga. W całym swoim życiu człowiek jest sam ze sobą i z Bogiem, wszystko inne zmienia się jak w kalejdoskopie.
(6)
Bóg udziela ludziom tego swojego pokoju. Jest to Jego dar, jak czytamy w powyższym cytacie. Dochodzenie do pokoju polega na oczyszczeniu z przywiązań światowych. Te przywiązania to emocje i przeżycia, które kierujemy do spraw doczesnych. Chrystus poucza, aby Mu wszystko oddawać. Jest to najlepszy sposób na wyzbycie się przywiązań. Wszystko, absolutnie wszystko, zarówno rzeczy, zjawiska, sytuacje życiowe, cudze zachowanie, swoje poczynania dobre i złe (jeśli się niestety przytrafią) oddajemy Bogu w sercu słowami, prosząc Go o wykonywanie nad tym wszystkim władzy. Oddajemy Mu przede wszystkim samych siebie, swoje serce, duszę, dokonania i problemy. W ten sposób naturalnie ograniczamy korzystanie z życia, a zbliżamy się do Boga oraz orędujemy za bliskie nam sprawy. To jedyny sposób zachowania równowagi. Bóg jest władcą wszechrzeczy odepchniętym przez ludzką samowolę i kooperację z Szatanem. Oddając wszystko Bogu, przywracamy właściwy stan i doznajemy uzdrowienia. To się staje z czasem automatycznym gestem, zwłaszcza wobec rzeczy, których nie możemy sami dokonać, pociągających naszą wolę. Weźmy pod uwagę choćby zachowanie innych ludzi – po prostu mówię w duchu: „Oddaję to Panu Bogu”. Skutkiem tego naprawdę wiele rzeczy zostało uzdrowionych w tajemniczy, mistyczny sposób. Ostatnio szerzy się taka krótka modlitwa o niezwykłej skuteczności typowa dla jednego ze świętych katolickich: „Jezu, Ty się tym zajmij!”. Jest to dokładnie ta sama intencja. To błogosławieństwo, które leczy świat, a zło zwycięża dobrem.
(7)
Post i w ogóle asceza mają nam przypominać, że nasze szczęście i spełnienie nie zależą od smaku i ilości jedzenia, wygody w życiu, satysfakcji seksualnej, powodzenia w rodzinie i pracy bądź od temu podobnych okoliczności ziemskich. Ascezą i odosobnieniem powracamy do źródła życia i szczęścia wiecznego wbrew pokusom zakotwiczenia się przy przemijających przyjemnościach.
W moim przypadku niejedzenie mięsa pogłębiało kiedyś pokój wewnętrzny, zapewne z racji dostarczania sobie z mięsem hormonów rozbudzających cielesność.
(8)
Szkołą pokoju i apathei jest Księga Koheleta. Przedstawiono w niej postawę człowieka, który patrzy na świat jako na hawel, rodzaj mgły, zwiewne zjawisko bez większej wartości.
(9)
Apatheia polega na niewzruszonym trwaniu w dobru i byciu martwym dla zła.
(10)
Doświadczenie Boga wszystko zmienia. Jest ostatnim i największym pragnieniem. Jego nie trzeba powściągać. To dzięki niemu wszystkie inne doświadczenia światowe – i te dobre, i te złe – tracą swoją siłę przyciągania, a stają ją małe, niskie i powierzchowne. To najważniejsza, bierna, uległa Bogu strona duchowej przemiany. Doświadczenie może być intelektualne, związane z poznaniem Boga z pism; może być psychiczne, np. wśród rozmodlonych wiernych; zdarza się również, że ma mistyczny charakter. Coraz większe przywiązanie do Boga oddala nas w naturalny sposób od światowych i cielesnych przywiązań.
(11)
„– Co robić, aby zmniejszyć Twe cierpienie?
† Ufać Mi, pamiętać o Mnie, obdarzać Mnie miłością – wielką aż do zatracenia.
Chcę, abyś pragnęła Mnie jeszcze bardziej. Niech pochłonie cię to pragnienie. Niech ono stanie się jedyną twoją rzeczywistością. Reszta powinna być jak sen” (Jezus Chrystus [†] do Alicji Lenczewskiej [–], A. Lenczewska, Świadectwo, 127, czw. 10 VII 86, g. 23:30).
(12)
Aktywna strona poszukiwania pokoju – apathei – to oddawanie Bogu wszystkich życiowych doświadczeń i zachowywanie się wobec nich tak, jak On nas tego nauczył. Oddajemy Bogu wszystko, aby Mu służyło na Jego chwałę.
Mamy przebaczać zadane nam krzywdy. Brak przebaczenia przywiązuje nas do minionych chwil i przeżyć, szkodzi temu, co jest obecnie, a w konsekwencji przywiązuje duszę do zła.
Zachwyt, miłość i uwielbienie winniśmy zachować dla Boga. Rzeczy tego świata zasługują na nie tylko w niewielkim stopniu, a Bóg – bezgranicznie.
Nie powinniśmy wiązać poczucia satysfakcji ani budować własnej wartości w oparciu o swoje sukcesy i doznane przyjemności. One są, przytrafiają się nam, jako chwilowe wrażenia. Trzeba pamiętać, że po nich idą krzyże i problemy. Wewnętrzną pogodę ducha, jakże ważną, musimy czerpać z własnej duszy adorującej Boga. Trzeba zachować powściągliwość, opanowanie i na ile się da, samodzielnie chronić swoją wewnętrzną równowagę.
Celem naszego istnienia jest pogodne bytowanie jako duszy poślubionej i oddanej Bogu, zwróconej do Niego bez względu na doświadczenia i z sympatią podchodzącej do ludzi (przez co także i do Boga).
(13)
„Niepotrzebne są dramatyczne napięcia. Wszystko powinno być spokojne i przesycone ufnością: zarówno radość[,] jak i cierpienie.
Cierpienie, które służy budowaniu wzajemnej miłości, jest radością” (Jezus Chrystus [†] do Alicji Lenczewskiej [–], A. Lenczewska, Świadectwo, 214, pn. 15 IX 86, g. 23:30).
(14)
Droga równowagi wewnętrznej jest jednoczeniem przeciwstawnych zasad (nakazów). Podążając nią, potrafimy równie spokojnie znosić zarówno doświadczenia przyjemne, nawet ekstatyczne, jak i doświadczenia krzyży. Doświadczamy obu, żebyśmy zbytnio nie przywiązywali się do tego świata, bo to nie on ma ostateczną wartość, nie zasługuje na zbyt absorbujące emocje ani przeżycia. Bóg nas wychowuje cierpieniem, odbudowuje chwilami pociech – jedne i drugie trzeba przyjmować ze spokojem, bez buntu i nadmiernego zachwytu, zwłaszcza dla samego siebie. Bez zbędnej euforii i rozpaczy, drogą środka.
(15)
„Mówię, bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata. Chciałbym, żebyście byli wolni od utrapień” (1 Kor 7, 29–32).
Zarówno św. Paweł, jak i Kohelet podkreślają przemijanie (doczesność) jako podstawową właściwość materialnego świata. Już starożytni Grecy zadawali sobie pytanie, czy świat „jest”, skoro wszystko się zmienia, a rzeczy powstają i przemijają. Paweł wiąże przywiązanie do spraw doczesnych z utrapieniem, cierpieniem. Nieco to przypomina główne tezy buddyzmu.
(16)
Powiązanie zmienności z cierpieniem właściwe jest buddystom. Poszukują oni wyzwolenia poprzez uznanie materialnego świata za ułudę. Nabierają dystansu do świata przez to, że stawiają się ponad nim, pogłębiając świadomość swojego udziału w rzeczywistości ostatecznej. Powściągają swoje ego, uczą się szlachetności postępowania i współczucia. Zagłębienie w dostępną im duchowość kosmiczną, naturalną swoiście interpretowaną powiększa ich wewnętrzną wolność w sprawach tego świata. Kultywują obiektywność osądu i oglądu świata, nieuwarunkowaną przez egotyczne postrzeganie.
Zmienność jest istotą taoizmu. Zgoda na niekończące się przemiany prowadzi do wewnętrznego uwolnienia, gdyż obejmuje także zgodę na różne zmiany kolei losu. Taka postawa czyni życie znośniejszym i prostszym. Zmiany wynikają z Tao (Drogi), więc nie warto buntować się przeciwko nim.
Nieco fatalistyczny stoicyzm ze swoim pojęciem apathei – tej wewnętrznej równowagi niezależnie do doświadczeń życia – został zaadoptowany także do nauki chrystianizmu, choć wymagał poprawy. Stoicki Logos wzięto od innego zwolennika zmian (wariabilisty), Heraklita. Logos, podobnie do Tao, może sprowadzać na człowieka różne doświadczenia, a ten z nimi nie wygra. Nie warto więc przywiązywać się do nich i na nich opierać swoich przeżyć. Wypada raczej poszukiwać wewnętrznej równowagi i kontemplacji Logosu. Mam jednak wrażenie – nie wiem, czy słuszne – że stoicki spokój wynikał ze swego rodzaju szlachetnej i ascetycznej rezygnacji. Podobnie wysoki taoizm, jego mistrzowie odchodzą nieraz w odludne miejsca gdzieś w górach. Sam Laozi porzucił swój kraj i odszedł do samotni.
Zgoda na niekończące się zmiany to na lepsze, to na gorsze jest bardzo ważna dla rozwoju duchowego. W jego definicji stworzonej przez św. Ignacego mówi się o porzuceniu zbędnych przywiązań. Podobnie naucza św. Paweł, który także poleca rezygnację z ziemskich przywiązań. Należy to jednak rozumieć jako porzucenie uzależnień wewnętrznych od otoczenia (ewangelicznego „świata”). To nie jest eskapiczna rezygnacja, duchowa apatia, jakaś wewnętrzna zapaść, bezruch, śmierć za życia, ale odnalezienie się na scenie teatru życia w swojej roli, właśnie jako roli, którą przecież za chwilę przestaniemy odgrywać i powrócimy przed oblicze Ojca.
Paradoksalnie to jest właśnie źródło życiowej dynamiki i jednocześnie umiarkowania. Człowiek uniezależniony od zmiennych kolei losu leczy swoją psychikę. Wszystko, co na świecie, ma tylko względną i chwilową wartość, a więc także nasze traumy, urazy, opory powstałe wskutek złych doświadczeń, niepotrzebne skrupuły, żale do innych, gniewy, żale do samego siebie. Przemija postać tego świata – jest to źródłem straty i cierpienia, ale i uwolnienia od zła, które także przemija. Uwaga skierowana na Pana Boga w rozwoju duchowym jeszcze bardziej to wszystko relatywizuje i umniejsza. To On jest całą miłością duszy, serca i rozumu. Wszystko inne może przeminąć i nie wolno nam po tym nadmiernie płakać.
Człowiek jest sobą, ale nie tylko. Może być kimś więcej niż aktorem życiowej roli, gdy jednoczy się z Bogiem i świadomie bierze udział w Logosie. Dzieje się to, gdy uświadamia sobie swoje uczestnictwo w Logosie na zasadzie latorośli wyrastającej z krzewu winnego. Wtedy naturalnie i bez doktrynerstwa, czyli filozofowania, nabiera właściwej perspektywy. Gdy nie żyje już tylko dla siebie, ale dla Stwórcy, może uzyskać naturalny dystans do siebie i swojego życia. Ważne, żeby to było naturalne, logiczne, niewysilone, pozbawione sztuczności i egzaltacji.
Nauczanie św. Pawła jest w swojej prostocie doskonałe. Skoro jesteś tym, kim jesteś, nie grzeszysz, angażując się w swoje życie. Nie ma w Ewangelii pogardy dla doczesności i materii. Nie zakazuje się ani radości, ani płaczu, ani pracy, ani rodziny. Nie każe się niczego wyrzekać, nie nazywa się tego życia ułudą. Jest prawdziwe, moje i mam nim żyć. Sercem mam być jednak przy Bogu, przede wszystkim według największego Przykazania. Wtedy wszystko inne nabiera jedynie doraźnej, relatywnej wartości, a ja jestem sobą w swojej ziemskiej roli, ale tak, jakbym już nie był. To jest bardziej wyrafinowana nauka niż wszystkie inne. Bardzo dojrzała. Niczego nie potępia, niczego nie każe odrzucać – jak gnozy dualne chociażby i inne nauki negujące materię. To prawdziwe wyzwolenie bez odrzucania czegokolwiek.
(17)
Wiele tradycji duchowych obraca się wokół uwolnienia duchowego z przestrzeni materialnej, wyzwolenia od przywiązania do świata, wokół nirwany itp. Te wysiłki są zaszczytnym staraniem, jednak bez oświecenia Słowem Bożym często skupiają się na fałszywych celach, niesłusznej doktrynie i połowicznych dokonaniach oraz niekiedy nadmiernej wierze w ludzkie samodzielne wyrzeczenie, umartwienie. To Bóg podnosi nas z upadku przywiązania do rzeczy świata, ludzkie usiłowania winny zatem skupić się na Nim, nie na sobie. Odwrócenie uwagi od siebie jest największym wyzwaniem, a jednocześnie sukcesem duchowym. To prawdziwa śmierć ego, gdy służymy Bogu i bliźnim, doskonałe wyzwolenie.
(18)
Najbardziej konkretnie opisuje kondycję materialnego świata sam Chrystus, nazywając go słomą idącą na spalenie. Wówczas, gotując, palono zeschłymi chwastami, np. zdrewniałymi krzakami. Trudno o lepszy opis.
Chrystus zadziwia także swoją odpornością na przykre doświadczenia, gdy mówi: „jarzmo moje słodkie, a brzemię lekkie”. Jezus czyni sensownym cierpienie (które jest z natury absurdem), gdyż staje się ono narzędziem osiągnięcia większego szczęścia – nieba i zbawienia także dla innych. Niezwykle logiczna jest mądrość krzyża w odpowiedzi na absurd cierpienia jako takiego.
(19)
Ten świat to pułapka na myszy – każdy dostaje swój serek, który należy jednak umieć ominąć, patrząc ponad pokusy, w niebo. Jak Ewa, natrafiamy na pewien zasób pokus, które trzeba po prostu spokojnie obejść, nie dotykając ich.
(20)
Postawę nazywaną ze stoicka apatheia po łacinie określa się za św. Ignacym indiferentia. Przybieramy ją wtedy, gdy potrafimy się duchowo wznieść ponad swoje życiowe przypadki, kiedy to ani przyjemności, ani przykrości nie potrafią już nami powodować i nas determinować. Człowiek żyje między dwiema siłami – przyciągającą (miłą) i odpychającą (przykrą). Prawdziwą wolność odnajdujemy dopiero wówczas, gdy ani jedna, ani druga już nami nie powoduje, gdy przekroczymy ich działanie i odnajdujemy wolność w Bogu i samych sobie.
(21)
Pokój to także wewnętrzna zgoda na przemijanie i umieranie, w tym własne.
(22)
Pokój to brak wojny wewnętrznej z samym sobą, ze swoimi wspomnieniami, obciążeniami.
(23)
Żyjemy, ale jakbyśmy nie żyli, żyjemy jakby tylko częścią siebie. Zachowujemy pewien zdrowy dystans do samych siebie i naszych doświadczeń. To pozwala zachować rozsądek w każdej sytuacji i nie ulegać napięciom i namiętnościom. To bardzo zdrowe także w tym życiu. Umiar ratuje trzeźwość umysłu, uważność, świadomość.
To specyficzna śmierć dla świata, a narodziny dla Boga. Można to przeżywać w każdym otoczeniu, danej nam roli społecznej i religijnej. Prosty człowiek może osiągnąć świętość i mistykę niepojętą dla całych rzeszy mnichów.
(24)
Paradoksalnie, gdy człowiekowi na niczym już nie zależy na ziemi, staje się w naturalny sposób dobry, spokojny, wyrozumiały.
(25)
„Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam. Blisko jest Ten, który mnie uniewinni. Kto się odważy toczyć spór ze mną? Wystąpmy razem! Kto jest moim oskarżycielem? Niech się zbliży do mnie! Oto Pan Bóg mnie wspomaga. Któż mnie potępi?” (Iz 50, 5–9a).
Izajasz przepowiedział wewnętrzny pokój Chrystusa, który nawet w najgorszych doświadczeniach zachował przytomność i wewnętrzną wolność.
(26)
W duchu ochrony wewnętrznego pokoju, przytomności i wolności Chrystus przedstawia tę prawdopodobnie najtrudniejszą ze swoich nauk:
„Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.
Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5, 38–48).
Ta nauka pokazuje, abyśmy nie skupiali się na złu, którego doświadczamy, ale zawsze trwali w dobru. Nawet pod przymusem możemy ochronić swoją wolność wewnętrzną. Atakowani nie musimy podejmować walki ze złem, co czyni nas samych możliwymi napastnikami, czyli złymi. Jest to droga Boskiej doskonałości, przebóstwienia. Chrystus wolał umrzeć niż zejść z tej drogi.
(27)
Chrystus uczy, że to On jest Drogą. Życie przypomina wędrowanie przez czas i miejsca po drodze, jaką ktoś nam organizuje. Ta droga przypomina tor przeszkód wypróbowujących ludzką dzielność. Akceptacja swojej drogi jest akceptacją Boga, który daje nam taką drogę, jaka tylko jest na tym strasznym świecie możliwa i pożyteczna. Święty Paweł potrafi określić nawet swoje przeszłe grzechy jako szczęśliwe winy, choć przecież niczego dobrego w nich nie było. Szczęśliwe, bo odnalazły tak wspaniałego Wybawiciela. Musimy wygrywać nawet nad rozpaczą swoich win i powracać do wewnętrznego pokoju przy Bogu poprzez pokutę i nawrócenie.
(28)
Duchowość i asceza przygotowują jednocześnie na trudne doświadczenia i na te nazbyt miłe (pokusy).
(29)
Mamy takie powiedzenia: „Raz na wozie, raz pod wozem”, „Co się stało, to się nie odstanie” itp. Ułatwiają one odnalezienie ukojenia wobec zmiennych kolei losu.
(30)
Święty Ignacy poucza nas w Ćwiczeniach duchowych, na samym wstępie mówiąc tak:
„Człowiek został stworzony, aby Boga, naszego Pana, wielbił, okazywał Mu cześć i służył Mu – i dzięki temu zbawił duszę swoją. Inne rzeczy na powierzchni ziemi stworzone zostały dla człowieka i po to, by mu służyć pomocą w zmierzaniu do celu, dla którego został stworzony. Wynika z tego, że człowiek powinien ich w takim stopniu używać, w jakim go wspomagają [w zmierzaniu] do jego celu, a w takim stopniu powinien się ich pozbywać, w jakim mu [w dążeniu] do celu przeszkadzają.
Toteż musimy się stawać obojętnymi wobec wszystkich rzeczy stworzonych, jeżeli to zostało pozostawione całkowicie swobodnej decyzji naszej wolnej woli, a nie zostało zakazane. Tak więc chodzi o to, byśmy ze swojej strony nie pragnęli bardziej zdrowia niż choroby, bogactwa niż ubóstwa, szacunku niż pogardy, życia długiego niż krótkiego; i – co za tym idzie – byśmy spośród wszystkich pozostałych rzeczy pragnęli tylko tego i to tylko wybierali, co nas bardziej prowadzi do celu, dla którego zostaliśmy stworzeni”.
(31)
„Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie! Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia! Przylgnij do Niego, a nie odstępuj, abyś był wywyższony w twoim dniu ostatnim. Przyjmij wszystko, co przyjdzie na ciebie, a w zmiennych losach utrapienia bądź wytrzymały! Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia. Bądź Mu wierny, a On się zajmie tobą, prostuj swe drogi, Jemu zaufaj” (Syr 2, 1–6).
(32)
„I on im mówi: «Wyście też tacy niepojętni? Nie rozumiecie, że wszystko, co z zewnątrz wchodzi do człowieka, nie może go splamić. Bo to nie wchodzi do jego serca, tylko do brzucha i wychodzi do ustępu i tam się oczyszcza każdy pokarm?» I mówił, że «To, co wychodzi z człowieka, to człowieka plami. Bo z wnętrza, z serca ludzi wychodzą myśli złe, cudzołóstwa, nieprzyzwoitości, morderstwa, kradzieże, chciwość, szelmostwo, chytrość, bezbożność, zło oko, bluźnierstwo, pycha, głupota. Wszystkie te złe rzeczy z wnętrza wychodzą i plamią człowieka»” (Mr 7, 17–23; tłum. W. Witwickiego).
Chrystus poucza, że to, co otrzymujemy w życiu, jest jak pokarm dla brzucha. Te doświadczenia przenikają nas bez naszego udziału. We wnętrzu człowieka każde doświadczenie może jednak zostać poświęcone Bogu i oczyszczone. Dzięki brakowi przywiązania może też być wydalone i zapomniane.
Nie jesteśmy zamkniętym systemami, tylko fragmentami Kosmosu. Z resztą świata podlegamy interakcjom, których nie da się uniknąć. Pokusy, złe intencje, silne, nieraz cudze emocje udzielają się nam wzajemnie. Przypomina to trochę przypowieść o kwasach, które przemieniają mąkę, pochodząc z zewnątrz; może to być kwas grzeszników, któremu nie należy ulegać, i dobry kwas Ewangelii.
Wpływ ten jednak możemy przyjąć wedle woli nie do swojego serca, tylko do brzucha. Pamiętamy, że w Piśmie serce to siedziba myśli, intencji i intencjonalnych emocji. To ważne rozróżnienie i rzadko zauważana w chrześcijaństwie władza duchowego brzucha, którą wszak mamy. Od siebie dodałbym, że w brzuchu zachodzi trawienie, a to czasem trochę trwa. Ileż razy mówiliśmy, kierując się podobną intuicją, że jakieś doświadczenie trudno strawić, że coś jest „niestrawne”, że wywołuje odruch wymiotny… Ta metafora jest jakoś wpisana w naszą naturę.
Z tego duchowego brzucha człowiek następnie wydala do ustępu. Kiedy czytam w Piśmie o tym brzuchu (w domyśle jakimś trawieniu) i wydalaniu, zawsze przypominają mi się porady współczesnej psychologii, ale i tej pochodzącej z Dalekiego Wschodu, zgodnie z którą człowiek musi mieć czas na to przetrawienie swojego życia. Nie uciekniemy od swojego życia z jego doświadczeniami, musimy je spokojnie zaakceptować. Cudzy grzech, czasem jako zły przykład, a czasem skierowany w nas jako krzywda, ból i krzyż – to wszystko musimy przetrawić i wydalić, pozwolić temu odejść, minąć. Współczesnym ludziom do takiego ukojenia i pozbycia się balastu służy praktyka medytacji – relaksacji. Wszyscy potrzebujemy oczyszczenia naszej emocjonalności, a to wymaga pewnych zabiegów, owego wydalenia, pozwolenia, żeby głupie myśli, chęci i pociągi po prostu sobie zapłonęły, a potem bezczynnie przygasły. Tu z kolei konieczne jest nasze zaangażowanie, chęci i poświęcenie czasu. Szalenie ważne, żeby dać sobie czas na narzucające się nam wspomnienia, traumy, przykrości i inne przeżycia. W czasie życia czynnego są one wypierane, ale nie giną. Potrzebują późniejszego przetrawienia w małej zamkniętej izdebce, rozładowania, rozprężenia, poukładania.
Także chrześcijańska duchowość musi zawierać w sobie ten element uspokojenia potrzebnego do oczyszczenia się. Im dalej w duchowość, tym staje się to łatwiejsze, bo rośnie dystans do wartościowania codzienności, a wzrasta poczucie wartości spraw wiecznych. Zdolność zaakceptowania w sobie obecności zła prowadzi nas do pozbycia się go. Niekiedy doświadczenie nocy polega właśnie na wstrząśnieniu w nas wypartych i zastarzałych emocji oraz wydobyciu ich na wierzch po to, żeby nad nimi zapanować, powracając wolą mimo ich parcia do dobra i miłości.
Nic prostszego niż z takiego przetrawiania uczynić ćwiczenie duchowe. Zwykle żalimy się na to, że rozpraszamy się na modlitwie, a przecież część z tych „rozproszeń” to właśnie narzucające się nasze wewnętrzne biedy (a i sukcesy przecież), które wołają o przetrawienie. Czasem – paradoksalnie – warto pomodlić się „rozproszeniami” właśnie; tym, co samo spontanicznie powstanie. Musimy jednak na nie reagować świadomie. Oddając wszelkie doświadczenia Bogu, Jego władzy i miłości, poddajemy swoje przeżycia Jego panowaniu, co nas leczy i pozwala zapomnieć, rozładować, „wydalić” męczące nas sprawy z naszego życia.
Warto pamiętać, że duchowość jest to złączenie historii naszego życia z historią zbawienia, więc taka spontaniczna modlitwa oczyszczająca ma o wiele większy sens i wartość, niż to się z pozoru wydaje. W praktyce m.in. na tym polega oczyszczanie serca, a pamiętamy, że Boga mogą oglądać ludzie czystego serca. Jest w tym wszystkim też element poznawania samego siebie – takiego dogłębnego, prawdziwego. Spontaniczność w ogóle stanowi część duchowości charyzmatycznej, afektywnej – w jej kręgu dowiadujemy się jeszcze czegoś, a mianowicie że także Duch Święty wykorzystuje naszą gotowość do odkrywania wewnętrznych poruszeń, aby przez nie przekazywać swoje przynaglenia.
Na koniec biblijnego cytatu widzimy, że to, co powinno iść do ustępu, gdy staje się motorem postępowania, przechodzi w grzech. Jest on zatem babraniem się w gnoju moralnym i paskudzeniem się nim. To mocna nauka.
(33)
Według starożytnych nauk duchowych są trzy podstawowe przejawy hezychii (duchowego pokoju):
• oderwanie od wszelkich rzeczy,
• wytrwała modlitwa,
• nieustanna czujność serca.
6.2.Rozumienie
(1)
„Prawda nie mieści się w słowach i słowa ją umniejszają, a niekiedy zniekształcają, bo każdy może inaczej słowa zrozumieć.
Bez Mojej pomocy nie ma pełnego zrozumienia ani poznania” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej; A. Lenczewska, Świadectwo, 81, n. 18 V 86, g. 7:00).
(2)
Prawdziwa mistyka prowadzi do zrozumienia. Z kolei fałszywa mistyka zmierza do nabycia złej gnozy, jakby boskiej wiedzy dającej władzę. Dobra mistyka ma wymiar poznawczy w zakresie rozumienia rzeczywistości. Jest to pogłębiający się realizm w spojrzeniu na stan rzeczy. Takie rozumienie to dar od Boga. Dzięki niemu człowiek lepiej odnajduje się w swoim życiu i wobec Boga. Poprawia się ogląd rzeczywistości, mocniej stajemy na ziemi. Rośnie też świadomość praw, zasad. W ogóle „rozumieć” to znaczy dostrzegać zasady, prawidłowości, przyczyny i skutki.
(3)
Kiedy poznajemy Boga, poznajemy też świat, poszerza się pole naszej świadomości, percepcji. Widzimy więcej dobra, jak małż, który otwiera zatrzaśniętą skorupę, gdy zmniejsza się jego lęk przed rzeczywistością. Potrafimy wtedy lepiej widzieć, słyszeć i rozumieć.
6.3.Trwoga i bojaźń
(1)
Religijność to doświadczenie fascynacji Bogiem i trwogi, jakie ogarniają człowieka w spotkaniu z Nim. Opisuje to religioznawstwo. Nie ma w tym błędu, a Słowo Boże potwierdza takie podsumowanie tego zjawiska. Wiara ma w Piśmie dwa biegunowe odbicia w przeżywaniu – radość i bojaźń, które w istocie są tylko innymi określeniami na fascynację i trwogę. W innym ujęciu mówimy, że treścią przeżyciową wiary, czyli związku z Bogiem, jest troska. Ujęcia te są dla siebie komplementarne.
O ile radość, jako przeżycie przyjemne, wśród dzisiejszych ludzi, którzy w każdej komórce swojej istoty mają zapisany hedonizm, nie budzi zastrzeżeń, o tyle we współczesnym zepsutym społeczeństwie pojęcie trwogi powoduje już odruchowy sprzeciw i bunt. Nie należy się jednak obrażać na ludzi, że w danym punkcie historii stali się tacy, a nie inni. Także historia należy do Boga i z pewnością jakieś ziarno dobra, nawet z dna zepsucia, należy wydobyć. Żyjemy w czasach, które wraz z przyjemnością podkreślają też miłość, ogólnoludzkie zbliżenie, globalną integrację. Zły duch absolutyzuje te procesy i wypacza, wyrzucając poza ich nawias Pana Boga i wiarę, ale ten głos historii – po oczyszczeniu z przesady i wypaczenia – może być częściowo głosem Boga. Wszak Bóg mówi do nas dziś poprzez pojęcie miłosierdzia, a prorokini tego języka dialogu Boga z ludźmi pochodziła z naszego kraju i wszyscy jesteśmy jej uczniami.
Jak więc pogodzić bojaźń i trwogę z myśleniem kategoriami miłości, integracji z Bogiem i ludźmi? Wymaga to medytacji.
(2)
Piękny w prostocie i szczerości przejaw trwogi widzimy w sytuacji powołania Szymona (Piotra). Mężczyzna, doświadczywszy wszechmocy Boga (połów, w trakcie którego urywały się sieci, jaki miał miejsce po całej nocy bezowocnej pracy), odsuwa się od Chrystusa ze słowami: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. Odsuwa się od Boga, czując jakby własne nieprzystawanie do Jego dobroci. Odsuwa się, ale nie ucieka, pozostaje w Bożym władaniu i zdaje się na nie. To skrajnie odmienna postawa od tej, którą przyjął Adam po grzechu, chowając się w krzakach i tym samym usiłując stworzyć sobie schronienie przed gniewem Bożym, enklawę bez swojego Stwórcy, własne małe piekło. Szymon przeniknięty bojaźnią nie zamyka się na Boga, ale pokornie przyjmuje dalsze wskazania Chrystusa.
(3)
Bohater ewangelicznej perykopy, setnik o wielkiej wierze, wykazuje się podobną bojaźnią, mówiąc: „Nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie”. To jest wyraz głębokiego poczucia różnicy między adorowanym w swej świętej doskonałości Bogiem a samym sobą, upadłym i nieświętym. To przestrach przed profanowaniem świętości własnym zepsuciem, doświadczenie przepaści między sobą a Bogiem. Dostrzeżenie tej różnicy stanowi istotę mistyki. Chodzi o to, by nie uciec od Boga, ale zdać się na Jego wybór w tej sprawie: „Powiedz tylko słowo…”. Setnik był człowiekiem o największej wierze – w tym krótkim zdaniu i swojej postawie streścił całą wiarę.
(4)
Bojaźń i trwoga stanowią jedno zjawisko. Bojaźń jest racjonalnym owocem przeżycia trwogi.
(5)
Kiedy się modlę, uczestniczę w konstytuowaniu mojego własnego istnienia. Przemożnym doświadczeniem mistyków jest to, że może mnie nie być. To przerażająca perspektywa, która przypomina sytuację, jak idzie się skrajem przepaści. Wyłącznie wola Boga sprawia, że jestem, choć może mnie nie być.
Pismo mówi, że dusza przeżywa bojaźń w stosunku do Boga, a tak naprawdę to śmiertelna zgroza w odniesieniu do samego siebie. Może mnie nie być w dowolnym momencie i nie mam na to żadnego wpływu.
Chodząc po świecie, gromadzę na sobie grzech, zgorszenie, różne małe, ludzkie ciążenie do niebycia, ucieczki od siebie, od życia. To jest śmierć, czyli usuwanie spod siebie gruntu, fundamentu mojego istnienia, jakim jest właściwa relacja z Bogiem.
Wszystkie małe, ludzkie bezeceństwa umierają w spotkaniu z wielką grozą niebytu przed Obliczem Boga. Wszystkie głupie przeżycia umierają w kontakcie z grozą niebytu doświadczaną niekiedy wraz z silnym odczuciem istnienia samego w sobie. Ta zgroza nie jest, by przez nią umierać, nie niszczy. To siła do eskalacji życia, które dopiero wtedy naprawdę się docenia.
(6)
Niepokój wypływa z doświadczenia własnej skończoności i niezdolności do właściwego zadbania o siebie, o drugiego, o Boga. To manifestacja bojaźni, która jest w nas z natury – stale się bowiem o coś lękamy, czymś przejmujemy. Pytanie: Czy to zdrowa bojaźń o Boga, która spotyka się z bojaźnią i troską Boga o nas? A może to głupia bojaźń i zalęknienie o błahe, pospolite sprawy tego świata? Innym określeniem bojaźni jest niepewność.
Mówiąc prosto, człowiek jest strasznie malutki wobec Boga. Ta myśl bardzo pomaga w nabywaniu mądrości.
(7)
Radość zbliża do Boga, bojaźń zaś dystansuje. Działając na zmiany, ustalają właściwe miejsce dla człowieka w stosunku do Boga, pozbawione lekceważącej fraternizacji, a jednocześnie ucieczki przed Bogiem. Znowu complexio oppositorum umożliwia nam wypracowanie właściwej postawy.
(8)
Przyjrzyjmy się historii bojaźni. Bóg w nas wierzy. Pozostawił nas na świecie, wierząc, że damy sobie radę nawet bez Jego widocznej asysty. Powierzył nam wszystko, co ma. Zawierzył, że uczynimy Jego świat jeszcze lepszym. I tak było w okresie niewinności, niewinni, naturalnie dobrzy ludzie mogli nie lękać się o swój los obdarzani wyłącznie Boską miłością, nie znający groźby kary, bólu, straty.
Po upadku pierwsze, co uczynili, to ucieczka w krzaki – wyraz ich strachu przed Bogiem. Wybrali śmierć (ból, chorobę, stratę) i w oczekiwaniu na to po prostu się bali. Bali się własnego wyboru. To był lęk patologiczny, chory. Wszyscy urodzeni po upadku przeżywamy to samo. Pierwsi rodzice zgotowali nam ten los odrzucenia, potępienia i odsunięcia jako nieudanego stworzenia.
Biblijna bojaźń jest naturalnym uczuciem, które jednak gubi się z powodu panującego w nas emocjonalnego chaosu. Przejawia się także poprzez lęk egzystencjalny, który opisał P. Tillich jako nieodłączny od naszego bytowania w aktualnym stanie. Zalęknienie jest w nas w stopniu zależnym od temperamentu. Bojaźni nie da się pozbyć, można ją zagłuszyć lub odciąć się od niej, ale to tylko wzmaga cierpienie. Można ją też odkryć, sublimować i oczyszczać przez obcowanie z dobrocią Boga, który nie chce budować na lękach i bojaźni, tylko na miłości i przebaczeniu.
Bojaźń jest naturalnym sygnałem ostrzegawczym przed życiem w grzechu, a wtedy staje się bardzo silna. Objawia się wyrzutami sumienia, a odpychana prowadzi do rozbicia emocjonalnego, nerwic, depresji i innych zaburzeń. W miarę zbliżania się do Pana wszystko to mija i przeżywanie nasyca się błogością i miłością.
Jest też lęk patologiczny, chorobliwy, pozbawiony sensownego odniesienia do historii ludzkości i własnej przeszłości. Objawia się wszelkimi patologiami, gdy nie umiemy sobie z nim poradzić, próbujemy go zagłuszać uciechami, względnie popadamy w końcu w rozpacz i apatię (śmierć uczuciową).
(9)
Zdrowa bojaźń bierze się z konstatacji odłączenia od Boga. Jednostka ma przynajmniej w głębi serca świadomość, że nie wystarcza jej własnych sił, przemyślności, aby zrealizować siebie i zmienić swoje potencjały w pełni dobre owoce swojego życia. Ani jednego włoska nie możemy poczernić czy pobielić na swoich własnych głowach, a co dopiero wpływać na świat, samodzielnie wiele zdziałać. To też bojaźń utraty Boga w wyniku własnej słabości, niewystarczalności.
(10)
Osobista pycha uczy nas czegoś przeciwnego, a mianowicie uświadamia nam, że jesteśmy świetni, doskonali i samowystarczalni. Nic nie musimy w sobie i w świecie zmieniać, bo już jesteśmy bezbłędni. Z kolei pycha zbiorowa uczy, że ze wszystkim jako ludzka zbiorowość poradzimy sobie sami własnym narzędziami, zwłaszcza techniką wspieraną danymi nauki o prawach materii. Naukowe eksperymenty społeczne bolszewizmu i nazizmu (pierwszy wprost nazywał się naukowym, drugi nieustannie podpierał się rzekomo naukowymi teoriami dowodzącymi wielkości „rasy aryjskiej”) czy obecne podobne szaleństwa scjentystów najpierw rozniecają ogrom ludzkiej pychy, a po swoim niepowodzeniu rujnują autorytet nauki jako takiej i wiary w ludzkie poznanie.
(11)
Pozornym lekarstwem na poczucie odłączenia są fałszywe bożki ludzkich społeczności (synagog demona) czcicieli: narodu, klubu sportowego, gangu, dowolnej organizacji religijnej czy też ludzkości jako takiej.
(12)
Zbliżonym pojęciem jest pobożność, czyli nieodstępowanie, przywiązanie. Kto znalazł, już nie musi więcej szukać. Przeżywa swoje zapatrzenie, zachwycenie, rozmiłowanie, ale i udrękę poczucia oddzielenia, lęk utraty. Miłość i cierpienie są nierozłączne na tym świecie.
(13)
Jedna z podstaw bojaźni to zalęknienie o dobro Boga, także jako gruntu mojego własnego bytu. To jest nierozdzielne, jak człowiek pozostaje nierozdzielny od Boga. Troszcząc się o Boga, troszczymy się i o siebie, i o cały świat. Dalsza bojaźń dotyczy Bożej sprawy, Jego dobrego imienia, Boga na ziemi, tego, żeby Bóg nie był obrażany ludzkim buntem, obojętnością czy agresją, żeby był kochany, by realizowało się Boskie działanie poprzez ludzi, a łaska kwitła.
(14)
Według wyjaśnień z Biblii paulistów, bojaźń:
„(…) wyraża się (…) w głębokim szacunku, jaki człowiek nieustannie powinien okazywać Bogu (Koh 12, 13). W istocie oznacza ona głęboką więź łączącą stworzenie ze swoim Stwórcą. W księgach ST bojaźń Boża często przejawia się w postawie lęku, jaki człowiek odczuwa, doświadczając własnej małości i grzeszności wobec majestatu i potęgi Boga. Wyrazem bojaźni może być też obawa przed karą za popełnione grzechy, które obrażają świętość Boga. Zasadniczo jednak tradycja żydowska wyraźnie odróżnia bojaźń od poczucia strachu i obawy, zaznaczając, że wypływa ona przede wszystkim z miłości oraz troski człowieka o jego relację z Bogiem. Stąd w tradycji mądrościowej ST bojaźń Boża jest początkiem wiary i charakteryzuje postawę człowieka pobożnego (Syr 1, 11–20), a zarazem mądrego (Prz 1, 7). Człowiek bojący się Boga jest synonimem człowieka sprawiedliwego (Ps 1), który całe swoje życie zwraca ku Stwórcy i zawsze pragnie postępować zgodnie z Jego wskazaniami. Bojący się Boga to ten, kto ma świadomość Jego nieustannej obecności i opieki. Ta świadomość daje poczucie bezpieczeństwa we wszystkich okolicznościach życia. Taka bojaźń nie jest więc nieuzasadnionym strachem przed karzącym bóstwem, ale jednym z darów Ducha Świętego, który prowadzi do pełnej zaufania adoracji Boga przez człowieka (Iz 11, 2; Rz 8, 15; 1J 3, 20n). Postawie tej towarzyszy poczucie szczęścia i posiadania Bożego błogosławieństwa, co skłania do dawania świadectwa o wielkości i dobroci Stwórcy”.
Kolejna odmiana bojaźni wobec Boga wynika z umierania w nas fałszywych, często nieuświadomionych przekonań. Większość ludzi nieświadomie zakłada, że Pan Bóg jest jakoś podobny do człowieka. To daje błędne poczucie bezpieczeństwa, czyni Boga niejako przewidywalnym i niegroźnym. Autentyczne doświadczenie Boga rozwiewa takie złudzenia. To człowiek jest podobny do Boga, a nie odwrotnie, i jest to odległe podobieństwo. Prawdziwy Bóg to lew, samoistna potęga, absolutnie groźna, „nieoswojony lew” jak Aslan z Narni, całkowicie majestatyczny. To odkrycie przenika drżeniem i fascynacją.
(15)
„Kogo się lękasz i boisz, że Mnie chcesz oszukać? Nie pamiętasz o Mnie, nie dajesz Mi miejsca w twym sercu. Czyż nie tak? Ja milczę i przymykam oczy, a ty się Mnie nie boisz. Objawię Ja twoją sprawiedliwość i twoje uczynki nieużyteczne. Gdy będziesz wołać, niech cię ocalą twe obrzydłe [bożki]! Ale wiatr je wszystkie rozwieje, wicher je porwie. Kto zaś ucieknie się do Mnie, posiądzie ziemię i odziedziczy moją Świętą Górę. Powiedzą: «Budujcie, budujcie, uprzątnijcie drogę, usuńcie przeszkody z drogi mego ludu!» Tak bowiem mówi Wysoki i Wzniosły, którego stolica jest wieczna, a imię «Święty»: Zamieszkuję miejsce wzniesione i święte, lecz jestem z człowiekiem skruszonym i pokornym, aby ożywić ducha pokornych i tchnąć życie w serca skruszone. Bo nie będę wiecznie prowadził Ja sporu ani zawsze nie będę rozgniewany; inaczej ustałyby, niknąc sprzed mego oblicza tchnienie i istoty żyjące, którem Ja uczynił. Zawrzałem gniewem z powodu jego występnej chciwości, ukrywszy się w moim gniewie, cios mu zadałem; on jednak szedł zbuntowany drogą swego serca, a drogi jego widziałem. Ale Ja go uleczę i pocieszę, i obdarzę pociechami jego samego i pogrążonych z nim w smutku, wywołując na wargi ich dziękczynienie: Pokój! Pokój dalekim i bliskim! – mówi Pan – Ja go uleczę. Bezbożni zaś są jak morze wzburzone, które się nie może uciszyć i którego fale wyrzucają muł i błoto. Nie ma pokoju – mówi Bóg mój – dla bezbożnych” (Iz 57, 11–21).
Korelatem bojaźni jest antropomorfizująca Boga wizja Jego gniewu. Nie oznacza to, że niesłuszna. W wyniku własnego zła ludzkiego rośnie wewnętrzne poczucie zagrożenia. W istocie, gdy człowiek zyskuje odpłatę za swoje winy, nie działa gniew Boga. Bóg po prostu udziela człowiekowi takiej nagrody, jaką sam człowiek dawał w życiu. „Objawię Ja twoją sprawiedliwość i twoje uczynki nieużyteczne” (Iz 57, 12) – to kluczowe zdanie ukazujące Boży sąd nad ludźmi, polegający na pokazaniu człowiekowi, jak żył. Do tego dochodzi przekazanie doświadczenia tych, którzy odbierali działania danego człowieka, a wraz z nimi doświadczenia samego Boga. Kto daje ból, krzywdę, nienawiść, odbierze nagrodę bólu i przykrości. To nie jest przejaw gniewliwości Boga, tylko prawo życia zapisane w naturze świata. Bóg nie chciał i nie chce nagradzać ludzi cierpieniem, więc ucieczką od tego jest tylko wybawienie przez Chrystusa.
Gniew w ujęciu ludzkim jest przeżyciem porządkującym. Unosimy się gniewem, gdy naruszone zostają zasady świętego porządku stworzenia. Często niestety są to nasze własne pyszne zasady, a gniew w ich imię staje się jednym z podstawowych grzechów. W przypadku Bożego gniewu jest to także moc przywracania porządku na ziemi. Grzesznik winien się tego obawiać, bo, gdy staje na przeszkodzie tej mocy ze swoim złem, ta moc go obali.
Uderzające w tym cytacie jest też to, że grzech i bezbożność są opisywane jako stan wojny (braku pokoju) człowieka przeciw Bogu. Pokój w relacji z Bogiem oraz ten wewnętrzny dane są z kolei ulegającym Bogu. Łatwo to zrozumieć, patrząc na ludzi, którzy w sytuacji wojny przechodzą w tryb działania emocji typu „walka lub ucieczka”. Oznacza to, że lęk przed reakcją Boga i postawa agresji wobec Niego są w istocie jednym i tym samym.
Bojaźń, jako zrozumienie prawa Boga do gniewu na nas upadłych, nie jest Jego antropomorfizowaniem. O ile gniew Boży to, owszem, symbol antropomorficzny (wszystkie nasze pojęcia, symbole, słowa są antropomorficzne, innych nie ma), o tyle kara Boska nie jest już symbolem, ale rzeczywistością, sprawiedliwością zapisaną w prawach świata. Trzeba jednak pamiętać, że Syn Boży przyniósł na świat przebaczenie i miłosierdzie, po które możemy sięgać. Szatan to sama sprawiedliwość – niekończąca się zemsta na ludziach, kłamliwa i wstrętna, za własny grzech człowieka, podszyta fałszem, w myśl którego człowiek (Bóg – Człowiek) był przyczyną tego grzechu. Zły stale oskarża i osądza. To jego wypaczona wersja sprawiedliwości. Jego strach przed Bogiem podszyty jest nienawiścią (odwróceniem się od Boga) i rozpaczą. Niestety udziela nam tego swojego strachu.
(16)
Bojaźń opisał Sz. Hołownia (kiedy jeszcze zależało mu na sprawach katolickich) w książce Bóg – życie i twórczość, gdzie czytamy:
„(…) bojaźń, do której tak często nawołują kaznodzieje, jest czymś zupełnie innym niż strach i lęk. Bojaźń to nie afekt, lecz stan ducha w zetknięciu z mysterium tremendum et fascinas – tajemnicą przerażającą i fascynującą. To – jak precyzyjnie zdefiniował Tadeusz Żychiewicz w Starym Testamencie (Kraków 2000) – «ściśnięcie gardła w zetknięciu z czymś, co jest ogromne, piękne, święte, że aż straszne». Wzięte z Psalmu 111 zdanie głoszące, że «bojaźń Boża jest początkiem mądrości», nie oznacza więc, że natychmiast trzeba wiać, ale że nie da się zrozumieć tego świata, jeśli najpierw nie uświadomi się sobie relacji do Boga”.
Jest w końcu bojaźń i trwoga najgłębsza, która pochodzi z poznania Boga i Jego pozycji w świecie. Bóg, oddając nam swoją władzę nad nami, obdarzając nas wolną wolą, zaparł się siebie i uczynił się bezradnym. Grzech, który jest odwróceniem się od Boga, czyni Jego bezbrzeżną miłość do nas i chęć ostatecznego uszczęśliwienia człowieka doświadczeniem rozpaczy. Niezwykle dojmująca jest ta rozpacz i bezsilność Boga wobec grzechu człowieka. Rozpacz rodzica nad upadłymi dziećmi, rozpacz kochającego narzeczonego wobec zdradnej wybranki. Bezsilność Boga wobec odwracających się od niego ludzi jest czymś niewyobrażalnie traumatycznym. Dla wielu świętych ludzi było to początkiem zadośćuczynienia Bogu tej krzywdy i cierpienia. Bóg bowiem, będąc zjednoczonym ze swoim stworzeniem, przeżywa wraz nim jego los – cierpienie płynące z grzechu i zła. Historia Chrystusa jest unaocznieniem tej kondycji Boga w relacji z człowiekiem. Bóg skupia na sobie cały ból tego świata – cierpi wraz z każdym człowiekiem, cierpi najbardziej, w każdym z nas. On jest najbardziej godzien współczucia, troski, uwagi i opieki, niczym niewinne niemowlę ogarnięte nienawiścią całego odwróconego świata.
(17)
Zaskoczeniem jest bojaźń Boga przed ludźmi. To nieco przewrotne postawienie sprawy, bo Bóg nie boi się swoich stworzeń. Jednak poprzez wcielenie uzyskał pełną percepcję ludzkich stosunków. Historia Pana Jezusa na ziemi to niekończąca się ucieczka przed oprawcami gotowymi Go zamordować – najpierw przed siepaczami króla Heroda, a potem przed prześladowcami ze strony Sanhedrynu. Wędrował, gubił tropy, potajemnie wbrew zapowiedzi chodził do Judei, wychodził za granicę ziem żydowskich, wiele uciekał przed ludźmi. Adoracja Boga w tej nieszczęsnej sytuacji, współczucie i dzielenie tej zgrozy to piękny sposób zbliżenia się do Niego i wejścia w rozważanie tajemnic paschalnych. Jemu możemy oddawać swoją bojaźń, chore lęki, niezdrowe przeżycia, gdyż zaznał On na ziemi wszelkiego bólu i zła, dlatego zdolny jest nas w pełni zrozumieć i uzdrowić, pocieszyć i podnieść.
(18)
Polacy jeszcze niedawno z troską powtarzali niekiedy: „Bój się Boga, co ty robisz?!”, gdy chcieli komuś dobitnie zwrócić uwagę, że brnie w coś złego.
(19)
Nasza przyrodzona skłonność do przeżywania trwogi o dobro Boga podlega wszelkim możliwym nieskończonym co do ilości i wersji wypaczeniom. Świadome przeżywanie tej trwogi – bojaźni – staje się podstawą gorliwości, fundamentem dobrych czynów i pociech. Jest też poznającym zjednoczeniem z Bogiem, z czego płynie wiele duchowych pociech.
Odwrócenie się od Boga i nieuporządkowanie w tych sprawach pozbawia wspomnianych pociech, ale ból empatii wobec Stwórcy pozostaje. Nie da się go usunąć. To ból sumienia, duszy, ból i rozpacz grzesznika. Gdy się od nich odwracamy, nie stają się mniejsze, tylko rosną i się kumulują.
(20)
Niestety, sfera duchowa zawiera więcej nieokiełznanych potęg wypełniających Kosmos. Są też moce złe. Bóg i Szatan to dwaj władcy, których armie ze sobą walczą. To też dwie potęgi kosmiczne zawiadujące ludźmi. Obaj są w stosunku do lichych sił człowieka groźni i przerażający. Przy tych potęgach człowiek okazuje się słaby i mały. Dlatego możliwa jest bojaźń wobec złego ducha. Niestety, przenika ona w zasadzie serca wszystkich ludzi i głęboko wiąże je swoimi stalowymi więzami w nieświadomych pokładach przeżyć. To ta właśnie zła bojaźń czyni z ludzi sługi zła.
To potężne uczucie, u większości nieuświadomione, ale przemożnie nimi kierujące. Chrystus powiedział: „Nie lękajcie się, jam zwyciężył świat”. Jego zwycięstwo jest naszą nadzieją i lekarstwem na światowe lęki.
(21)
„Ja i tylko Ja jestem twym pocieszycielem. Kimże ty jesteś, że drżysz przed człowiekiem śmiertelnym i przed synem człowieczym, z którym się obejdą jak z trawą? Zapomniałeś o Panu, twoim Stwórcy, który rozciągnął niebiosa i założył ziemię; a ciągle po całych dniach jesteś w obawie przed wściekłością ciemięzcy, gdy ten się uwziął, by niszczyć. Lecz gdzież jest wściekłość ciemięzcy? Jeniec wnet zostanie uwolniony, nie umrze on w podziemnym lochu ni braku chleba nie odczuje. Lecz Ja jestem Pan, twój Bóg, który gromi morze, tak iż się burzą jego odmęty. Pan Zastępów – to moje imię” (Iz 51, 12–15).
Ludzie oglądają się na innych, na swoje otoczenie, możnych, władzę. W stosunku do nich odczuwają lęk, poddają się ich dyktatowi, często z tego powodu grzeszą. Jest tak dlatego, że zapomnieli o Bogu, który nawet morze potrafi zgromić, ale potrafi być też jedynym prawdziwym pocieszycielem.
(22)
Próbujemy zapomnieć o bólu, zapominając jak Adam o Bogu. Znajdujemy swoje krzaki – kryjówki przed Bogiem, gdzie skupiamy całą uwagę na sobie bądź sprawach ziemskich. Ból jednak narasta.
Formy tej ucieczki są najróżniejsze:
• szatańska nienawiść do Boga i chęć odwetu za ból; zniszczenie wszystkiego, co Boże; coraz częstsza otwarta nienawiść, czego bardzo dużo można zobaczyć chociażby w Internecie,
• pokusa zapomnienia – lekceważenie rzeczywistości, zatrucie własnej zdolności do zainteresowania się czymkolwiek, apatyczna obojętność,
• upojenie, aby nie myśleć, nie czuć, mogą to być chemikalia (narkotyki, używki), przeróżne nałogi, które są obietnicami chwilowego „szczęścia”, odrealnienie przez zatopienie w historyjkach z powieści, seriali, nałogowego oglądania filmów, gier komputerowych, nałogowe zakupy, obżarstwo itd.; upajanie się to też upojenie w pysze, która oddziela od świata, od rzeczywistości, kreuje własny Olimp samoubóstwienia i czyni samotnym,
• bojaźń o cokolwiek, co nie jest Bogiem; zatopienie swojej wrażliwości ostatecznej w rzeczach świata, jakby były ostatecznym i jedynym dobrem; dobro narodu, organizacji religijnej, rodziny, zwierząt, ginących gatunków – to wszystko są dobra, ale nie mogą zastępować wrażliwości na Boga, winny być obok tej najważniejszej wrażliwości, ale nie ponad nią,
• wszelkie mechanizmy obronne psychiki skierowane przeciw odpowiedzialności za swoje życie; wynikowo jest to obrona psychiki przeciw doświadczeniu i świadomości Boga; to patologiczne zalęknienie o siebie samego, które pogłębia problem; lęk przed bojaźnią, przed utratą pychy jako podstawy dobrej samooceny.
(23)
Dobre życie duchowe i adoracja Boga w niebie to przeniknięcie człowieka zarówno trwogą wobec majestatu Boga, jak i fascynacją Jego potęgą, w tym potęgą Jego miłości. Trzeba się otworzyć na jedno i drugie doświadczenie, żeby wyleczyć własną duszę i dopuścić uzdrowicielską i regenerującą nas łaskę, czyli Boże działanie na nas. Wymiana miłości zaczyna się od wymiany poznania, Bóg nas poucza:
„Pragnę miłości, nie krwawej ofiary; poznania Boga bardziej niż całopaleń”.
(24)
Bóg jest dobrym ojcem dla swoich dzieci – ludzi. On się o nas troszczy i lęka, abyśmy byli zawsze dobrzy. Dlatego nasze uczucia troski i bojaźni są jedynie przedłużeniem Jego miłosnego zatroskania o nas.
(25)
Pismo poucza, że zdrowa bojaźń Boża stanowi wstęp do duchowego sukcesu. Jest to racjonalna konstatacja naszej własnej kondycji bardziej lub mniej skazanej na niepowodzenie za życia, a ostatecznie – na śmierć. Po prostu jest się czego bać, a właściwie Kogo, bo Pana Boga: poniżonego, zlekceważonego, psychicznie uśmierconego w naszych sercach, a fizycznie zabitego na Golgocie. To nie są żarty. Zaciągnęliśmy u Boga dług naszymi występkami; dług odszkodowania za zniszczenie siebie, innych i świata; dług zadośćuczynienia za swoje zachowanie.
Chcąc, nie chcąc, nawet aktualnie żyjąc w pełnej świętości, stale przynależymy do upadłego świata, a to poczucie nieustannie nam towarzyszy, powracając choćby przez pokusy albo doznanie wspólnej odpowiedzialności.
Obiektywne spojrzenie na siebie wywołuje w naturalny sposób bojaźń, która jest początkiem trzeźwienia z narkotycznej ułudy grzechu i pychy. To co najmniej zdroworozsądkowy respekt, szacunek dla zdolności Boga wydźwignięcia nas z nieistnienia i ofiarowanie nam realnej możności powrotu do Niego. Jest to przeciwieństwo diabelskiego lekceważenia Stwórcy. Gdzieś w tym tkwi też element wewnętrznej konstytucji człowieka oraz jej przeciwstawnych elementów – doczesności i wieczności. Przez dysonans tych dwu elementów powodowany jest też niepokój: dążymy do szczęśliwej nieskończonej wieczności, ale nasze środki zapracowania na to są skończone, małe i nieadekwatne.
Zaakceptowana bojaźń, będąca m.in. niewiarą w absolutną wystarczalność stworzeń wobec własnej egzystencji, jest czymś naturalnym i pochodzącym z realiów życia oraz jego uwarunkowań. Ta bojaźń zabiłaby nas (jak zresztą zabija wielu ogarniętych neurozami, depresjami, dysfunkcjami, nałogami), jeśliby nie znalazła zbawczej odpowiedzi. Jest nią troskliwa obecność Boga w naszym życiu, którą przyciągamy wiarą i modlitwą.
Opatrzność czuwa nad nami zawsze do pewnego stopnia, ale udział Boga w życiu wierzącego, który z kolei swoją wiarą uczestniczy w życiu Boga, przez co te dwa życia jednoczą się i przenikają, stanowi zupełnie inną jakość. Każde zwrócenie się do Boga, każda modlitwa powinny polegać na skierowaniu się do Niego jako gruntu naszego istnienia. Odbicie nie istnieje bez Odbijającego się. Bez Niego nie ma nas, a im więcej Boga w naszym życiu, tym większy pokój w naszych sercach.
(26)
Pokój wewnętrzny to bojaźń, którą przerasta zaufanie Bogu, że prowadzi mnie do dobra. Nic nas nie jest w stanie odłączyć od tego pokoju – ani to, co wysokie; ani to, co głębokie. Jedynie nasz grzech z powrotem niweczy ten pokój i wrzuca nas w rozpacz i przerażenie.
6.4.Troska
(1)
Bojaźń łączy się z „troską”. Trudno znaleźć na ten stan dobre słowo. Paul Tillich pisze cancern i wyjaśnia, że przedmiotem troski jest to, co nas ostatecznie obchodzi. To troskliwe zainteresowanie tym, co finalnie istotne, właściwa postawa człowieka w stosunku do rzeczywistości. Jest to stałe pozytywne odniesienie. Czynny aspekt troski to dbałość o jej przedmiot.
Obejmuje ona element poznawczy wyrażany zwłaszcza jego angielskojęzycznym odpowiednikiem – słowem cancern, co oznacza bycie czymś zajętym, zaabsorbowanym. W aspekcie jaźni jest to jej natężenie, uważność, pozytywna praca świadomości nastawionej na pełne postrzeganie rzeczywistości, absolutny realizm. Wyzbycie się wszelkich zasłon poznawczych, złudzeń, uprzedzeń, fantazji, nierzeczywistości. Poznanie to jednoczenie z jego przedmiotem, a zjednoczenie to miłość. Troska jest więc, choćby tylko poznawczo rzecz ujmując, miłością. To manifestacja miłości.
Emocjonalnie jest to przejęcie losami przedmiotu troski, zwrócenie się na niego, poświęcenie się mu. To rodzaj ofiary z siebie w tym procesie.
(2)
Bojaźń jest negatywną stroną troski. Troska to dbałość, a bojaźń to obawa utraty. W istocie są jednym i tym samym. Troska to po trosze strach o to, czym się troskamy. Zatroskany (o siebie, o Boga, o drugiego człowieka) przeżywa niepokój wobec własnej małości (skończoności) i niezdolności do zapewnienia pewnej, dobrej przyszłości, wobec własnej ograniczoności i w dużej mierze bezsilności w stosunku do osiągnięcia dobra dla tego, o co jesteśmy zatroskani. To zdrowy niepokój będący częścią życia człowieka.
(3)
Paul Tillich stosuje termin ostatecznej troski jako centrum życia człowieka. Chodzi o to, co jest dla danego człowiek obiektem tego ostatecznego zatroskania. Przykazanie miłości naprowadza nas na ideę, że w naturalny sposób przedmiotem tej ostatecznej troski jest Pan Bóg oraz człowiek sam dla siebie. Przed obliczem Boga kształtujemy samych siebie i swoje przyszłe losy, a to najważniejszy wymiar naszego życia, najlepsza cząstka. Dbamy o więź, o miłość między sobą i Bogiem – to jest najważniejsze.
(4)
„Gdy wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi. Rzekł mu Jezus: Przyjdę i uzdrowię go. Lecz setnik odpowiedział: Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! – a idzie; drugiemu: Chodź tu! – a przychodzi; a słudze: Zrób to! – a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary” (Mt 8, 5–10).
Setnik chroni Chrystusa przed kontaktem z samym sobą jako tym nieczystym w świetle prawa Izraelitów. Adoruje Jego doskonałość i wszechmoc oraz w tym wszystkim przyciąga Boga do siebie, zaprasza Jego duchową moc uzdrowienia do swojego domu, a jednocześnie otacza Go troską i ochroną. To ładny przykład troski o Boga. Wyraża także głęboką pokorę, poczucie niegodności wobec majestatu Chrystusa.
(5)
Bóg interesuje się człowiekiem, nie spuszcza nas z oczu, stale jest w nas zapatrzony, nie tylko oczami, ale i sercem, wrażliwością. Nieustannie jest gotowy nas wspierać, a nawet wywyższyć i przygarnąć nas do swojego nieba. Bóg nie szczędzi nam tej troski. Człowiek jest „oczkiem w głowie” Boga, który stale o nas myśli. My jedynie możemy odwzajemniać to zainteresowanie.
(6)
Nasze zainteresowanie się Bogiem to tylko liche odwzajemnienie Jego zainteresowania nami. Człowiek cierpi, gdy nikt się nim nie interesuje. Straszliwie i łapczywie poszukujemy uwagi innych, bo wtedy czujemy się kochani. Tymczasem Bóg nieustannie jest nami zainteresowany. Nigdy nas nie zdradził, nie odwrócił od nas swojej uwagi. To my Jego zdradzamy i odwracamy się gromadnie, okazując Mu brak zainteresowania.
(7)
Zainteresowanie to poznanie drugiego, jego potrzeb. To miłość, wstęp do niej. Poznanie jednoczy poznającego i poznawanego. Poznający staje się poznawanym. Poznanie sercem to współczucie, empatia. To skupienie swojej uwagi i zaangażowania na drugim. Dlatego po polsku nazwano to właśnie „troską” lub ostatecznym „zatroskaniem”. Obiekt mojego zatroskania i miłości stanowi to, co mnie ostatecznie obchodzi i zajmuje. Istota naszego życia zawiera się w pytaniu: Co jest przedmiotem mojej ostatecznej troski i zainteresowania. Co jest centrum mojej uwagi i wrażliwości? Z kim współodczuwam? Kto mnie obchodzi? Czyj ból i strata mnie przerażają, a czyja radość mnie uszczęśliwia?
(8)
Tak bardzo Szatan i świat walczą o naszą uwagę swoją gadatliwością. Świat jest pełen napastliwego gadulstwa szarpiącego uwagę swoimi kłamstwami i wypaczeniami. Doskonale widać to w mediach, pełnych silnych bodźców, pokus, fałszywych korzyści i urojonych żali.
Bóg tymczasem milczy. Jest w nas miłośnie wpatrzony i cierpliwie czekający. Możemy Go rozpoznać właśnie w tym zapatrzeniu. Nie woła, nie podnosi głosu. Czeka. Nie budzi ze snu umiłowanej, póki nie zechce sama wstać. Jezus bardzo mało mówi – przede wszystkim jest i działa jak Ojciec. Zna człowieka, o czym poucza Pismo. Zna, czyli poznaje. Niczego nie pisze, po prostu siebie objawia. W wyrazie tego jest elegancko powściągliwy. Nikomu się nie narzuca; wchodzi tam, gdzie zapraszają; uzdrawia, gdy proszą. Nieustannie widzi człowieka z ludzką biedą, której współczuje i w której go wspomaga.
Nasza uwaga i zainteresowanie to rzecz kluczowa. Mówi się, że wiara pochodzi ze słuchania. To tylko przykład, bo poznanie jest procesem jednoczącym, miłosnym. W Biblii poznać to połączyć się. Poznanie przemienia poznającego w poznawanego. Przedmiot poznania paradoksalnie zmienia podmiot poznający. Pozostaje pytanie: Co na co dzień poznajemy? Czym się zajmujemy? Co jest centrum naszej wrażliwości, naszym skarbem? Czy jest to Bóg?
(9)
Interesować się to także troszczyć się, opiekować się, strzec. Przedmiot mojego żywotnego zainteresowania staje się przedmiotem mojego niepokoju. Jego los mnie dotyczy, budzi we mnie troskę, obawę, zaniepokojenie.
(10)
Coraz żywsze zainteresowanie Bogiem i Jego sprawami rozbudzane duchowością oraz nawróceniem przeradza się w zaabsorbowanie, a ono z kolei w zapatrzenie, kontemplację, adorację, poczucie nieustannej obecności i bliskości. To już jest mistyka. Adoracja przeradza się niekiedy w ekstazę – wyjęcie ze świata, oddzielenie zmysłów od „tu i teraz” oraz zapatrzenie w Umiłowanego bez reszty.
Jest to jeden i ten sam proces powrotu do Boga – od ukrytego w krzakach Adama odwróconego od Stwórcy do mistyka w ekstazie pochłoniętego w całości doświadczeniem Boga. Powtórzmy: jest to jeden ciągły proces – od ulotnej chwilowej uwagi kierowanej na Boga w przelotnych aktach wiary do mistyki. Nie ma tu różnicy co do zjawiska. Pojawia się ona za to w jego natężeniu.
(11)
Związanie człowieka z Bogiem poprzez troskę ma głębokie uzasadnienie w tym, że Bóg jest dla człowieka gruntem, fundamentem istnienia. Kierując na Niego troskę, otaczamy nią też samych siebie, cały świat i relację z Nim. Efektem tego jest nadzieja, czyli postawa oczekiwania na przyszłe dobro.
(12)
Problemem są fałszywe troski wchodzące w miejsce troski o Boga. Mają one wymiar światowy i przez to przywiązują serce do świata. Chrystus przestrzega przed nimi i obiecuje, że jeśli będziemy szukać Królestwa Bożego i jego prawości, to wszystko inne będzie nam przydane. Wielu ludzi świadczy o tym, że w ich życiu tak właśnie się działo.
(13)
Acedia to brak chęci do pracy duchowej, siódmy grzech główny. Wyraz ten (gr. akēdia) wywodzi się od słowa kēdia, czyli troska, i oznacza jej zaprzeczenie, a więc brak troski o własny byt i istnienie, obojętność na własny los.
6.5.Pokora
(1)
Amen
„Amen” – tak określił siebie Syn Boży. Słowo to oznacza tu ni mniej, ni więcej: „bądź wola Twoja” powiedziane Bogu na to, co widzimy wokół siebie, czego doznajemy. Przypomina, że ta rzeczywistość należy do Boga, jest Jego własnością i to On decyduje o jej kształcie oraz zachodzących w niej zdarzeniach. Jest to zgoda na rzeczywistość taką, jaka jest. Jej zaprzeczeniem są bunt i ucieczka. Bunt to ustanowienie własnej władzy, jak to czyni Szatan. Ucieczka z kolei to wszelkie sposoby na uniknięcie percepcji rzeczywistości.
(2)
„– Napełniłeś moje serce Twoją czułością, a dzień cały Twoim błogosławieństwem.
I jesteś tu tak dobry i tak łagodny. Mój Pan, mój Bóg, mój Oblubieniec…
† Oddałaś Mi ten dzień i wszystko, co w nim było, a Ja to przyjąłem. Byliśmy razem i było ci dobrze ze Mną.
Jestem z tobą w twoim sercu. Wypełniam je Sobą.
Bądź poddana i bezwolna wobec Mnie. Sprawię, że pałać będzie twoje serce i rozpłynie się twoja dusza we Mnie.
– Jest tak. Czy tak będzie w wieczności?
† Będzie o wiele lepiej. Będziesz Mnie widzieć i odczuwać o wiele pełniej.
– Jak spełniać Twoją wolę i Twoje życzenia?
† Bądź Mi oddana tak, jak dziś[,] i wyczulona na Moją Miłość. Bądź spragniona Mojej Miłości. Niech twoje serce pała tym pragnieniem nieustannie. A poznasz Mnie bliżej i zaznasz słodyczy Mojej Miłości jeszcze bardziej i coraz bardziej.
– Tak bardzo hojny jesteś. Nie trzeba Cię prosić nawet. Wszystko wiesz i o wszystko się troszczysz.
Trzeba Ci tylko dać to niewiele, co się ma, a Ty obdarzasz tak obficie, tak szczodrze.
† Ale trzeba dać szczerze i ufnie i nie oczekiwać zapłaty. I pragnąć dawać jeszcze więcej, o wiele więcej, niż możesz. Oddać Mi wszystko i nie oczekiwać nic.
Cieszyć się oddawaniem Mi i miłowaniem Mnie.
Najwięcej otrzymuje ten, kto pragnie tylko obdarzać.
– Na tym polega czysta miłość?
† To jest ta Miłość, którą złożyłem w twoim sercu, która cię stworzyła, i którą Ja jestem. Jeśli potrafisz wydobyć ją ze swego serca i złożyć przede Mną, Ja ją przyjmę. I twoja dusza złączy się ze Mną, bo utkana jest z Mojej Miłości – powróci do Mnie i będziemy stanowić jedno.
– To będzie zjednoczenie, którego cząstkę dałeś mi poznać?
† To będzie zjednoczenie i będzie na miarę twoich pragnień i twojej bezinteresowności” (Jezus Chrystus [†] do Alicji Lenczewskiej [–], A. Lenczewska, Świadectwo, 231, wt. 30 IX 86, g. 23:15).
(3)
Pokora to też uniżenie, uznanie własnej małości przed Bogiem i ludźmi. Przecież jesteśmy co najwyżej nieużytecznymi sługami, sami z siebie niczego dobrego nie potrafimy zrobić. Jej zaprzeczenie stanowi poczucie wielkości, pycha. Nie możemy sami się zbawić; w tej najważniejszej rzeczy nie jesteśmy samowystarczalni, a w ogóle w dobrym życiu zależymy od Boga. Nikt z nas nie jest niezależny od reszty świata, od ludzi, wiele im zawdzięczamy i ich potrzebujemy. To wszystko przypomina nam o naszej małości i sytuuje nas psychicznie we właściwym miejscu.
(4)
Ostatnia lekcja Jezusa Chrystusa. Całe lata bywał płomienny i promienny wobec uczniów, ale i nierzadko ich beształ bez litości, nawet nazywając „szatanem” prymusa Piotra. Ostatnia lekcja jest w wieczerniku, kiedy umywa im nogi. Nie chwali ich, nie rozpieszcza, nie kadzi im, nie przekupuje pochlebstwami. Ostatnia lekcja to objawienie Jezusa Chrystusa w symbolu sługi miłości do ludzi. Najniżsi słudzy myli innym nogi. To jest lekcja dla nas, którzy mamy Go naśladować.
(5)
Podstawowe wyznanie chrystianizmu brzmi: „Jezus jest Panem”. Oznacza m.in. uznanie swojej zależności od Chrystusa oraz deklarację posłuszeństwa Mu. To istota pokory.
(6)
Wielkiej pokory można się uczyć od niektórych wyznawców religii naturalnych. Daodejing jest przesiąknięte adoracją Tao (Boga) i uległością wobec Niego. Wielka pokora, czyli zgoda wobec przemian, prezentowana jest także u Zhuangzi.
(7)
Pokora wpływa na moc modlitwy. Bóg słucha tych, którzy Go słuchają.
(8)
Paweł napisał: „już nie ja żyję, ale Jezus we mnie”. To ideał pokory, pełne zjednoczenie woli i działania. Już nie czuje się samotny, bo jest kończyną Ciała Bożego. To ideał. Fiat, amen – od tego wszystko się zaczyna. Bogu trzeba mówić „Amen”, „bądź wola Twoja!”. Zbawiciel zaczyna nauczanie od „Amen, amen”. Samego siebie nazywa „Amen”. Każda sytuacja musi być moją decyzją przyznania Bogu racji, potwierdzenia Jego woli. Jest to akt woli i wiary. Odnowienie przymierza z Bogiem. Czasem „na ślepo”, nie widząc jeszcze sensu, słuszności. Wymaga to zaparcia się siebie, chodzenia po wodzie na Boże wezwanie. Mamy być jak dzieci, a one są ufne, oddane.
(9)
Sługa a ego
Doświadczenie mistyczne często prowadziło mistyków do stwierdzenia: „Jestem niczym, Ty jesteś wszystkim”. To poczucie własnej nicości obecne jest u buddystów, którzy całość istnienia postrzegają tylko jako złudzenie i miraż. Jednocześnie Bóg podkreśla godność każdego człowieka, a chrześcijanie dobitnie głoszą personalizm. I znowu, jak to zwykle w sprawach duchowych, mamy dwa przeciwstawne kierunki myślenia.
Pobożny człowiek staje przed Bogiem i słyszy bardzo dobitnie: „JA JESTEM”, co nam przypomina, że nasze własne istnienie to jednak coś złudnego. Jak więc jednocześnie mieć świadomość bycia niczym, a przy tym żyć pełnią życia, wzrastać, realizować to Boże zawołanie: „Niech się stanie człowiek!”? Wiele nauk przypomina nam, że jest na to prosta odpowiedź: „Żyć jak najpiękniej, ale zatracić swoje ego, swoją pychę, swoje wynoszenie się w sercu nad innych”. Mam zatem stawać się jak najpełniej człowiekiem, nie rozbudzając przy tym za bardzo swojej dumy. Ostatnia lekcja Boga Wcielonego wobec uczniów odbyła się bez słów. Wcielony Bóg ukląkł przed każdym z nich i umył im nogi. W tamtym czasie stopa to najbardziej nieczyste miejsce człowieka, a sługa myjący stopy to najniższe uniżenie człowieka. To odpowiedź Boga na ten problem: uniżony sługa nie ma własnego zdania, nie ma ego, po prostu wykonuje najlepiej, jak potrafi, to, co mu powierzono. Jak uczy chińska filozofia: zasada najmocniej wyrażona przechodzi w przeciwną sobie, doskonała afirmacja siebie wyraża się w uniżeniu, a doskonałe uniżenie staje się wspaniałą samoafirmacją. Zwięźle wyraża to Bóg słowami:
„Ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”.
6.6.Błogość duchowa
(1)
Ataraxia, autarkia, czyli brak uzależnienia od ziemskiego otoczenia, wewnętrzna wolność, oderwanie się od uzależnień światowych. W ujęciu duchowym wypływa ze zdania się zupełnie na Boga i odwróceniu uwagi od siebie oraz swoich potrzeb. Czasem przynosi to duchową błogość, słodycz (ind. ananda), poczucie wolności od jakiegokolwiek braku, bycie w pełni, spokoju, w zupełności, doskonałość.
Ludzie próbują zapewnić sobie taki stan majętnością, obojętnością na siebie lub zabiegami tonizującymi psychikę. Trzeba mieć jednak świadomość, że jest to budowanie sztucznego raju na ziemi, utopia i zapaść w sen, z którego przebudzenia są bardzo bolesne.
(2)
Słodycz mistyczna, zwłaszcza w średniowieczu, obecna była w literaturze religijnej. Doświadczenie Boga potrafi wiązać się z najróżniejszymi przeżyciami.
(3)
Niektóre z nich odnoszą się do wglądu w doskonałą wolność Absolutu poza czasem i światem. To jest pełnia (brak braku) i niepojmowalny spokój, brak ziemskiego odniesienia. Ludzie budowali wieże, aby z nich inaczej patrzeć na świat. Wchodzili na góry, żeby z ich wysokości zażyć choć odrobiny tego wrażenia bliskości Boga i oddzielenia od świata. Wznosili świątynie na wysokich piramidach. Wszystko to jest niczym wobec doświadczenia Bożej samoistności, osobności, doskonałego pokoju i ciszy wieczności. To kwintesencja spełnienia, pełna duchowej pogody i zadowolenia.
(4)
Ta błogość jest atrybutem, stanem Boga. Zrozumieli to Indusi opisujący Absolut (Brahman) jako Sat–Ćit–Ananda, czyli Wieczny Byt–Absolutna Świadomość– Błogość.
(5)
Duchowa błogość udziela się człowiekowi o tyle, o ile potrafi naśladować Boga. Jest owocem praktykowania duchowej ascezy, to znaczy oderwania się od poszukiwania satysfakcji w przyjemnościach świata, w smaku potraw, rozrywkach, swoich przyzwyczajeniach, statusie społecznym i innych swoich zaletach. Świat jest i ja na nim, ale jakoby go nie było. Uczuciowa powściągliwość, wyzbycie się przywiązań do spraw świata otwiera zmysły duchowe. Życie ziemskie dzieje się jak film na zewnątrz mnie, bo wnętrze – serce – jest oddane Bogu. Trzeba zrobić miejsce dla Boga w swoim sercu, a wtedy On może udzielić nam łaski kontemplacji swojej mistycznej pogody i powagi. Dane może nam być poczucie jedności, przenikania się z Jezusem patrzącym na świat z pewnego oddalenia, spojrzeniem wypełnionym tą duchową pogodą, miłością, współczuciem, ukojeniem. Poznajemy wtedy Boga jako zdolnego do każdego dobra i niezwykle miłującego stworzony przez siebie świat.
(6)
Bóg udziela przyjemności kontemplowania i uczestniczenia w Jego błogości. To nic złego i winniśmy okazywać za to dziękczynienie, bo jest to darem. W tradycji greckiej, bodaj u Epikura, miało miejsce przeniesienie przyjemności cielesnej na duchową. To rodzaj poszukiwania szczęścia (eudajmonizmu), ale wyższego stopnia. Każde doświadczenie duchowe winniśmy rozważać i zachowywać w sercu, dziękczynić za nie i uwielbiać Boga. Tego uczy nas Maria, Matka Boża, nauczycielka duchowości. Doświadczenia duchowe nie są przeznaczone dla naszego zadowolenia z siebie i nie powinno się ich traktować konsumpcyjnie albo – nie daj Boże – na rzecz swojego pysznego ego. To są dary odkrywania Boga, utwierdzania w wierze i posłuszeństwie. Dają nam one siłę, gdy doświadczamy w życiu krzyży, trudu i nieraz odrzucenia przez świat.
(7)
W chrześcijańskiej nauce duchowej jest wiele terminów odnoszących się do nadnaturalnych odczuć duchowych. Mistycy pisali o:
• słodyczy duchowej,
• radości duchowej,
• odczuciach związanych z ataraxią,
• wizji uszczęśliwiającej itp.
(8)
Wieczne obcowanie z Bogiem, czyli niebo i Nowe Stworzenie, będzie wypełnione w sposób doskonały tym wiecznym szczęściem.
(9)
Niestety ludzie żyjący według żądz ciała gonią nieustannie za rozkoszami ziemskimi, mylnie zastępując nimi jedyną prawdziwą rozkosz. Ich głód nigdy nie gaśnie, ale wciąż narasta. Jest to bowiem głód prawdziwej rozkoszy, a nie tej pochodzącej z potraw, podróży, zbliżeń cielesnych, narkotyków, wreszcie z upajającej pychy czy czegokolwiek innego. Tylko prawdziwa rozkosz nie pozostawia głodnym. Przy niej nic ziemskiego nie smakuje jak przedtem, nic już w ogóle nie smakuje ani nie cieszy jak dawniej.
(10)
Obcowanie z Bogiem przynosi na zmiany pociechy duchowe, błogość oraz krzyże i strapienia. Te ostatnie są cenniejsze, a wytrwanie w nich jest rzeczywistą zasługą. Dlatego pociechy są pokarmem na czas strapienia, a strapienie inspiruje do zmian i poprawy, po których może znowu przyjdą pociechy. W Bogu jest transcendencja i błogość, ale także zespolenie z ludźmi i światem, a więc krzyż.
7. Uważność
(1)
Gdy piszę o uważności, to chodzi mi o postawę świadomości obecnej w rzeczywistości. Nie mam na myśli jedynie mindfullnes jako metody wyrabiania uważności w oparciu o wzorce buddyjskie. Uważność jest znana wszędzie na świecie, bo to stanowi część funkcjonowania człowieka. Można ją nazywać też czujnością itp. Wszystkie te pojęcia są odpowiednie, jeżeli sprowadzają się do skierowania uwagi na rzeczywistość, w tym na samego siebie.
Zło sprawia, że człowiek zamyka się jak małż w skorupie i nie chce widzieć (nie-nawidzi) rzeczywistości, otoczenia. Wybiera swoje iluzje, projekcje, wyobrażenia i to z nich wyciąga wnioski, a nie z tego, co faktycznie się dzieje. Jest to powszechna choroba, mniej lub bardziej dotykająca każdego. Umysłami w większym stopniu powodują raczej światowe i cielesne żądze niż autentyczny stan spraw na świecie. Chyba tylko jedyny Chrystus widział świat, chodząc po takim, jaki faktycznie jest w granicach ludzkiego poznania.
Uważność to obecność w prawdzie. Zdolność do niej, a także do uważności wzrasta wraz z oczyszczeniem serca ze zła i egoizmu. Człowiek zapatrzony w siebie i w zło nie widzi poza tym niczego innego. Ludzie o naprawdę czystych sercach zdolni są percypować Boga.
Na Zachodzie takim zapomnianym krokiem w stronę obiektywizmu była filozofia fenomenologiczna odnosząca się do bezpośredniego oglądu rzeczywistości i czystego wglądu w treść pojęć. Wymaga to, co jest znane ludziom żyjącym duchowo, oczyszczenia z tego, co wypacza patrzenie i rozumienie, np. projekcji, oczekiwań, przesądów, stereotypów. Co ciekawe, kilku adeptów fenomenologii zostało ludźmi religijnymi, a nawet mamy jedną świętą katolicką z tego kręgu, Edytę Stein. Taka jest prawidłowość poszukiwania wiedzy o świecie. Jak już wskazywał Platon, właściwe jej ujęcie (idee) wymaga sięgania poza świat. Jeśli się naprawdę dobrze wpatrzeć w rzeczywistość, to po prostu widać poprzez nią Boga.
(2)
W dzisiejszych czasach odkryto, że drogą do każdego w życiu sukcesu jest skupienie. To dokładnie to samo. Oznacza ono świadomość chwili, samokontrolę, samopoznanie.
(3)
Poznanie, jak już pisałem, jest formą miłości. Dlatego uważność to rezultat akceptującej miłości w stosunku do rzeczywistości, siebie, Boga. Wzrost miłości powoduje poszerzenie percepcji.
(4)
Czuwać, być obecnym, być tu i teraz to kontemplować rzeczywistość i to, co poza nią, być adekwatnym do rzeczywistości, żyć prawdą i współweselić się z nią, mieć uporządkowany aparat poznawczy i emocjonalny, cieszyć się wysoką inteligencją emocjonalną. Tak wiele jest różnych określeń na to jedno.
(5)
Patrzeć na coś to wypełniać tym swoją uwagę i świadomość. Pożądliwość oczu niesie ze sobą wypełnienie świadomości perspektywą grzechu i żądzą czegoś. Bóg stworzył owady, zwierzęta, które nie znają pożądań, patrzą tylko na to, co jest im naturalnie potrzebne i przynależne. Pożądliwość oczu powstała u Ewy, gdy ujrzała, że owoc jest dobry do zjedzenia, choć nie był.
Prości i skromni ludzie nie szukają wokół przedmiotów pożądań; przyjmują małe, sobie przynależne. To jak świętość zwierząt, owadów – one są jakby bliższe Bogu niż upadli ludzie nieustannie próbujący nasycać swoje oczy i świadomość, rozbudzający swoją zachłanność.
W tej czystości serca i oczu jest w jakiś sposób samoograniczenie i przekraczanie siebie, gdy oczyszcza się serce, czyli świadomość, ze zbędnych spraw i pragnień. Ludzie czystego serca oglądają Boga.
(6)
Jest w tym pewna pułapka. Obecne „tu i teraz”, bez przerwy, bez pamięci i wyobraźni projektującej, czysto responsywne wobec bodźców środowiska i swojego instynktu są zwierzęta. Ideałem doskonałej świadomości i niezmąconej percepcji jest kondycja zwierzęcia na swój sposób doskonałego, otwartego na bieg zdarzeń. Nie o samą taką uważność powinno nam chodzić, bo to nie byłaby pełna praca jaźni (samoświadomości). Jaźń musi postrzegać znacznie więcej.
Bóg poznał samego siebie – w ten sposób powstał Logos. To poznanie dzieje się cały czas, gdyż ma miejsce w wieczności. Także człowiek powinien znać w doskonały sposób dostępną sobie rzeczywistość, a na niej – siebie. To jest ta istota zjawiska „jaźni”.
Według już przywoływanego słowniczka do Filokalii:
„Czujność (gr. népsis, dosł. „trzeźwość”) – stan nieustannej wewnętrznej uwagi, połączony z odpieraniem wszelkiej myśli, stojącej na przeszkodzie do zjednoczenia z Bogiem. Jedna z ważnych cnót monastycznych i głównych pojęć w duchowości filokalicznej. Stąd Nikodem Hagioryta nazwał swą antologię Filokalią ojców neptyckich (ojców tych nazywa się też hezychastami, gdyż nepsis jest synonimem hezychii, oznaczającej wewnętrzny spokój) (…).
Uwaga (gr. prosoché) – czujność, wewnętrzne skupienie, nakierowane na ćwiczenie się w cnotach. Ważny element wewnętrznej stałości”.
Jak widać, w dawnej duchowości chrześcijańskiej uważność i sama duchowość (hezychia) były rozumiane jako tak ściśle związane, że wręcz zamienne. To bardzo przypomina podejście wielu nurtów religii dharmicznych, akcentujących właśnie rozwój czujności.
(7)
W tej samej Filokalii możemy przeczytać fragmenty dzieła Hezychiusza z Synaju O czujności i modlitwie, gdzie jest wiele porad duchowych na temat uważności. Poniżej zamieszczam kilka pochodzących stamtąd cytatów:
„Czujność (gr. népsis) to duchowe ćwiczenie, które jeśli jest stosowane wytrwale i gorliwie, z Bożą pomocą, pozwala człowiekowi całkowicie uwolnić się od namiętnych myśli i słów oraz ze złych uczynków. Daje też, na ile to możliwe, pewne poznanie niepojętego Boga i ukazuje Jego ukryte tajemnice. Pomaga wypełnić każde przykazanie Starego i Nowego Testamentu, i prowadzi do wszelkiego dobra przyszłego wieku. Jest właściwą czystością serca (…).
Gdy długo praktykuje się czujność, staje się ona przewodnikiem ku życiu prawemu i miłemu Bogu. Wiedzie też do kontemplacji, która uczy odpowiednio kierować poruszeniami trzech części duszy, wciąż kontrolować zmysły i każdego dnia zwiększać udział w czterech cnotach głównych (…).
Wielki prawodawca Mojżesz albo raczej Duch Święty wskazał, jak bardzo nienaganna i czysta jest owa cnota, jak wszystko obejmuje i podnosi. Pouczył nas również, w jaki sposób należy ją praktykować na początku, a następnie udoskonalać. Powiedział: Bacz na siebie, aby głos ukryty w twym sercu nie stał się występkiem. «Głosem ukrytym» nazywa samo pojawienie się myśli o złym czynie, ohydnym Bogu. Ojcowie nazywają go także «podszeptem», podsuwanym sercu przez Szatana. Skoro głos ten pojawi się w umyśle, nasze myśli idą za nim i kierują się ku niemu, stając się namiętne.
Czujność jest drogą dla wszystkich cnót i przykazań Bożych. Nazywa się ją także wyciszeniem serca. Polega ona na całkowitym uwolnieniu od wszelkich wyobrażeń, stąd też jest strażnikiem umysłu (…).
14. Tak więc pierwszy sposób czujności polega na ścisłym badaniu wyobrażeń i podszeptów złego, albowiem bez wyobrażeń Szatan nie może wzbudzać myśli ani poddawać ich rozumowi i fałszywie go łudzić.
15. Drugi sposób polega na tym, by serce zachować zawsze w głębokim milczeniu oraz zyskać wyciszenie, które daje wolność od wszelkiej myśli. I na tym, aby się modlić.
16. Następny sposób polega na pokornym, nieustannym błaganiu o pomoc naszego Pana Jezusa Chrystusa.
17. Kolejnym sposobem jest posiadanie w duszy nieprzerwanej pamięci o śmierci (…).
29. Jeżeli zawsze z uwagą obserwujesz swoje serce, pamiętasz o śmierci, oskarżasz siebie samego i odpierasz pokusy, jeśli też jesteś pełen pokornych myśli i wzywasz Jezusa Chrystusa, a nadto, gdy uzbrojony tym orężem każdego dnia bacznie chodzisz drogą umysłu – wprawdzie wąską, ale miłą i radosną – wówczas dojdziesz do kontemplacji świętych tajemnic. Ich głębię oświeci ci Chrystus, w którym są ukryte wszystkie skarby mądrości i wiedzy i w którym mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała. W Jezusie pojmiesz, że twą duszę przeniknął Duch Święty, który oświeca umysł człowieka, aby mógł patrzeć z odsłoniętą twarzą (…).
98. Tak więc za każdym razem, kiedy pojawią się w nas złe myśli, przeciwstawmy im wzywanie Pana naszego Jezusa Chrystusa, a ujrzymy, jak natychmiast rozpraszają się niczym dym w powietrzu”.
Jak widać, czujność hezychastów skierowana jest przede wszystkim na własne wnętrze. W pełni się to zgadza z zaleceniem Chrystusa: „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie”, które powtarza się w Ewangeliach. Dla chrześcijanina jego rzeczywistość wewnętrzna, duchowa jest tym najważniejszym ogrodem, jaki ma obowiązek uprawiać i doglądać. Trzeba stamtąd usuwać stale zasiewające się chwasty złych myśli, pokus i chaos.
Nie jest to sprzeczne z uważnością skierowaną na zewnątrz, w istocie one wzrastają lub zanikają jednocześnie. Samoświadomość to najwyższa forma funkcjonowania świadomości, a ochrona swojego serca przed złem stanowi podstawowe zadanie nam postawione.
(8)
„† Bądź czujna, jak widzisz, posługuję się tobą.
– Dzięki za to, że uczyniłeś mnie Swym narzędziem.
† To dopiero początek tego, co chcę czynić przez ciebie. Bądź wyczulona na Mój głos i inspiracje wewnętrzne” (Jezus Chrystus [†] do Alicji Lenczewskiej [–], A. Lenczewska, Świadectwo, 717, pt. 30 X 87, g. 11:00).
W oczyszczonym sercu dzięki wewnętrznej czujności można poczuć natchnienia Boże, przynaglenia do dobra. Mistycy mogą nawet słyszeć Jego głos.
(9)
„† Bo w tobie mieszka Moja mądrość i twoja głupota. Staraj się, aby mądrość dominowała nad głupotą. Kontroluj się: swoje myśli, słowa, czyny. Usuń egoizm i zazdrość – to niskie cechy, uwłaczające godności dziecka Bożego. Nie musisz nic sobie dodawać i niczego zazdrościć innym. Otrzymujesz ode Mnie wszystko, co jest ci potrzebne: Moje dary i Moją Miłość.
Zadania, jakie ci przeznaczyłem[,] też są Moim darem. Dzięki ich wypełnianiu będziesz prawdziwie Moim dzieckiem. Potwierdzisz to swoją wolą i wysiłkiem.
Bądź dobrym dzieckiem – posłusznym i oddanym.
– Czy mój stosunek do ludzi jest taki, jak trzeba?
† Na ogół tak. Masz jednak skłonność do nieopanowanych reakcji. Potem ci wstyd i żałujesz, że sprawiłaś przykrość lub obnażyłaś swoją małość.
Staraj się być bardziej wyciszona i skupiona wewnętrznie. Trwaj we Mnie, także, gdy jesteś wśród ludzi.
Nie powinno być tak wielkiej różnicy między skupieniem modlitewnym(,) a banalnością powszednich sytuacji, rozmów, zachowań.
Nie trzeba przyjmować pozy, czy zmuszać się do powagi, do jakiejkolwiek sztuczności w zachowaniu.
Trzeba czuć Moją bliskość, uświadamiać Moją obecność zawsze.
Moje oko czuwa nad wszystkim i Mój wzrok przenika wszystko. Nie tylko wzrok. Także Moja Miłość. Wszystko się dzieje w niej.
Bądź więc ufna i pogodna[,] i wesoła” (Jezus Chrystus [†] do Alicji Lenczewskiej [–], A. Lenczewska, Świadectwo, 168, pt. 15 VIII 86, g. 6:20).
(10)
„Żyj w pełni chwilą teraźniejszą, nie wybiegając myślą w przód ani w tył, a nie będziesz marnowała czasu, który jest ci dany. Cokolwiek jest, jest to dar chwili ode Mnie dla ciebie. Odnajduj Mnie, rozpoznawaj, adoruj, okazuj wdzięczność. Radź się Mnie i razem ze Mną czyń i przeżywaj wszystko. Każda chwila jest świętą, bo każdy Mój dar jest święty. Każde miejsce jest święte, bo jest Moim darem dla ciebie i w nim Ja jestem z tobą. Wszędzie zachowuj się jak w świątyni: módl się i czyń dobro” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Słowo Pouczenia, śr. 12 II 92. godz. 12:45).
Kolejną przeszkodą w okiełznaniu świadomości jest przeżywanie tego, co minęło, oraz trosk i lęków o to, co dopiero może się wydarzyć. W tym ujęciu uważność to obecność tu i teraz. „Przeszłości już nie, jutro to tajemnica, dziś jest darem losu” – cytat ten, obecny w kulturze popularnej, pochodzi z kultury chińskiej. Zdaje się, że właśnie buddyzm chan (jap. zen) w szczególny sposób eksponuje ten rodzaj skupienia uwagi na teraźniejszości.
„Chwila obecna. Wkładaj w nią całą swoją serdeczną uwagę. W całym swym życiu miej nabożeństwo do chwili obecnej. Nic z przeszłości. Nic z przyszłości, lecz pełna miłości chwila obecna” (Jezus Chrystus do Gabrielli Bossis, G. Bossis, On i ja).
(11)
„Naucz się natychmiast prosić o Moją pomoc, gdy pojawia się coś złego w twym sercu. Oddaj Mi to” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Świadectwo, 197, wt. 2 IX 86, g. 22:30).
(12)
Bardzo bliskie uważności jest pojęcie troski. Oznacza ono właściwie świadomość i zaangażowanie w dobro, co lepiej widać w angielskim odpowiedniku cancern.
(13)
Bóg jest stale obecny w stworzeniu. Sztuką jest odkrywanie tego faktu. Należy zatem naśladować Boga w obecności. Jest On obecny także poznawczo, ma czyste, niezaburzone, doskonałe poznanie. Bóg sam nazywa siebie Prawdą, czyli posiada doskonałe, nieskażone fałszem poznanie i wiedzę.
Funkcją świadomości jest nie tylko odbijanie jak w lustrze rzeczywistości, ale także jej ocena, ustosunkowanie się. Bóg, jak czytamy w Genesis, sprawdza, czy jego świat jest dobry. Także człowiek powinien podobnie traktować swój świat wewnętrzny, który w sobie buduje.
Ucieczka w marzenia, wizje zemsty na winowajcach, wspomnienia krzywd, własnych przewag to festiwal pychy w sercu człowieka. Serce pragnie Boga i gdy Go nie poznaje, wtedy wytwarza Jego iluzje.
Człowiek obecny to człowiek w pełni żyjący. Nieobecność myślami, sercem, duchem to śmierć za życia, bo moje życie jest tu i teraz.
(14)
Świat, jaki nam dano, nasze własne życie, samo istnienie – to wszystko jest cudem i darem. Każda sekunda życia to wielka łaska, na którą nie zasłużyliśmy, dana nam darmo. Dlatego pełne przeżywanie życia przy Bogu oznacza wdzięczność, radość, podziw i uwielbienie Stwórcy w każdej chwili. Nawet trudne doświadczenia są po coś w ludzkim życiu, także je należy doceniać i nie buntować przeciwko nim swojego serca i świadomości, ale rozważać, co Bóg poprzez nie do nas mówi.
Apatheia – pokój wewnętrzny – umożliwia oglądanie siebie i świata oczami spokojnego świadka. Życie nam się przytrafia, raz jest miłe, raz bolesne. Człowiek wyciszony wewnętrznie (hezychia) potrafi spokojnie patrzeć na rzeczywistość, w tym na zmienne koleje własnego życia. Widzi i czuje znacznie silniej niż inni ludzie, a jednak nie buntuje się wobec krzyży i nie popada w euforię wobec swoich przewag. Po prostu jest: obecny, otwarty, rozumiejący potrzebę poddania przemianom.
(15)
Może rację mają hinduiści, że ostatecznie i Bóg, i człowiek są świadomościami. Człowiecza jaźń winna przypomnieć sobie, że nie może istnieć inaczej niż w Bogu i że musi się w Niego jak najbardziej wtapiać, przyjmować Boży punkt widzenia, sposób myślenia i przeżywania. Tak następuje zespolenie aż do poczucia zatracenia w Bogu. Jednak samo to poczucie pozostaje, co oznacza, że jaźń nie znika.
(16)
Dzisiaj pisze się straszne rzeczy o tym, że świadomość wyznacza człowieczeństwo. Z tego powodu morduje się maleństwa w ich matkach, twierdząc, że jeszcze nie posiadają świadomości. Jest to zbrodnicze myślenie. Owszem, świadomość definiuje człowieczeństwo. Dlatego ci, którzy dopuszczają się mordu, już ją zatracili, a więc przestali być ludźmi. To dotyczy ich samych, a nie ich ofiar. Maleństwo w mamie, człowiek śpiący lub nieprzytomny posiadają nadal świadomość, gdyż jej siedzibą jest dusza. Zbrodniarz zabił już swoją duszę.
(17)
Ludzka uwaga jest tym, co najcenniejsze. Krzykliwy świat stale przyciąga do siebie uwagę, także poprzez najrozmaitsze żądze. To jest okradanie człowieka z samego siebie. Tyle możemy żyć, na ile korzystamy z własnej uwagi, na ile pozostajemy skupieni na swoim życiu, powinnościach, przeżyciach wewnętrznych. Uwaga jest obecnością jaźni, a jaźń to człowiek. Nie panować nad swoją uwagą, to zatracić samego siebie.
(18)
Pisałem już, że pamięć o Bogu, czyli uwaga obejmująca Go w każdej chwili, to jedyny sposób uniknięcia grzechu. Tak nauczali dawni ojcowie duchowości. Dlatego tak dużo się modlili, gdyż emocje samowolnie, bez trudu kierują naszą uwagę w stronę zapomnienia o Bogu.
(19)
„– Czy Twoje słowa już zamieniają się na rzeczywistość?
† One są rzeczywistością w chwili, gdy je wypowiadam.
Słowo Boga jest ciałem. Nie ma oddzielenia między słowem, a jego ucieleśnieniem.
Wszystko, co istnieje[,] jest z mocy Słowa. Rzeczywistość jest słowem, a słowo rzeczywistością. Stanowi jedność we Mnie i w czasie, który odczuwasz.
Nie ma czasu – wszystko jest we Mnie, a Ja jestem wieczną teraźniejszością.
Dlatego nie należy martwić się o jutro. Jutra nie ma, choć dla ludzi jest.
Jest tylko dziś – teraz. Tylko to «teraz» jest ważne.
Spotkanie ze Mną i pójście za Mną to to, co jest w tej chwili – zawsze w tej chwili. Wtedy ma wymiar nieskończoności.
Nie ma czczych obietnic. I złudzeń dotyczących przyszłości. Wieczne «teraz» jest Prawdą. Nie ma w nim miejsca na kłamstwo. Kłamstwo bazuje na czasie. Karmi się czasem, który jest złudzeniem.
Zmysły nie są narzędziem poznawania Prawdy. To, co istnieje w czasie[,] nie może zbliżyć się do tego, co wieczne.
Wieczną Prawdę poznaje się wieczną duszą.
Jeśli doskonalisz swoją duszę i posługujesz się nią w poszukiwaniu Prawdy – będziesz ją znajdować coraz obficiej.
I będzie to poznanie bardziej rzeczywiste niż poznanie zmysłowe.
Zmysłami poznaje się to, co materialne. Duszą to, co duchowe. Pomyłką i błędem jest używanie zmysłów do poznawania Mnie.
† Zmysły mogą być jedną z przyczyn pójścia za Mną. W drodze są już nieprzydatne.
Potrzebne jest poszukiwanie Mnie w duszy i jednoczenie się ze Mną – teraz. Kontemplacja, czuwanie, rozmowa ze Mną. Przebywanie ze Mną niezależnie od tego, co robi ciało w świecie materialnym” (Jezus Chrystus [†] do Alicji Lenczewskiej [–], A. Lenczewska, Świadectwo, 179, n. 24 VIII 86, g. 0:40).
8. Poznać Boga
(1)
„Chodźcie, powróćmy do Pana! On nas zranił i On też uleczy, On to nas pobił, On ranę zawiąże. Po dwu dniach przywróci nam życie, a dnia trzeciego nas dźwignie i żyć będziemy w Jego obecności.
Dołóżmy starań, aby poznać Pana; Jego przyjście jest pewne jak świt poranka, jak wczesny deszcz przychodzi On do nas, i jak deszcz późny, co nasyca ziemię. (…) Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń” (Oz 6, 1–6).
(2)
Podstawą duchowości jest poznawanie Boga. Im lepiej Go znamy i rozumiemy, tym lepsza jest duchowość. Bóg poznaje sam siebie w wieczności, więc też my powinniśmy Go poznawać.
Co wiemy pozytywnego o Bogu to to, że jest świadomością, jaźnią, umysłem. Bóg jest jaźnią, bo ogarnia siebie myślą. Ta myśl to Logos (Słowo). Bóg stwarza świat poprzez ekspresję Logosu, wypowiada Słowo. Tylko tyle – to cała nasza wiedza o akcie stwórczym. Bóg wypowiada Słowo, a świat się staje.
Wypada wnioskować, że to wypowiadane Słowo, niejako z siebie emitowane jak podmuch słów ludzkich, samo staje się światem. Nie jest Bogiem, ma swoją odrębną naturę, jest samodzielnym stworzeniem. Nie pozostaje jednak oddzielone od Boga, który je wypowiada. Przypomina pieśń śpiewaka – nie jest śpiewakiem, ale w zupełności od niego zależy i stanowi jego ekspresję, wyraża go (charakter, osobowość, emocje, myślenie, talent itd.).
(3)
Świadomość Boga
Krysznaici wyznają jako cel życia duchowego świadomość Boga, tzn. stałe pamiętanie o Nim, pozostawanie w stanie oddawanej mu chwały. Starożytna nauka życia duchowego chrześcijan nakazuje podobnie nieustającą adorację Boga. Jest ona celem, ku któremu zmierza droga duchowego oczyszczenia. Przeszkodę w tej drodze stanowi nadmierne zaabsorbowanie rzeczami ziemskimi, w związku z czym nie ma już czasu na oddawanie chwały Bogu. Niektóre z aktywności ziemskich, czyli grzechy, wręcz zaprzeczają tej chwale. W przypadku chrześcijan, patrząc od strony technicznej, proces ten wygląda podobnie. Różny jest jednak obiekt ukierunkowania świadomości. Obraz boga Kryszny odbiega od obrazu objawionego przez Chrystusa. Faktem jest, że bhakti to religia, która najbardziej przypomina chrześcijaństwo od strony zachowań wyznawców. Stanowi więc interesujący punkt odniesienia do analizy kultury indyjskiej. Żarliwość wiary bhaktów jest też pewnym wyrzutem sumienia dla tych wszystkich chrześcijan, którzy będąc bliżej prawdy o Bogu, jednak nie oddają Mu odpowiednio większej czci.
(4)
Bóg jest jaźnią – pozostaje absolutnie świadomy świata oraz samego siebie. Człowiek też jest jaźnią. Kartezjusz – od prawie połowy tysiąclecia ojciec myśli Europy – sprowadził tę konstatację na manowce. „Myślę, więc jestem” (więc i cały świat jest) – uczynił ludzkie myślenie trwałym punktem we wszechświecie, a tym samym powtórzył błąd starożytnych ateistów, którzy twierdzili, że to człowiek jest miarą wszechrzeczy. To nie ludzka jaźń i ludzkie poznanie konstytuują świat, tylko Bóg swoim akceptującym spojrzeniem.
(5)
Jaźń pełna to też pełna percepcja, także uczuciowa. Bóg jest też czułością.
(6)
Każda kultura wraz ze swoimi pojęciami, czyli ramami świadomości, może być początkiem dla spotkania z Bogiem. Polega ono na przemianie świadomości. Konieczne jest poszerzenie upadłej i ograniczonej percepcji, niczym kwiat, który zaciśnięty w przestrachu nocą, rano otwiera do światła swoje piękno – poznaje (przyjmuje) blask i sam daje się poznać.
(7)
Świadomość jest funkcją pamięci spotykającej się z percepcją. Kto zatracił świadomość, „zapomniał się” i zapomniał o Bogu. Stracić rozum to stracić jego dotychczas zebraną zawartość, pamięć. Stale pamiętać o Bogu to być świętym, żyć tak, jakby On nieustannie był obok mnie (bo tak jest). Ta świadomość stanowi wstęp do nieustającej kontemplacji. To przezwyciężanie powszechnej ciągoty do zapominania o Bogu.
(8)
Grzech wynika z nieświadomości Boga oraz ją pogłębia. Człowiek grzeszący i zatracony w grzechu staje się podobny demonom. Ponadto odwraca uwagę sam od siebie, tym samym traci zdolność do autorefleksji, a tym samym sumienie.
(9)
Ta książka zaczęła się od tego, że jesteśmy istotami myślącymi. W jej pierwszej części opisałem sposoby myślenia i pojmowania spraw Bożych. Druga część to efekty tego myślenia. Pod koniec przypominam, że potrzebna jest świadomość Boga, świata i siebie, czyli myślenie w pełnej postaci. W tej teologii zataczamy jakby koło.
(10)
Poznawać Boga i mieć Jego świadomość to być z Nim związanym, zjednoczonym. Nie marzymy przecież o niczym innym.
(11)
Trzeba być ostrożnym i nie jednoczyć się ze świadomościami duchowymi, które znajdują się we Wszechświecie, wypełniają go, mają jego wymiar. To duchy, więc są świetliste, widzą wszystko we Wszechświecie, przerastają nas swoją potęgą, ale nie są Bogiem. Bóg jest obecny i dostępny wszędzie, ale ma wymiar pozaświatowy. Jeśli jakiś duch pozostaje zjednoczony ze światem i udziela tego poczucia, to jest to duch wewnątrzświatowy, taki jakiego religie naturalne czciły jako boga. Nie jest to jednak Bóg. Od takich istot identyfikujących się ze Wszechświatem (bo, niestety, faktycznie nim zawiadują) należy się trzymać z daleka.
Chrześcijaństwo jest nauczaniem o przemianie świadomości. Jak pisze E. Voegelin:
„Przemiana w świadomości rzeczywistości u człowieka może być tak radykalna, że należy ją symbolizować jako odnowę, odrodzenie czy przyobleczenie się w nowego człowieka”.
„Proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12, 1–2).
(12)
Dogłębnym poznaniem świata i Boga jest rozumienie, czyli pojmowanie świata w aspekcie jego zasad. Stanowi ono dar ze strony mądrości Bożej.
(13)
Człowiek to samoświadoma część świata. Paul Tillich, który jest autorem tego określenia, tak oto zauważa w swojej Teologii systematycznej:
„Samoświadomość oznacza, że spotkanie człowieka z jego środowiskiem jest doświadczane jako powiązane z tym człowiekiem, który jest ich świadomy. To jest doświadczenie siebie w relacji ze światem. Ona powoduje doświadczanie przeszłości i przyszłości w kategoriach pamięci i antycypacji. Samoświadomość jest zanurzona w wymiarze zwierzęcym i duchowym jednocześnie. Nie można jej ująć w całości, można ją tylko opisywać analizami i konkluzjami”.
Samoświadomy człowiek musi rozumieć, co robi, co wywołuje swoimi myślami, słowami i poczynaniami.
(14)
Filozofia świadomości w Indiach i na Zachodzie
Świadomość to percepcja, która percypuje także samą siebie, bywa nazywana też jaźnią (samoświadomością). Jaźń kontroluje siebie, skoro percypuje siebie. Z takiego ujęcia można wyprowadzić główne nurty filozofii jaźni.
Nurt zachodni, grecki wychodzi od oglądu świata jako rozumnie uporządkowanego. Rozumność to niesprzeczność wewnętrzna myśli rządzącej światem, np. deszcz zawsze pada z chmur na ziemię, a nie na odwrót. Grecy najszerzej rozpatrują ten aspekt Wszechjaźni, jakim jest rozumność. Nurt grecki dał świetną logikę. Opisano w nim relację między Wszechrozumem a światem. Aspekt moralny tych przemyśleń jest mniej widoczny, ale niezwykle istotny. Filozofowie wypracowali na gruncie rozumności wszechrzeczy także postulat rozumnego życia ludzkiego, czyli uporządkowanego, niesprzecznego, prawego. Punktem wyjścia do tych rozważań był świat, jaki postrzegali wokół siebie.
Dla Indusów z kolei istotny był nie świat materialny, postrzegany zmysłowo, ale wnioski dla życia człowieka płynące z istnienia Wszechjaźni poza materialną rzeczywistością. Sprowadzili człowieka do jaźni. Świat, materia to wszystko maja, czyli niższy aspekt istnienia, wymagający odsunięcia od świadomości celem odsłonięcia spraw Wszechjaźni i jej związku z Jaźnią człowieka. Atman – Jaźń pisane są tu wielką literą, gdyż doszło do ubóstwienia jaźni człowieka. Jak pisze Vivekananda: skoro Jaźń ludzka (Atman) jest nieskończona i Wszechjaźń (Brahman) pozostaje nieskończona, to są jednym i tym samym, bo nieskończoność może być tylko jedna. Doszło więc do pomylenia jaźni ludzkiej z Wszechjaźnią.
Trzeba jednak docenić to, że szczerze poszukujący poznania Brahmana (Absolutu) faktycznie poświęcają ulotne sprawy tego świata (maja) i wykazują niekiedy ogromne poświęcenie w ascezie. Żar tej ascetycznej ofiary (tapas) i wpisanie takiej postawy w porządek życia (aśrama) w postulacie, aby pobożny człowiek po zakończeniu okresu obowiązków rodzinnych zajął się sprawami duchowymi, a nawet zupełnie porzucił sprawy materialne (sannjasa), jest niezwykły i niespotykany nigdzie indziej.
Myśl indyjska ma różne odmiany, ale zazwyczaj akcentowana i eksportowana na cały świat jest adwaita wedanta. Myśl ta silnie podkreśla zagadnienia jaźni w aspekcie duchowym. Przemiana świadomości i jej zespolenie z jaźnią absolutną wydają się jej centralnym motywem.
Typowy dla braminów zwyczaj pamięciowego opanowywania świętych tekstów także miał wielką zaletę, bo w ten sposób zdobycze duchowe tej kultury trafiały do pamięci wyznawców, a nie wraz z książkami na zakurzone półki, jak to się działo w innych kulturach.
(15)
Przebudzenie świadomości wiecznej (duszy) w człowieku stanowi wyzwanie dla naszej wiary. „Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus” (Ef 5, 14). Odkrycie własnej nieskończoności, nieśmiertelności, łączności z Bogiem to najważniejsza z prac do wykonania, jakie mamy w życiu.
(16)
Największe skupienie, jakie jesteśmy winni kierować na Boga i Jego ogrom, który przerasta cały nasz Wszechświat, staje się zapatrzeniem, zatraceniem siebie w absolutnym poznawaniu Boga. W ten sposób mamy jaźń, a jednocześnie, nie tracąc jej, przekraczamy jej ograniczenia. Percepcja zespalająca z Bogiem i Jego prowadzeniem, serce spoczywające u Jego stóp – to stan ofiarowania siebie przez ludzką jaźń, poświęcenie się jaźni dla Boga, przekroczenie samej siebie. Mogłaby zaskorupić się w swoich fantazjach, być skupiona na sprawach tego świata. Woli jednak, w sposób niezaburzony widząc i czując wszystko wokół, wybiegać wzwyż ponad Wszechświat, do jego Stwórcy. To jest doskonałość świadomości. Podobnie Bóg, stwarzając świat, skierował swoją uwagę na ludzi, a zapomniał o samym sobie. Widomym tego znakiem jest krzyż.
(17)
Poznanie to przyjmowanie w siebie, budowanie siebie z tego, co poznajemy. W świecie materii symbolem tego jest jedzenie. Bóg pozwala nam jeść nadprzyrodzony chleb będący Nim samym, co pomaga nam przyjmować Go w siebie duchowo. W taki sposób człowiek staje się domem Boga, miejscem Jego zamieszkania, schronieniem, świątynią.
(18)
Miłość małżeńska jest symbolem miłości Boga do duszy. Kiedy mąż poznaje swoją żonę, w języku Biblii to znaczy, że się z nią łączy. Małżonkowie, poznając się, zdejmują ubrania – zasłony, jakimi się okrywają. Ofiarują się nawzajem sobie w całości.
Podobnie dusza i jej Oblubieniec w zbliżeniu i zjednoczeniu stają wobec siebie bez żadnych zasłon i oszustw. W mistycznej miłości Bóg odsłania się przed człowiekiem spoza zasłony tajemnicy i pozwala się poznać, a człowiek niczego przed Nim nie ukrywa – ani swojego dobra, ani zła. Mistyczne zjednoczenie jest wypełnieniem się przez człowieka Bogiem, a dla Boga przyjęciem człowieka do siebie.
9. Problemy w duchowości
9.1.Skrupuły
(1)
W kontakcie z Bogiem doznajemy przerażenia własną kondycją, tak jak wtedy, gdy szpetne, wykręcone odbicie zobaczy swój piękny pierwowzór. To powoduje, że budzą się w nas skrupuły, czyli zahamowania w postępach w duchowości i zbliżaniu się do Pana Boga.
(2)
Skrupuły… Wyjątkowo silnie doświadczał ich św. Ignacy. To złe poczucie winy, w którym człowiek unicestwia siebie za karę, samemu osądza i zabija. Nie wolno siebie potępiać, nawet św. Michał, stojąc z mieczem nad powalonym samym władcą piekła, powstrzymał gniew z okrzykiem: „Niech cię Bóg potępi!”.
Trzeba otworzyć się na sprawy Boże jak Paweł, nawet błogosławiąc swojej przeszłej winie. Felix culpa – „szczęśliwa wina”, bo znalazła takiego Odkupiciela.
Ignacy o mało nie popełnił samobójstwa, doświadczywszy Boga i spojrzawszy na siebie Jego oczami. Jesteśmy tu na świecie odbiciem potworów, szyderczych i niszczycielskich demonów; spójrzmy prawdzie w oczy, nie przypominamy samych siebie w naszej właściwej danej nam od Boga świetlanej naturze, jakiej zapis nosimy także w swoich duszach. Spotkanie z Bogiem jest konfrontacją z własną szpetotą, polega na mozolnym otwieraniu oczu, co budzi opór. Dlatego też mnożymy wykręty przed powrotem do Boga.
Ignacy przez dwa lata męczył się z powodu skrupułów, omal nie popełnił samobójstwa pod wpływem tego bólu. Wreszcie powstał z tego kryzysu i został jednym z największych świętych Kościoła, założycielem Towarzystwa Jezusowego.
(3)
Już ktoś spłacił nasze długi i uwolnił nas od niewoli za nie. Popadliśmy w poddaństwo wobec demona poprzez zawierzenie mu, korzystanie z jego „pomocy”, jaką świadczy przy każdym z nas nasz Szatan – stróż. On chętnie daje swoje „pociechy” i moce (także te siły swoich emocji ku złu), ale w zamian chce nas całych. Jednak Dobry Ojciec znalazł na to sposób.
Będąc niepodobnymi do Boga i skażonymi grzechem w każdym atomie ciała i cząstce duszy, nie zasługujemy na Niego, na Jego przebaczenie i uzdrowienie, a On, chociaż o tym wie, daje nam miłość litościwą i miłosierną. On przekracza siebie, swoje własne wyroki słusznego odrzucenia człowieka, depcze samego siebie z miłości do nas. Dlatego niekończące się skrupuły nie są czymś dobrym, ale fałszywą pokorą, która jest odwróceniem się od Boga.
(4)
Skrupuły to niewiara w dobroć Boga, Jego łaskawość i dobrotliwość w stosunku do nas. To też objaw pychy, w której przedstawiam samego siebie w swoim mniemaniu jako doskonałego i nienagannego. Z tego kłamstwa leczy nas szczery żal i wstyd za występki.
(5)
Skrupuły pochodzą też z przywiązania do wzorców życia wynikających z pochodzenia i środowiska. „Ja nie mogę, bo…” jestem za głupi, tacy jak ja się nie nawracają, nie jestem godzien itd. Najgorsze jest to, że to są myśli nieuświadamiane, ale nieraz bardzo silnie przeżywane.
(6)
Zdarzało mi się słyszeć, że ktoś powróci do Boga, ale najpierw musi uporządkować swoje życie. Tacy ludzie raczej nigdy się nie nawracają. Człowiek sam nie jest w stanie sobie pomóc w sprawach wiary – sam może tylko sobie zaszkodzić. Z jednej strony doświadcza wewnętrznie łaski Ducha i Jego wezwania, jest go świadom, a z drugiej odpowiada na nią lekceważeniem.
(7)
„Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: «Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam». Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: «Boże, miej litość dla mnie, grzesznika». Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18, 10–14).
Mamy tu kontrast pomiędzy pewnym siebie świętoszkiem i zagubionym w swoich przeżyciach grzesznikiem, który właśnie ze swoimi skrupułami przychodzi przed Boga. Skrupuły przekuwa w pokorę, a wstydząc się unieść wzrok do Boga, paradoksalnie najpiękniej adoruje Jego wspaniałość i świętość.
(8)
Skrupuły i bojaźń Boża w istocie opierają się na tym samym podłożu. Skrupuły oddalają od Boga, a bojaźń do Niego zbliża. Bojaźń zapomina o sobie i adoruje Pana Boga. Skrupuły pysznie skupiają uwagę człowieka na nim samym.
9.2. Inne problemy
(1)
Obecnie religijność jest napastowana ze wszystkich stron: przez ateistów (i deistów, panteistów i takich wierzących w „coś poza światem, nie wiadomo co”), przez ezoteryków i okultystów z New Age, przez libertyńskie społeczeństwo Zachodu, przez ludzi szerzących tzw. duchowość areligijną, w tym synkretystów. Jeśli skala agresji Księcia Ciemności znamionuje wartość czegoś, to właśnie religijność jest dziś niezwykle ważna i jako najmocniej atakowana wymaga najwyższej ochrony. Nie wolno z niej rezygnować. Nie ma czegoś takiego jak duchowość bez religii, to jak pociąg jadący bez torów – pojedzie byle gdzie, a na koniec się wykolei.
(2)
Niektóre błędy w duchowości wymieniono w Biblii. Popełniają je zarówno wierzący, jak i niewierzący. Całe życie jest przecież duchowością bez względu na to, co kto tam sobie uważa:
• kłótnia uczniów o to, kto najważniejszy, obrazuje niemądre dążenie do bycia lepszym od innych, zamiast być lepszym od samego siebie, wzrastać,
• faryzeusze obrazują pokusę bycia nieustannie nauczycielem dla innych, zamiast uczyć siebie,
• nieczułość miast judejskich na Chrystusa to błąd polegający na zajmowaniu się tylko sprawami dnia codziennego i odwróceniu się od Boga,
• nienawiść i prześladowanie Chrystusa obrazują uniwersalną dla ludzkości, chęć uciszenia, wyparcia nauki Boga, zniszczenia Go, bo On zna nasze winy, a Jego obecność odbierana jest przez wypaczone umysły jako oskarżenia, choć niesie ze sobą zbawienie,
• zemsta, jakiej dokonał na samym sobie Judasz, to bodaj najgorsza ze zbrodni, całkowity egoizm i wymierzanie sobie samemu kary, co jest zastępowaniem Boga w tym wymiarze; Bóg chce zbawiać, nie karać, nawet własny wstręt do samego siebie trzeba czasem przezwyciężyć i powracać do miłości,
• zgorszenie Judejczyków to błąd tradycjonalistów liczących na ludzkie skostniałe porządki, zamkniętych na nowe dobre wieści z nieba,
• początkowe zamknięcie uczniów na naukę Chrystusa to naturalna reakcja związana z tym, jak to oni sami określili, mówiąc: „trudna jest ta nauka”; pouczenie Jezusa jest inne niż wszystko, z czym mamy do czynienia między ludźmi; serce przez pewien czas musi się przyzwyczajać, nastrajać do tego sposobu myślenia; Duch Święty zwykle powoli rozświetla rozumienie,
• Ewa nie ominęła zakazanego owocu, a właśnie trzeba zwyciężyć z samym sobą w niektórych złych pragnieniach, omijać pokusy,
• żona Lota wyszła z Sodomy, miasta grzechu, ale spojrzała na nie wstecz i skamieniała; nie wolno wspominać swoich grzechów, rozpamiętywać ich, bo takie patrzenie w stronę Sodomy jest utajoną tęsknotą za nią.
(3)
Pelagianizm
Fałszywy obraz człowieka, jak to ujął któryś z papieży, można nazwać „pelagianizmem”. Chodzi o poczucie własnej doskonałości, względnie możliwości samodzielnego osiągnięcia doskonałości. W naszych czasach ludzie są wybitnie wystrojeni, zewnętrznie zadbani. Większość tkwi w fałszywym poczuciu własnej doskonałości wynikającym z zaskorupienia psychicznego i zapatrzenia w siebie. Słowa Chrystusa o ludziach tego typu jako o pobielanych grobach brzmią w naszych czasach niesłychanie aktualnie.
(4)
Niby-uczoność
Na kazaniu pewien ksiądz ostatnio bardzo ładnie wymawiał po grecku metanoia, ale nie wyjaśnił, co to w praktyce znaczy. Niewiele przyszło jego słuchaczowi, że nasłuchał się greki. Co z tego, że ktoś niezwykle uczony będzie mnożył obce terminy, używał wielu cytatów, czynił erudycyjny popis. Zdarza się, że dostajemy w kościele przemowę pełną metafor, bardzo wzniosłych obrazów, alegorii i w podziwie wypełniamy sobie nimi głowę, też bez duchowego zysku. Bywają ludzie bardzo oczytani w jakimś temacie, np. w duchowości, którzy jednak nie czynią żadnych postępów w tej sferze. Czytelnictwo czyni ich dumnymi. Jest to wada pychy wiedzy wskazywana właśnie w Piśmie.
Duchowość to sprawa człowiekowi naturalna, wystarczy jej nie komplikować. Trzeba mówić o niej tak, żeby mógł nas pojąć nawet przedszkolak. Przykładowo słowo „nawrócenie” wystarczy zamienić na nasze proste „poprawić się” i już można sensownie o tym myśleć.
Tak jak w każdej dziedzinie stosunkowo łatwo w duchowości odróżnić praktyka od fantasty. Tacy samochwalni eksperci to w ogóle choroba naszych czasów. W duchowości jest ich niestety, mam wrażenie, coraz więcej. Świadczy o tym powierzchowność ich wypowiedzi, płycizna rozważań i ogólna nijakość. Ostatnio czytałem jakiś tekst T. Mertona – zaskoczył mnie miałkością oczywistych i banalnych rzeczy podawanych w taki sposób, jakby właśnie odkrywano Amerykę. Coraz bardziej ten autor mnie zraża, mimo że jego erudycyjne pozycje z wczesnego okresu bywają wartościowe. Akurat zaraz po nim czytałem jakiś kapitalny kawałek z twórczości G.K. Chestertona. To zderzenie było piorunujące – geniusz Chesterton i przeuczony, nieciekawy Merton.
Są też ludzie, którzy bardzo dużo mają do powiedzenia o duchowości, choć od pierwszego słowa widać, że nigdy jej nie zaznali. Mówi się wtedy o błędzie rozważania pojęć, czyli wyobrażeń, „kontemplacji” i „Boga” w miejsce faktycznego obcowania poprzez kontemplację z Bogiem. Wyobrażenie po prostu zastępuje realność. Takich niby-znawców, także duchownych, mamy obecnie cały zalew. Powstają tony książek o „życiu kontemplacyjnym”, w których nie ma ani grama kontemplacji Boga. Jest w nich niekiedy mistyka religii naturalnych bądź kontemplacja (theoria) w sensie filozoficznym. Nie znajdziemy tam ani grama duchowości chrześcijańskiej. Mało który autor potrafi odróżnić te trzy różne mistyki. Doszło do tego, że spotkałem się z poglądem, że obecnie w Kościele w ogóle nie ma mistyki, bo nie słyszy się o wlanej kontemplacji. Niestety, dużo za to jest pouczeń o „duchach – przewodnikach” i stosy makulatury z „kontemplacjami” w co drugim słowie. Tacy niby znawcy dezorientują wiernych i odciągają ich na bok z drogi duchowej. Najchętniej czytani, tacy jak późny T. Merton, A. de Mello i J. Main, prezentują taki właśnie szkodliwy poziom.
(5)
Kontemplacja idei kontemplacji
Czasem człowiek pod wpływem lektury lub osłuchania wyrabia sobie pewne wyobrażenie, ideę opisywanego przedmiotu. Niestety często jest tak ze sprawami duchowymi, że mamy ekspertów, którzy posługują się mnóstwem fachowych terminów, ale to wszystko obraca się jedynie wokół ich myślenia. Niekiedy nawet trwają w zachwycie samym pomysłem zachwycenia – Panem Bogiem. Usilnie i na wiele sposobów rozważają ideę medytacji, podczas gdy nigdy do niej porządnie nie usiedli, co się po prostu czuje.
(6)
Acedia – demon południa
Autorzy opisujący życie monastyczne przestrzegali przed owym stanem kompletnego zniechęcenia, znużenia, przekonania, że to wszystko nie ma sensu, że się nie uda. Zachęcano, by traktować ten stan jako czas próby. Acedia to siódmy najbardziej podstępny z grzechów. Odciąga na wszystkie sposoby od praktyk duchowych, często nawet w kierunku spraw właściwie dobrych, ale jednak nienajlepszych.
Nieustannie należy dążyć do podporządkowania sobie pragnień swego ciała. W ascezie pomagała też praca. Mnisi uznawali, że trzeba pracować nawet wtedy, kiedy ma się środki do życia, bo praca to właśnie zajęcie ascetyczne. Zajęcie rąk miało dyscyplinować, przeciwdziałać zniechęceniu. Stąd rękodzielnictwo antycznych mnichów: wyplatanie sznurów, koszy, tkactwo. Wewnętrzny chaos trzeba przede wszystkim oddawać Panu Bogu w modlitwie, prosząc o uzdrowienie.
(7)
Iluminizm
Zapatrzenie jedynie we własne doświadczenie duchowe, zaprzeczenie wspólnotowości doświadczenia to zjawisko typowe dla Indii oraz New Age, gdzie istotna w sprawach duchowych jest tylko praktyka, a podbudowy religijna oraz filozoficzna są po to, żeby do niej doprowadzić. To nieprawda. Doświadczenia trzeba umieć rozeznawać, bo nie wszystko, co się wydaje wspaniałe, faktycznie takie jest. Na drodze duchowej spotykamy jeszcze więcej zagrożeń niż na tej asfaltowej.
(8)
Obżarstwo duchowe
To problem podobny do iluminizmu. W wyniku doświadczeń duchowych człowiek, zamiast pogrążyć się we wdzięczności Bogu, wbija się w dumę. W narastającej próżności czeka na kolejne doświadczenia, żeby czuć się coraz ważniejszym. W ten sposób staje się duchowym żarłokiem. Przez jakiś czas Bóg na to pozwala w nadziei na opamiętanie.
(9)
Mistyka naturalna zamiast życia według Ducha
Poczucie zbawienia (wyzwolenia) w kontemplacji naturalnej bywa traktowane jako doświadczenie ostateczne. To nieprawda, żadne poczucie nie zbawia. Theoria uszczęśliwia. Pocieszenie płynące z filozofii lub gnozy to zjawiska niekiedy opisywane jako samo zbawienie. Żadne doświadczenie nie jest jednak zbawieniem. Poczucie wyzwolenia od przywiązań i moralnych zobowiązań to – jak można się domyślać – pewna, niejako rajska, pierwotna, ale nie ostateczna wizja duszy sprzed grzechu. W niej dusza odnajduje siebie samą w początkowym kształcie, zagubionym pod warstwami światowych przeżyć. Jest to tyleż wspaniałe, co złudne. To tylko wgląd, poczucie, doświadczenie. Realnie nie ma bowiem łatwego powrotu do niewinności. Chociaż w takiej wizji można zapomnieć o złu, to ono samo nie przestaje istnieć, także w nas. Można wręcz upoić się taką wizją i doznać z niej idącej poważnej przemiany, ale to nie jest zbawienie (wyzwolenie od cierpienia i winy – zobowiązania moralnego). Taka wizja może wręcz zagłuszyć realia i stać się eskapiczną wymówką od zrozumienia faktycznej kondycji własnej. Jest to niebezpieczne, bo petryfikuje pewne podstawowe wady człowieka, na czele z pyszną samowystarczalnością. Taki wgląd może być potężny, ale wiąże się nie tyle ze sferą ducha, co relacji ja–świat. Prowadzi do lepszej integracji, jednak w porządku cielesnym (światowym), a nie Bożym.
Ludzie, którzy pod wpływem doświadczeń z praktyk mistyki naturalnej uznają, że już są zbawieni, czerpią wzory zwłaszcza z jogi oraz z New Age. Jest to tzw. samodoskonalenie. Bóg w ich narracji staje się tylko ornamentem. O ile w sprawach doczesnych samodoskonalenie jest jak najbardziej sensowne, a wręcz konieczne, to w sprawach wiecznych stanowi nieporozumienie. Tylko z Bogiem możemy się uświęcić, wyłącznie On może nas uwolnić od winy. Jasno widać, że kto w takim wyobrażeniu duchowości się zatrzymał, ten tkwi tak naprawdę w kręgu co najwyżej wyrafinowanej cielesności, światowości, a z duchowością ma niewiele wspólnego.
(10)
Noce
Duchowość ma swoje dni, kiedy chodzimy w pełnym świetle i czujemy się bardzo dobrze. Ma też swoje noce, kryzysy, trudne chwile wymagające zwiększonego wysiłku. Te stadia następują naprzemiennie. Najpierw Bóg unosi duszę na fali dobra – wtedy wiara przychodzi łatwo, rozwija się, jest przyjemna. To jednak tylko jakby prezentacja nowych duchowych rzeczywistości. Potem Bóg odbiera swoją moc i trzeba to samo wypracować własnym wysiłkiem. Towarzyszyć temu może poczucie rozbicia wewnętrznego, załamania, zwykle nazywa się to kryzysem. Tymczasem jest to właśnie najwartościowszy moment całego procesu, chwila na wykazanie się osobistą wiernością.
W drodze duchowej dzieją się różne rzeczy. Pisałem już o Eliaszu i fazach wichru, trzęsienia ziemi, ognia. To wszystko tkwi w nas i poszukuje ujścia jako gniew, uraza, żal, jakiś rodzaj nienawiści, nawet do Boga, ale są to tylko emocje, które wracają z dawnej grzesznej przeszłości. Trzeba je oddawać Bogu. On nie obraża się na człowieka, który w bólu wewnętrznym do Niego krzyczy, bo wie, że to minie, a wierny Go przeprosi. Co gorsza, mogą się zdarzać nawroty grzechów. W takich momentach trzeba żałować, ale nie wolno się przywiązywać do tych upadków. Należy po nich wstawać jako człowiek pokorniejszy i jeszcze więcej oddający się Bogu.
Istnieje już naukowe pojęcie pozytywnej dezintegracji osobowości. Taki wymiar ma m.in. doświadczenie nocy. Żeby człowiek mógł się na nowo poskładać, musi się na chwilę rozpaść. Czasem oznacza to poważne obniżenie nastroju, graniczące z depresją, a niekiedy silne poczucie rozpaczy i bezsilności. Trzeba pozwolić sobie na przeżywanie tego wszystkiego ze świadomością, że to tylko faza, która minie. Jest to naturalna kolej rzeczy, a wynika z bagażu nieprzeżytych właściwie doświadczeń z przeszłości, wadliwych postaw przejętych z otoczenia, ze świata. Duchowość ma wymiar ozdrowieńczej śmierci i nie może być inaczej.
W najtrudniejszych chwilach swojego nawrócenia zawsze powtarzałem sobie, że przecież ukazuje mi się tylko to, czym jestem; nigdy nie było we mnie lepiej, tylko nie miałem świadomości, co w sobie noszę. W ten sposób złe samopoczucie ma szansę definitywnie minąć, a osobowość zregenerować się. Mówiąc prościej: żeby się pozbierać, trzeba się na chwilę rozpaść.
(11)
Nie znając duchowości, ratujemy swoje dobre samopoczucie mechanizmami obronnymi, żeby nie zwariować, gdyż nie posiadamy wiedzy potrzebnej do poradzenia sobie z wieloma przeżyciami i doświadczeniami życiowymi. Łaska Boża wywołuje wstrząs – wracają dawne ukryte przed świadomością emocje. Tak musi być. Tym, co musimy rozbroić, są właśnie mechanizmy obronne świadomości oparte na fałszu. Już nie musimy się bronić przed doświadczeniami rzeczywistości, bo nic nam nie może zagrozić, jeśli jest z nami Chrystus. Samotna dusza jest bezbronna wobec świata, ale z Bogiem potrafi go zwyciężać.
(12)
Zbliżając się do Boga jak do światła, lepiej widzimy swoje przywary, grzech, podłość. Świadomość własnego zła umożliwia nam panowanie nad nim, co nie znaczy, że ono zupełnie zniknie. Pierwiastek grzechu jest częścią naszej doczesności przynależącej do świata poddanego złemu duchowi samozniszczenia. Pokusy wracają nieraz jeszcze bardziej odczuwalnie przed oczyszczony już trochę umysł.
