CZĘŚĆ II · ROZDZIAŁ 33

Cierpienie

KONRAD TOMASZ

1. Cierpienie i ból

(1)

Pytanie o cierpienie to bodaj najtrudniejszy problem, z jakim człowiek musi się w życiu zmierzyć. Nie ma od niego ucieczki. Każda religia daje swoją własną odpowiedź. Cierpienie wydaje się centralną kwestią dla chrystianizmu, hinduizmu i buddyzmu. Te religie dają odpowiedź na pytanie, jak się od niego wyzwolić i skąd ono pochodzi.

To zagadnienie wpisuje się w pytanie: skąd zło? (łac. Unde malum?). Skoro Bóg jest dobry, to dlaczego na świecie aż tyle cierpienia? Z powodu nieumiejętności lub niechęci rozwiązania tego problemu bardzo wielu ludzi porzuciło swoją religię. W perspektywie wiary pojawia się coś nawet straszniejszego niż ból fizyczny tu na świecie, mianowicie wieczność piekła. Padają pytania, czy Bóg to nieudolny stwórca, czy może sam jest zły, co zresztą wychodzi na to samo. Jak to możliwe, że pojawia się tyle krzywdy i cierpienia? Ratować dobre imię Boga w doświadczeniu cierpienia to znaczy tyle samo, co ratować w sobie rozum. Wiara w dobrego, mądrego Boga ratuje ludzi przed chaosem, irracjonalizmem, dowolnością i przypadkowością myślenia oraz działania. Zmagając się z tym najtrudniejszym problemem, walczymy o samych siebie.

Warto przejrzeć udzielane odpowiedzi:

• Ludzie pierwotni, nieposiadający silnego poczucia odrębności samych siebie od reszty Kosmosu i przyrody, po prostu jeszcze zbyt wiele nie myśleli. Przyjmowali życie takie, jakim jest. Cierpienie, ból, strata są częścią kontinuum życia, w naturalny sposób godzili się z tym. Społeczności naturalne nie znają dwu powszechnych dziś rzeczy. Z jednej strony nie przyjmują wszystkiego osobiście w typowy dziś nadwrażliwy sposób, są bardziej uległe. Po drugie w sumie o wiele mniej grzeszą, członkowie plemion generalnie przestrzegają praw, jakie w nich obowiązują, czyli mniej jest krzywdy i bólu. To wszystko sprawia, że problem cierpienia nie jest tak dolegliwy. Możemy wracać do tej kosmicznej mądrej postawy dzięki lekturze Zhuangzi, który wraz z taoizmem klasycznym utrwalił ją w postaci literackiej.

• Etap mitu i religii to już czas, kiedy wykształca się ludzkie poczucie indywidualności, choć dominuje nad nim myślenie kategoriami ludu i państwa. Bóstwa stają się osobowe, a co za tym idzie – intencjonalne. Dopiero tutaj pojawia się problem cierpienia i zła w relacji bogów i ludzi. Narzędziem refleksji jest mit, w ramach którego padają różne odpowiedzi, przy czym dość typowe jest ustanowienie obok bogów dobrych tych złych jako źródła bólu. W Grecji byli to np. tytani. Na tej podstawie pomału kształtuje się dwupodział bóstw na dobre i złe, którego szczytową formą stał się dualizm zaratusztriański. Powoli przekształca się on w dualną gnozę. Dzięki tej odpowiedzi możliwe jest afirmowanie dobrego boga jako punktu odniesienia dla człowieka. Jednocześnie zło okazuje się czymś boskim, z czym człowiek wobec tego ostatecznie nie jest w stanie sobie poradzić. Zło po prostu nas przerasta. Od strony filozoficznej są to bardzo poważne odpowiedzi, a ich skutki dla ludzi to promocja szlachetnego człowieczeństwa skupionego na dobrej myśli, słowie i uczynku. Wydaje się, że właśnie łagodny zaratusztrianizm jest szczytowym przejawem rozwoju religii naturalnych. Antyk europejski i indyjski zrzucają winę za zło i cierpienie na materię. Orficki pitagoreizm i platonizm, gnostycyzm, hinduizm i buddyzm jednym głosem odnajdują powód zła w istnieniu materii, która wywołuje żądze. W ten sposób życie religijne staje się antymaterialistyczne i spirytualistyczne.

Na tym właściwie kończy się rozwój myśli naturalnej. Mamy do wyboru światopoglądy o charakterze monistycznym, panteistycznym i podobne, które nie rozpatrują zbyt głęboko problemu zła, gdyż stanowi ono dla nich przykładowo niedorozwój bytu i skutek jego zmienności, procesualności. W warstwie spirytualnej wina bywa przypisywana materii jako zasadzie de facto złej i przeciwnej dobremu spirytualizmowi. Niektóre nauki nawet w jakiś sposób zlewają różne naturalne koncepcje w ich swoiste kumulacje.

Tego typu poglądy uwalniają Absolut w jakiś sposób od winy za zło na świecie, dlatego są one szlachetne w swoich pobudkach. Niestety obie wersje światopoglądów wydały także negatywne interpretacje i powodowały rozwój postaw nieczułych na ból drugiego i samolubstwo.

Odkrycie jednostkowej duszy w jakiś sposób niweczy odpowiedzi z okresu pierwotnego i kosmicznego. Próbą łagodzenia tego problemu są religie indyjskie. Hinduizm adwaity skłania do uznania, że dusza jednostkowa i Absolut (Atman i Brahman) są jednak tym samym. W ten sposób nurt ten w pewnym sensie usiłuje powrócić do myślenia pierwotnego. Buddyzm idzie w podobnym kierunku, ale wynikowo w ogóle ogołaca się z prób udzielenia odpowiedzi, uznając samo pytanie wraz z całą rzeczywistością za pozorne. Uwolnienie się od pozorności świata znosi także problemy płynące z przywiązania się do niego. Oba kierunki w jakiejś mierze usiłują przynajmniej częściowo cofnąć świadomość do okresu pierwotnego. Można powiedzieć, że historia religii naturalnych to dzieje obrony Absolutu przed zarzutem zła.

Istnieje jeszcze druga także popularna odpowiedź, zgodnie z którą postrzeganie przez bogów tych spraw okazuje się inne, ponieważ ich myślenie jest powyżej zagadnień cierpienia ludzkiego, zwyczajnie ich nie dotyczącego. Cierpienie to problem wyłącznie ludzki, a bogowie są na niego raczej obojętni. Taka wizja także jest bardzo popularna. Grecy postrzegali rzeczywistość fatalistycznie. Mojra – Ananke nie liczyła się z ludzkimi odczuciami. Podobnie choćby Tao nie jest „ren”, czyli humanistycznie nastawione, jak to zaznacza Daodejing, a o czym wiedzą tylko mędrcy. Dumne z siebie rody ludzkie są dla niego jak słomiane psy, które chwilę obnosi się w procesji kultowej pięknie ustrojone, a zaraz potem wyrzuca na śmietnik. W tej wizji Absolut jest tak wysoko nad ludzką codziennością, że aktualne tutejsze problemy dobra i zła, przyjemności i bólu po prostu go nie dotyczą. Problem w tym, że taki światopogląd może wynikowo generować postawy obojętne na ludzki ból, a w skrajnym skrzywieniu nawet prowadzić do okrucieństwa wzajemnego.

Jak widać, myślicielstwo naturalne przygotowało cały katalog odpowiedzi, które jednak dają obraz pewnego chaosu ideowego. W swoim zepsuciu ludzie dobre intencje wielkich myślicieli wykorzystują dla własnych nieprawych celów i przeinaczają doktryny tak, aby uzasadniać własne zło, grzech, bezduszność. Tylko naprawdę szlachetne jednostki kontemplujące Boga potrafią w tym gąszczu pomysłów znaleźć porządek chroniący przed wypaczeniami i zdobyć się na naprawdę czyste szlachetne dobro. Tacy ludzie są w każdej tradycji, ale jest ich niestety niewielu. Problem ten dotyczy zresztą także chrześcijan, którzy całkiem sprawnie wykrzywiają Dobrą Nowinę w taki sposób, żeby nie oczyszczać się z zepsucia, ale racjonalizować trwanie w nim. Ludzie we wszystkich tradycjach są niestety dość podobni.

Chrystus przyniósł swoje pełne, usystematyzowane wyjaśnienie problemu cierpienia. Koresponduje ono z odkryciami naturalnymi i nadaje im sens oraz spójność, choć jest doktryną niełatwą i składa się z wielu poziomów wyjaśnień. Po pierwsze Chrystus nie ucieka od problemu cierpienia, uznając jego pozorność, ale zachowuje się przeciwnie – przyjmuje swoje życiowe nieustające męki zakończone torturami i agonią. Ból jest rzeczywisty, chociaż wraz ze śmiercią nie stanowi rzeczywistości ostatecznej, tylko przejściową, doczesną. W tym znaczeniu jest jednak czymś nie w pełni realnym, bo cały świat nie został jeszcze ostatecznie ustalony, dopiero się staje. To jakby odpowiedź dla buddystów. Chrystus jako Bóg funkcjonujący w historii świata, obecny, wrażliwy na wszystko, co tutaj się dzieje, oferuje duszom wierzących przylgnięcie do siebie, złączenie się wrażliwością. Okazuje się, że zbolały człowiek jednoczy się z Bogiem także zbolałym, ale i zmartwychwstającym do wiecznej radości. Tym właśnie, co jednoczy człowieka z Bogiem, jest wspólne przeżywanie cierpienia. Po trosze stanowi to odpowiedź na adwaitę. W świecie działają konkurujące o dusze ludzkie dwie siły o wiele potężniejsze od człowieka – Bóg i przepotężny demon, którego moc ustępuje tylko boskiej. Z punktu widzenia człowieka siły te są niemal niemożliwe do odróżnienia co do natury. Dwoistość wartości potęg kosmicznych, walka dwu duchowych imperiów to rzeczywistość. Intuicje dualistów, w tym zaratusztrian, znajdują potwierdzenie, choć z modyfikacją. Bóg, choć stworzył świat i materię jako dobre, to w wyniku zniszczenia pierwotnego porządku Kosmosu przez grzech ludzki stały się one człowiekowi wrogie. Także w tej kwestii poglądy dualistów do pewnego stopnia znajdują swoje miejsce w prawdzie Ewangelii. Ostatecznie człowiek nie jest zdolny ogarnąć rozumem całości wszechrzeczy i pojąć obecności zła wraz z cierpieniem, one po prostu są. Próby ogarnięcia tego prowadzą donikąd. Musimy brać życie, jakim jest, czyli z jego cierpieniami, i wierzyć, że to wszystko ma jakiś sens, a raczej nadawać temu chaosowi i obłędowi sens tak, jak to pokornie uczynił Chrystus. Okazuje się, że ostateczne odpowiedzi są takie same jak te, które znaliśmy już na początku, począwszy od kultur pierwotnych i Zhuangzi. Księga Hioba przedstawia problem człowieka w szerszym kontekście Kosmosu stwarzanego przez Boga, który, jak mówi Biblia, „cierpi bóle rodzenia”. Bóg wskazuje m.in. symbole Lewiatana i Behemota, które jeszcze nie zostały okiełznane. Są one, jak pisałem, symbolami chaotycznych sił natury, które nie są posłuszne Bogu. Ich poddanie nastąpi dopiero w czasach Apokalipsy, gdy na końcu stworzenia wszystkie żywioły zostaną na stałe uporządkowane. Człowiek jest uczestnikiem wielkiego widowiska kosmicznego, a we Wszechświecie działają jeszcze potęgi niezrozumiałe dla nas, będące źródłami bezładu. Stan ten odbija się na nas, a my sami, podobnie jak Hiob, nie jesteśmy w tym aż tak ważni, aby podnosić głos przeciw temu wszystkiemu. Bóg wyznaczył każdemu jego rolę i na tym każdy z nas powinien się skupić, a nie na rozliczaniu Boga ze spraw niepojmowalnych.

(2)

Bóg, stając się uczestnikiem życia we świecie, ma swój udział w ludzkich doświadczeniach, zarówno w szczęściu, jak i cierpieniu. W tym kontekście pytanie o cierpienie i Boga traci sens, gdyż nie jest On jego sprawcą, ale główną ofiarą. Bóg jako uczestnik historii wyrzekł się części swojej wszechmocy na rzecz ludzi, a skutki tego są takie, jakie widzimy.

(3)

Już wcześniej omówiłem cierpienie na podstawie prawa odpłaty i samą tę zasadę (inaczej retrybucji, karmy). Sami ściągamy na siebie wiele cierpienia – tak działa Prawo Boże zapisane w Kosmosie i Logosie. Zastanawiające jest tylko cierpienie niezasłużone, np. cierpiące kalekie dzieci, ludzie prześladowani, doznający bólu właściwie bez powodu. To zjawisko budzi w nas sprzeciw tak potężny, że wyjaśnienie go stanowi centralny temat niektórych naturalnych wierzeń (buddyzmu, hinduizmu). Wiele osób buntuje się przeciw religii pod wpływem własnego bólu lub współczucia cierpiącym. Wszyscy w jakiś sposób cierpimy. Cierpienie niezasłużone nie ma sensu. Jak więc można je wyjaśnić? To wydaje się wewnętrznie sprzeczne i niemożliwe od ogarnięcia.

Chrystianizm przynosi nam najważniejsze w dziejach omówienie tego tematu. Stwórca nie ucieka przed niedolą swojego stworzenia, ale bezgranicznie angażuje się w jego ratunek. Nazywamy to zbawieniem. Krzyż to symbol wielu spraw, w tym wyraz szczególnego udziału Boga w cierpieniu człowieka i drogi do wyzwolenia z bólu w wieczności. Bóg dokonuje niemożliwego: bezsens cierpienia wywołanego błędami ludzkimi wpisuje w sens swojej historii pocieszenia człowieka.

(4)

Jeśli dobrem jest istnienie i życie, to cierpienie bierze się z ich braku. To stan w całym człowieku. Nie potrafimy jednak dość precyzyjnie opisywać zjawisk obejmujących nas całych, bo nasz język jest skierowany na pomniejsze byty, w tym nasze części. Wyłącznie Bóg obejmuje rozumem i pojęciem całego człowieka. Cierpienie jest czymś dotykającym pełni jestestwa człowieka, podobnie jak samo życie.

Ma ono wymiary i opisy:

• doznaniowy,

• religijny, gdy dowiadujemy się o nim z Objawienia,

• teologiczny, gdy rozważamy rzeczywistość cierpienia w Bogu,

• filozoficzny, gdy próbujemy jakże nieporadnie odnosić się do przyczyn, natury i skutków cierpienia.

Jest to zjawisko egzystencjalne, dotykające całości człowieczeństwa. Większość ludzi zadowala się planem doznaniowym, co jest jednak perspektywą zwierząt. Efekt takiej postawy, niestety niezwykle popularnej obecnie na Zachodzie, stanowi przewrażliwienie na każde, nawet najlżejsze niedogodności.

Filozofia rozpatruje Absolut i skutki tego, że On jest. Powstają w tym kontekście także filozofie cierpienia. Popularne stwierdzenie tego rodzaju brzmi: „Widać, tak musi być”. Jest to w istocie zawieszenie namysłu i uznanie, że przekracza on ludzkie możliwości. Mimo pozorów trywialności jest to właśnie chyba najlepsza odpowiedź. Na tym planie tworzy się teodycee, ale mam wrażenie, że mają one tylko o tyle wartość, o ile też są zawieszeniem pracy rozumu ludzkiego wobec jego niewystarczalności. Filozoficzną próbę rozpatrzenia problemu cierpienia w Biblii stanowi Księga Hioba. Jej treścią jest dyskusja o cierpieniu niewinnego. Ostatecznie jednak obecni w tym dialogu filozoficznym myśliciele nie osiągają żadnej odpowiedzi. Człowiek nie da rady dojść do sensu swojego cierpienia, bo jest ono z definicji nonsensem. W warstwie religijnej tej księgi widzimy, że to Szatan powoduje cierpienia Hioba, oskarżając go przed Bogiem o interesowność w dobru. Gdyby nie władza, jaką Książę Ciemności ma nad ludźmi, cierpienie byłoby nieobecne na świecie. Ludzkość poddała się rządom Złego, a ten je sprawuje z sadyzmem i rozmachem. Zdolny jest oskarżać ludzi przez Bogiem i kwestionować naszą dobroć. To grzech ludzki dał mu tę władzę, nie Bóg. Efektem, jak w przypadku niewinnego cierpienia, jest przypadkowe i chaotyczne udzielanie się złego losu ludziom. Pochodzi on od Złego. Obszar filozoficznego zrozumienia odnoszący się do Absolutu jest człowiekowi w całości niedostępny. Czasem, stojąc przed obliczem Boga, najmądrzej po prostu powiedzieć: „Nie wiem, czemu jest tak, jak jest. Bądź wola Twoja, widać lepiej się nie da”. Tak modlił się Chrystus przed męką: nie chciał tego strasznego losu, ale jeśli tak musiało być, to zgoda.

W sensie religijnym musimy pamiętać, że cierpienie – śmierć przyszło na świat razem z grzechem ludzi. Ludzkość skazała siebie na zniszczenie swoimi poczynaniami. To nie Bóg dał ludziom śmierć – cierpienie, ale oni sami je sobie wzięli. Troska Boga sprawia, że śmierć nie spada totalnie na każdego i nie niszczy ludzkości w jednej chwili. Bóg odroczył wyrok, dozwolił na historię ludzkości, w której mimo panowania śmierci powstają ludzie z niej oczyszczeni i zdolni do dobra. Wyrok śmierci dla ludzkości odroczono, ale nie zniesiono ani nawet nie złagodzono. Wszyscy zasługujemy na los tych, których nagle przygniotła wieża w Siloe, jak nam to wyjaśnia Chrystus. Nikt nie jest dobry, godny życia. Cierpienie innych, nawet to najstraszniejsze, jest dla nas ważnym memento, które przypomina, że każdy z nas może doświadczyć czegoś strasznego. Warto zawczasu z wiarą zwrócić się do Boga o opiekę i nie czekać na cięższe razy losu dla duchowego przebudzenia.

Koniec świata dla ludzi niestety już się przydarzył. Ład kosmiczny został trwale zniszczony. Doświadczamy już tylko jego resztek i wspomnień. Społeczeństwa kosmogoniczne imitowały doskonałość raju, ale to były tylko iluzje. To nie zniszczenie poszczególnych państw i kultur należy uznawać za koniec świata. Rozerwanie więzi pomiędzy najważniejszymi elementami rzeczywistości: Bogiem, człowiekiem i przyrodą już niestety nastąpiło i nie możemy udawać, że jest inaczej. Ból tego rozpadu odczuwamy w samych sobie jako dezintegrację wewnętrzną, kalectwa, choroby, śmierć. W życiu społecznym to nienawiść, agresja, wojny, głód, a w ujęciu kosmicznym – katastrofy, plagi. Na świecie panuje chaos. Oczekiwanie, że znajdziemy logiczne wytłumaczenie wszystkiego, to niestety pomyłka. Człowiek jednak może to szaleństwo przemienić w korzyść i nadać mu sens, gdy ofiaruje swoje krzyże Bogu.

(5)

Bóg a zło świata

Tradycyjna teodycea jest odpowiedzią na zarzut, że jakoby wszechmocny, dobry, doskonały Bóg nie może stworzyć świata, na którym panuje zło. Takie twierdzenie opiera się na założeniu, że kształt świata jest bezpośrednio zależny od Boga i Jego własnej kondycji. Jednocześnie zdanie takie wypowiada człowiek kwestionujący dobroć Stwórcy, a więc de facto będący w stanie osobistej waśni z Bogiem. Tenże sam człowiek jest elementem tego właśnie świata, o którego stan podobno tak się troszczy. Tymczasem on sam stanowi odpowiedź na swój problem. Skoro osobiście pozostaje w nieprzyjaźni z Bogiem, to sam jest dla siebie dowodem, że nie ma bezpośredniego przełożenia pomiędzy działaniem Boga i aktualnym stanem świata. W tym konkretnym przykładzie widzimy bowiem element świata przeciwny Bogu – owego stawiającego zarzut człowieka – w stanie braku harmonii i sprzężenia z doskonałością Boga. Zarzucający Bogu zło człowiek staje się sam dla siebie odpowiedzią, bo sam jest zły. Nie musi już poszukiwać przyczyn zła, skoro sam jest jedną z nich.

Dlatego wszystkie teodycee są w pewnym sensie z gruntu fałszywe, bo oparte na mylnych założeniach. Klasyczna teodycea G.W. Leibniza w tym świetle jawi się jako nieco arogancka, gdyż wygłaszana jest z fałszywej pozycji kogoś zdolnego Boga oceniać, czyli Mu równego lub nawet od Niego wyższego. Zadawanie pytań bywa jednocześnie kwestionowaniem jakiegoś twierdzenia. Zawiera założenia niewypowiedziane, a przyjmowane za oczywiste. W tym przypadku czymś takim jest uznanie siebie za zdolnego do sądzenia Boga.

Jak skomplikowane są relacje doskonałości Boga oraz niedoskonałości człowieka i świata, opisuje E. Voegelin w Świecie polis:

„(…) rozwój spekulacji filozoficznej od Milezyjczyków do Heraklita polega na odejściu od doświadczenia bieżącego nieporządku w kierunku zasady przepełnionego sensem porządku. Niewidoczna miara Solona, Byt Parmenidesa bądź zorientowanie duszy poprzez miłość, nadzieję i wiarę ku sophón to faktycznie wielkie odkrycia; w istocie stanowią one fundament spekulacji filozoficznej, rozumianej jako krytyczne badanie konstytucji bytu. Niemniej z tym ruchem i jego odkryciami wiąże się poważne niebezpieczeństwo. Zainteresowanie transcendentalnym bytem i zorientowanie duszy na niewidoczną miarę może stać się zajęciem, które pozwoli człowiekowi zapomnieć, że żyje w świecie dusz nieukierunkowanych. Ruch duszy ku prawdzie bytu nie unieważnia demonicznej rzeczywistości, z której dusza się wycofuje. Porządek duszy nie jest czymś, na czym można by spocząć i żyć długo i szczęśliwie. Odkrycie prawdy przez filozofów mistycznych, a jeszcze bardziej chrześcijańskie objawienie, mogą stać się źródłem wielkiego nieporządku, jeżeli błędnie zrozumie się je jako porządkującą siłę, która skutecznie rządzi społeczeństwem oraz historią. Z takich nieporozumień biorą się psychologicznie zrozumiałe, acz intelektualnie żałosne «wielkie» problemy teodycei, jak pogodzenie dojmującej obecności zła w świecie z wszechmocą i dobrocią Boga. W tego rodzaju problemach kryje się spekulatywny błąd polegający na założeniu, że transcendentalny porządek, wyczuwalny w nadającym kierunek ruchu duszy, jest porządkiem wewnątrzświatowym, urzeczywistniającym się w społeczeństwie, niezależnym od życia duszy. Mówiąc krótko: odkrycie to może wywoływać odurzenie, które pozwala człowiekowi zapomnieć, jaki jest świat.

Wielkość Ajschylosa tkwiła w tym, że porządek Dike w społeczeństwie rozumiał jako nietrwałe wcielenie boskiego ładu, chwilowe urzeczywistnienie, wymuszone na siłach nieporządku działaniem tragicznym, kosztem poświęcenia oraz ryzyka, i nawet jeśli na pewien czas udane, to jednak znajdujące się w smudze cienia, który je ostatecznie pochłonie…”.

(6)

Kiedy myślę o Wszechmocnym i złu na świecie, przypomina mi się obraz z własnego życia. Gdy podaję małemu dziecku kubek z sokiem, to wiem, że być może go rozleje (powiedzmy, że powinienem to założyć), ale to nie zmienia mojego zamiaru. Wszechwiedza nie wyklucza wylania soku, czasem po prostu trzeba się pogodzić z potrzebą posprzątania.

(7)

Ocenianie Boga

Człowiek chętnie przyjmuje manierę osądzania całokształtu świata, przy tym krytyki Boga. Chętnie krytykujemy, mówimy sami sobie, że porządki świata są złe. Czy Bóg nie mógł tego urządzić inaczej? Jest w tym ukryte oskarżenie Boga o zło, grzech podstawowy. Perspektywa człowieka wobec Boga nie może być zewnętrzna. Człowiek powinien myśleć i postrzegać ze swojej wewnętrznej i zależnej perspektywy – tylko takie spojrzenie jest uczciwe, bo nasze. Każde inne okazuje się czynieniem z siebie arcyboga i jest fałszem. Ma to konsekwencje. Stawiać siebie na pozycji zewnętrznego obserwatora, krytyka i oskarżyciela, poza Bożą rzeczywistością, to stawiać siebie w pozycji piekła. Bycie poza relacją z Bogiem opartą na uczciwym oglądzie sytuacji, wymyślanie dla siebie nieistniejącej pozycji wobec rzeczywistości to psychiczne wychodzenie z realiów, czyli popadanie w niebyt. Jest to duchowa śmierć.

(8)

Hiob, jak wielu z nas, czyni Bogu wyrzuty z powodu cierpienia obecnego na świecie i swojego osobistego bólu, utraty wszystkiego na ziemi. Pojawia się w tym gorycz i żal do Boga. Ciąg dalszy jest po ludzku bardzo zaskakujący. Bóg objawia się Hiobowi. Z niczego się nie tłumaczy, w ogóle nie odpowiada na żal Hioba. Czyni coś innego, ukazuje swoją apoteozę, swoją wielkość. Hiob zyskuje niezwykłe doświadczenie bliskości Boga w Jego apoteozie. To zmienia tego mężczyznę. Nie otrzymuje odpowiedzi w postaci tłumaczeń. Zyskuje za to bezpośrednio Boga. Wszystko staje się inne, Hiob przestaje pytać. Zamiast wyjaśnień otrzymuje bliskość Boga. Na ziemi nie można dostać niczego więcej. Hiob godzi się z koniecznością, z kolejami losu. Jednocześnie przemienia się wewnętrznie, oczyszcza. Odzyskuje swoje dobra, ale możemy się domyślać, że to już nie ziemskie wspaniałości będą go przyprawiać o drżenie. Dane mu przecież zostało bycie świadkiem Bożej apoteozy.

(9)

Cierpienie. To jedyna rzecz, która jest w tym życiu nieubłagana i nieuchronna. Przychodzi do każdego. Nieważne, jak bardzo udajemy, że wszystko gra i że nic złego się nie dzieje. Cierpienie jest, było i będzie. Nie zawsze nawet w pełni zdajemy sobie sprawę w swoim otępieniu z tego, jaką stratę ponosimy.

Opium. Wielu ludzi unika myśli o cierpieniu. Z tego względu uciekają w używki i inne znieczulenia, żeby tylko zapomnieć, żeby nie czuć. Siedzą całymi godzinami przed telewizorem albo uciekają w fikcję, zaczytując się w powieściach lub romansach. Ludzie rozpaczliwie szukają opium. Jeden z największych fantastów, marzycieli i idealistów – K. Marks – oskarżył religię, że to ona jest takim opium. Mylił się, ponieważ to on był faktycznym producentem opium, stwarzając utopię i karmiąc innych fałszywą nadzieją.

Rozum. Czy można nim ogarnąć bezsens bólu, straty, rany, cierpienia? Skoro coś już powstało, to nie po to, żeby pomału marnieć, krwawić, psuć się czy upadać. Cierpienie dlatego boli, bo nie ma sensu. Absurd jest tym bolesnym sednem zjawiska cierpienia. Sensowna strata nie boli. Rana oczyszczana spirytusem boli, ale nie powoduje cierpienia, bo tak wygląda jej leczenie. Policzek w twarz, choć sam w sobie nie jest bolesny, potrafi zatruć całe życie człowieka. Absurd boli, nonsens degraduje, degeneruje, doskwiera. Rozum nie jest w stanie zaakceptować nonsensu.

Kara. Instynktownie wiemy, że nonsens cierpienia to rewanż za coś. Myśliciele nieznający Objawienia doszli do wniosku, że cierpienie to kara za poprzednie wcielenia, że jego pasywne, pokorne przyjmowanie pomoże człowiekowi wyzwolić się od niego, ale wyzwolenie przyjdzie razem z zakończeniem indywidualnego istnienia. Uznali oni, że istnienie człowieka jest nierozerwalnie połączone z cierpieniem. Są to poglądy indyjskie. O karmie pisałem już we fragmencie o retrybucji. Ucieczka w trans, depersonifikację nie przynosi ulgi. Z kolei uwolnienie się od psychicznych przywiązań ze światem ziemskim jest dobrą drogą, której warto się uczyć z kultury Orientu. Metodę tę znano także w chrystianizmie, ale z jakiegoś powodu dawno temu o niej zapomniano. Była to droga apathei, wolności od przywiązań do zdarzeń życia doczesnego i skierowania uwagi na Boga.

Obojętność. To druga szkoła. Znalazła zwolenników wśród dzisiejszych ateistów, ale znana jest nie od wczoraj. Przyświeca jej zasada „Zobojętnieć na cierpienie”. Apatia wewnętrzna, zduszenie empatii wobec innych i problem cierpienia przestaje istnieć. To takie łatwe i takie kuszące stać się kamieniem. To tylko druga wersja tej pierwszej drogi, gdyż stanowi rodzaj samobójstwa „na raty” – zabicie własnej wrażliwości, wyrzeczenie się pełni istnienia. Śmierć traktowana jest tu jak lekarstwo, dobicie jak akt miłosierdzia. Stąd pojawia się zamiłowanie do zbrodni, czyli aborcji, eutanazji. W domyśle chodzi tu o nienawiść do życia jako takiego, gdyż jest naznaczone bólem.

Nonsens. Obie te drogi, a w zasadzie jedną, tylko w dwu wydaniach, zaprzeczają naturalnej ludzkiej afirmacji istnienia, która jest zapisana w duszy każdego człowieka. Przeczą także afirmacji samego siebie i tego Kogoś poza mną – Boga, z którym współistnieję i do którego mam przyrodzone wewnętrzne odniesienie. Chodzi tu o Opatrzność, Logos, Ducha czy jakkolwiek Go nazwiemy. Dusza chce się cieszyć, być wdzięczna, uwielbiać, potwierdzać, łączyć się.

Afirmacja cierpienia. Dość nową propozycją jest afirmacja bólu. Samoudręczenie, samouszkodzenia, samoobrzydzenie (tatuaże, piercing). Taka afirmacja przynosi pewien efekt terapeutyczny i stanowi nadmiarową zgodę na ból, a akty zadawanego bólu działają na mózg nieco budująco. Fizyczne uszkodzenia wyzwalają duże ilość endorfin, które działają narkotycznie i poprawiają nastrój. To jest jednak afirmacja zadawania cierpienia, co już w założeniu zaprzecza jakiemukolwiek sensowi.

Wyjaśnienie. Można wyobrazić sobie istnienie świata bez Stworzyciela? Niektórzy potrafią, snując fantastyczne teorie kosmologiczne. Jednak nie wyjaśnią one problemu cierpienia. Wyłącznie Chrystus wyjaśnił mi powody cierpienia, potrzebę i sposób jego znoszenia (ale nie poszukiwania w nim przyjemności!) i nadał temu zjawisku jakiś rozumny sens, logikę. Jest to sens ponad samym zjawiskiem cierpienia. Nie likwiduje on bólu i wpisanego w niego doczesnego absurdu, ale pozwala znaleźć znaczenie poza doczesnym układem odniesienia. Nauka krzyża poprzez jego absurd w doczesności w bardzo szczególny sposób kieruje myślenie na wieczność.

(10)

Ból sygnalizuje nam jakiś problem, chociaż sam jest w sobie obojętny. To swoista czerwona lampka, która nas ostrzega, że trzeba coś zrobić. Niekiedy ból i jego przyczyna okazują się zbawienne, np. gdy lekarz zszywa ranę. Cierpienie to przeżycie głębsze, egzystencjalne i moralne. Jest oskarżeniem, skoro funkcjonuje retrybucja. Bierze się z różnych przyczyn, ale zawsze działa na zasadzie dotyku śmierci lub piekła. Zwłaszcza ból psychiczny potrafi być niezwykle wyniszczający, wręcz nie ma granic.

Cierpienie przeżywamy na różne sposoby. Może to być niedosyt doświadczenia Boga w działaniu drugiego człowieka, który nie jest w łączności z Bogiem, o czym już wcześniej pisałem. Mając do czynienia z grzechami innych, w naturalny sposób cierpimy, gdyż przeżywamy w stosunku do nich niepokój moralny. Siła tego doświadczenia bywa miażdżąca. Dodatkowo nie potrafimy się od niego wyzwolić. Cierpimy też w swojej bezsilności w chorobie czy na skutek skrzywdzenia przez ludzi i niemożności zasługiwania się przed Bogiem, co nas pozbawia nadziei na nagrodę od Niego, czyli udziału w Nim. Jest to zatem niepokój o siebie samego. Tak cierpią też uwięzieni, pozbawieni możności owocnego życia. Szczególny rodzaj cierpienia bierze się ze współczucia innym, także swoim własnym ofiarom, gdy sobie uświadomimy własne zło.

Na cierpienie nie ma łatwego lekarstwa, ale może ono przestać nami powodować. Chrystus nawet po zmartwychwstaniu nosił swoje rany na widoku. Nie zamierzał jednak nikogo oskarżać, ale przebaczać i manifestować owo przebaczenie. Każde doświadczenie cierpienia trzeba oddać Bogu na zbawienie świata. Trzeba przebaczać winowajcom i oddawać ich Bogu, aby ich przemieniał w lepszych ludzi.

(11)

Cierpienie jest zjawiskiem ogarniającym całość egzystencji, to brak gruntu potrzebnego do życia, poczucie zatracenia. Dotyka ono zwłaszcza sfery świadomości. Ból polega na skupieniu uwagi na jednym punkcie i unieczynnieniu jej w ten sposób.

(12)

Piekło to brak Boga. Każdy niedobór doświadczenia Boga jest dotykiem piekła i cierpieniem. Człowiek nosi w sobie ten mistyczny ból, dopóki nie spocznie przy Bogu po śmierci. Ten ból jest ożywczy, gdyż kieruje świadomość ku Bogu i Jego dobru, a to umniejsza tęsknoty i łagodzi rozłąkę. Adorując Boga, odkrywamy nową duchową radość, która jest przezwyciężeniem tego bólu duszy.

(13)

Cierpienie stanowi pochodną grzechu. Jego rozdział na poszczególnych ludzi jako naznaczony brakiem ładu w świecie jest chaotyczny i przypadkowy. Nierzadko cierpią ludzie porządni, podczas gdy potworni mają się dobrze, choć nie ma to sensu. Faktycznie brak w tym logiki, gdyż ta została wyrzucona ze świata razem z Bogiem i Jego porządkiem. Panuje chaos, który sam w sobie jest bolesny. Także ból bytowania na tym oszalałym świecie udziela się poszczególnym osobom nierzadko w bardzo przypadkowy sposób. Doszukiwanie się sensu w chaosie może człowieka jedynie doprowadzić do obłędu.

2. Cierpienie naturalne

(1)

Bóg opisuje tworzenie człowieka jako pracę garncarza, który lepi go z gliny. Jest ona symbolem bezładnego tworzywa, któremu Stwórca dopiero nadaje kształt swoją siłą. To lepienie odbywa się przez całe życie człowieka. Z początku nieforemna masa zyskuje swoją ostateczną tożsamość, dookreśla się, wyostrza cechy. Garncarze muszą ściskać glinę, obcinać jej nadmiary. Bycie tą gliną nie jest zbytnio przyjemne. Nie ma innej drogi, żeby z szarej masy zrobić coś pięknego. To po prostu musi trochę boleć. Człowiecze dziecinne nadzieje, rozbuchane oczekiwania, naiwne wizje własnej wielkości poddawane są w życiu obróbce, co musi nieco sprawiać ból. Na koniec glinę wstawia się do ognia i wypala. Jeśli przetrwa i nie pęknie, zyska swój właściwy kształt. Życie po prostu trzeba przetrwać i nie bronić się przed rękami Stwórcy, ale doceniać Jego pracę.

Biblia używa nawet mocniejszego symbolu, mianowicie topienia złota w ogniu, aby je oczyścić. Pojawia się tu ta sama idea. Ważne, żeby umieć odpowiadać na ból wytrwaniem w wierze i przy Bogu. On nas poranił, On nas też uleczy, jak uczy prorok Ozeasz. Bóg i historia nie liczą się z człowiekiem, ludzie są tylko elementami ogromnej historii Wszechświata, w której pojedyncze osoby, a nawet narody, poddawane są różnym próbom na tym padole łez. Tak będzie aż do skończenia szóstego dnia stworzenia.

(2)

Według E. Voegelina (Świat polis) Heraklit przedstawiał Boga pod określeniem „Aion” jako bawiące się dziecko. Symbol ten ma zapewne pradawną historię orficką i kreteńską. Aion na swój niezrozumiały dla człowieka sposób kształtuje historię, losy ludzi i porządki na świecie. Jego miary tego, co dobre i sprawiedliwe, są inne niż ludzkie. Do tego symbolu bawiących się dzieci, a także do alegorii gracza przesuwającego w grze elementy zgodnie z sobie znanym porządkiem, co nieświadomemu człowiekowi jawi się jako zaburzenie, nawiązywał też Platon.

W Piśmie Świętym Bóg wyraża tę myśl prostą nauką:

„Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi” (Iz 55, 8–9).

Jeśliby człowiek był w stanie zrozumieć Boga, sam byłby bogiem. Jest w tym m.in. pycha człowieka, który stawia sobie niemoralne wręcz oczekiwanie, że uwierzy w Boga i pogodzi się z Nim, gdy ktoś mu wytłumaczy i wyjaśni to wszystko, czego nie rozumie w sprawach wiary. Żąda tego, żeby najpierw wszystko zrozumieć, a potem ewentualnie uwierzyć. Stawia swój mały rozumek pomiędzy sobą a Bogiem. Taki człowiek niczego nie zrozumie.

Brak rozumienia przynosi cierpienie, ale wyzwoleniem od niego nie jest stawianie barier między sobą a Bogiem, którego darem płynącym z duchowości są wglądy umożliwiające lepsze pojmowanie spraw Bożych. To są dary dla tych, którzy ich szukają, a nie dla tych, którzy oskarżają Boga, że ich nie posiedli. Tacy ludzie sami są sobie winni, że niczego nie rozumieją i podwójnie cierpią. Usiłowanie zrozumienia sensu cierpienia bez Boga jest jedynie wzmaganiem tego cierpienia w sobie.

(3)

„Człowiek rodzi się po to, aby przejść drogę krzyżową oczyszczenia swej skażonej grzechem natury. I niesie krzyż – znamię swej grzeszności. Krzyż będący skutkiem własnego egoizmu – zaślepienia egoizmem, szukającym ciągle siebie samego zamiast Boga. I idzie pod górę, ku swemu przeznaczeniu, by osiągnąć obiecane mu uwolnienie – o ile idzie za głosem Boga. Wysiłku to wymaga i zaparcia się swojej egoistycznej natury. A im wyżej, wysiłek musi być większy, bo oczyszczenie jest głębsze, sięgające coraz bardziej jądra duszy zranionej grzechem.

Śmierć egoizmu – który jest krzyżem człowieka – uwalnia od tego, co św. Paweł nazwał cielesnością. Wtedy jest dopiero zdjęcie z krzyża, gdy wszystko, co cielesne, jest martwe. Gdy nie ma już żadnych pragnień dotyczących siebie samego, a gdy jest tylko pragnienie Boga, obejmujące cały świat. Zdjęcie z krzyża w ramiona Matki, która jest Matką czuwającą przy człowieku w jego pielgrzymce do nieba, i ostateczne uwolnienie od tego, co cielesne, co przychodzi od grzesznej natury i czego ona pożąda od świata.

Powrót do świata, by zbawiać, obdarowując Bogiem – Miłością, z którym stanowi się Jedno. I to jest już Zmartwychwstanie – XV Stacja. A raczej pierwsza Nowej Drogi, która już nie jest Drogą Krzyżową, ale drogą Wolności w Zmartwychwstaniu z Chrystusem” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej; A. Lenczewska, Słowo pouczenia, wt. 19 III 91. g. 8:45, podczas XIII Stacji Drogi Krzyżowej).

(4)

Życie jest stopniowym umieraniem. Nasz krzyż zaczyna się z naszym poczęciem. Człowiek rodzi się, aby na końcu umrzeć. Świat wokół nas i my na nim jesteśmy tworzeni, zostaniemy zniszczeni, odrodzimy się dla chwały jako Nowe Stworzenie.

Żyjemy w czasie, podlegamy zmianom, wraz z każdym oddechem rodzimy się na nowo i umieramy, po czym znowu rodzimy. Zmienność pociąga za sobą zakończenia, umieranie jest w naturze istnienia w czasie. Coś się zaczyna, a potem kończy. Musimy się na to godzić, walka z tym nic nie daje. Niebyt jest dla bytu wyznacznikiem istoty i formy, opisuje granice. Byty nie są bezgraniczne, bezgraniczna jest nicość. Byt może być tylko jakiś, ograniczony, opisany, z wyraźnymi granicami, poza którymi go nie ma. Także w czasie. To jest część rzeczywistości rajskiej, Bożej. Przemijanie jest podstawową własnością rzeczy tego świata.

Dawanie życia ma w sobie coś z umierania, a umieranie coś z dawania życia. Bóg w jakiś niepojęty sposób umarł dla człowieka już w chwili stworzenia, czego potwierdzeniem jest krzyż zbawienia. W ogóle twórcza działalność ma sobie coś z umierania, które stanowi zarazem spełnienie. Twórcza ekstaza rodzi nowe dzieło, w które twórca przelewa fragment siebie. Tworząc, spełnia się i zarazem umiera. Spełnienie się jest rodzajem umierania, bo jakaś część twórcy została wykorzystana, wypełniła się. Chrystus na krzyżu wypowiada znamienne Consumatum est, przez co potwierdza, że wraz z Jego śmiercią dokonało się ostatecznie coś ważnego. Zwykła śmierć ciała powinna więc być przyjmowana spokojnie, jak kolejny dzień życia, tyle że ostatni.

(5)

Czasem rodzic daje dziecku klapsa, żeby się opamiętało, obudziło. W ten sposób wyrywa je z zaślepienia niewłaściwą aktywnością, przywołuje do myślenia, świadomości, przerywa zło. Przyzywa do spojrzenia na siebie. Podobnie jest z Bogiem, który w przypadku braku zainteresowania Nim, potrafi zwrócić na siebie uwagę jakimś nieszczęściem. Wiara i ascetyczne podejście do spraw ziemskich znakomicie zmniejszają prawdopodobieństwo takiego obrotu rzeczy.

3. Cierpienie – brak Boga

(1)

Skrótowo podsumujmy naukę o naszym postępowaniu. Człowiek jest szybą, przez którą ma przeświecać światło Boże, musi być zatem transparentny, tzn. że wszystko to, co dobrego czyni człowiek, wynika z działania Bożego, z Bożego poruszenia, natchnienia lub pouczenia (np. poprzez naukę o mądrości, prawie, miłości). Wygląda na to, że dobro, jakie otrzymujemy od ludzi, w istocie pochodzi od Boga, a człowiek jest jego przekazicielem, a nie zasadniczym autorem. Widzimy to w metaforze winnego krzewu, w nakazie wypełniania woli Ojca, a także wtedy, gdy Chrystus tłumaczy, że ci, którzy w Niego uwierzyli, uczynili to, gdyż Ojciec im to objawił. Bóg jest więc w dobru znacznie bliżej człowieka, niż to sobie zazwyczaj uświadamiamy, szczególnie, jeśli mowa o ludziach tej epoki, przyzwyczajonych do myślenia o samych sobie jako o izolowanych, absolutnie autonomicznych, zamkniętych i wyobcowanych istotach, zakończonych, doskonałych. Tak jednak nie jest. Żyjemy według natchnień, co do których wiemy, że mogą pochodzić od Boga, od samego siebie (emocje, oczekiwania, nadzieje) lub od mocy zła.

Bez ustanku wmawia się nam „wolność”, która jest opętaniem własną fizjologią i „odczuciami”, chociaż ludzie tej epoki nie rozumieją, skąd biorą się w nich te odczucia. Samowystarczalność ludzi jest więc kłamstwem i okaleczeniem człowieka, który staje się nim dopiero we wspólnocie z Bogiem i innymi ludźmi. Tymczasem najlepsze, czym człowiek może się stać, to (lubię ten obraz) rękawiczka na ręce Boga.

Cierpienie jest brakiem Boga. Gdy ktoś krzywdzi innych czy choćby siebie, nie ma w jego działaniu Boga, i to nas boli. Pewne uzdrowienie tej sytuacji przynosi nam przebaczenie. Lecząc swoje rany, musimy wybaczyć też Bogu, choć nie ponosi On żadnej winy. To jest proces powściągnięcia chęci odwetu wobec Boga w związku z uświadomieniem sobie, że krzywdzący nas ludzie nie byli Mu wierni. To zatem nie Jego wina, że grzeszyli. Odruchowo za jakiekolwiek niedobory dobra od razu winimy Boga. Uzdrowienie płynie ze zrozumienia, że w chwili, gdy człowiek krzywdzi, Bóg go ciągle kocha, ale człowiek w swoim upadku tej miłości nie przekazuje. Uświadomienie sobie tego faktu leczy rany w duszy, przywraca do miłości Boga.

W niebie zbawieni nie będą już w żaden sposób cierpieć, bo będą bezpośrednio obcować z Bogiem. Będą doznawać pełni obecności Boga, więc tam nie doświadczą żadnego bólu. Wiele osób poszukuje mistyki, relacji twarzą w twarz z Bogiem, czeka na jakieś bliżej nieokreślone wizje itp. Tymczasem wszyscy jesteśmy mistyczni, a ta Boska siła działa na nas i przez nas. Wypatrujemy jej wokół siebie, a ona jest wewnątrz nas. Popycha nas „od tyłu” i to z nią powinniśmy się jak najściślej zjednoczyć, a nie jakoś nadmiernie poszukiwać mistycznych ekstaz i uniesień, choć i te się zdarzają jako nadzwyczajne pocieszenie. Prowadzenie Boże nigdy nas nie opuszcza. Wiedząc to, rozumiemy, że w żadnej chwili życia nie jesteśmy sami i możemy uczestniczyć w mistycznym zjednoczeniu z Bogiem, po prostu dobrze żyjąc.

(2)

Bóg działa przez ludzi. Nasze zranienia polegają też na tym, że oczekujemy od ludzi (także najbliższych, zwłaszcza rodziców), że przekażą nam wolę Bożą wobec nas (pożyteczną, owocną, korzystną) i będą ją wykonywać. Z tego względu, gdy grzeszą (czynią szkody), nasze myślenie i odczuwanie ulega dezintegracji. Grzesząc, informujemy, że Bóg jest zły, że to zło przekazane poprzez nieprawe czyny pochodzi właśnie od Niego. Z czasem dopiero zaczynamy sobie uświadamiać, że nasza krzywda nie wzięła się od Boga, ale od występnych ludzi. Zranienie polega na tym, że cierpi w nas miłość, gdyż kochamy rodziców i Boga. Winimy Boga, bo bardzo kochamy rodziców. Dziecko widzi w rodzicu samego Boga. Dzieci wręcz nie odróżniają Boga i rodzica. Krzywdziciel nie pozwala się kochać, bo prowokuje symetryczną reakcję na swój postępek, czyli wzajemną krzywdę z naszej strony. Tymczasem człowieka stworzono do kochania. Odrzucenie w krzywdzie od naturalnej miłości stanowi oddzielanie od własnego przeznaczenia bólem strzały chybiającej celu, strącaniem do piekła.

(3)

Cierpiąc, czujemy się samotni, nawet będąc wśród ludzi. Ból wyobcowuje. Jest to doświadczenie braku Boga, dlatego żaden człowiek nie zmniejszy tego doskwierającego doznania. Trzeba jednak pamiętać, że najbardziej samotny jest Bóg, a ból paradoksalnie nas do Niego upodabnia. Dlatego mówi się, że Bóg jest najbliżej właśnie wtedy, gdy cierpimy, choć tego wówczas nie czujemy.

(4)

Cierpienie jako odebranie nadziei na nagrodę od Boga

Natura cierpienia polega na niemożności wykorzystania własnej potencji do działania. Jest to ból, który działa na zasadzie nakręconej sprężyny, która ściśnięta nie doznaje rozprężenia. Inna metafora to napięta cięciwa łuku niezdolna do wystrzału. Chory człowiek leży w łóżku i nie jest aktywny. Nie realizujemy wtedy siebie, więc doskwiera nam lęk osądzenia jako nieczynnych. Ból skupia uwagę na sobie i uniemożliwia życie owocne w zasługi, ogranicza percepcję, zabija. Tracimy niejako nadzieję na skarby w wieczności, gdy nie możemy na nie zasługiwać.

Bolą nas też takie uczynki innych, które sprawiają, że nie możemy tych ludzi normalnie kochać, okazać im życzliwości. Zachowania te unieczynniają naszą dobroć, prowokując nas do odpłaty złem. Doznający tego człowiek walczy wewnętrznie, żeby nie oddać krzywdy, a ta walka jest jak choroba. W bólu zostajemy wyłączeni z normalnego życia, co sprawia, że Bóg nie może przez nas działać, przestajemy zatem być Jego „rękami”. Dlatego cierpienie człowieka to też skrępowanie mocy Boga, która nie może działać. To także jest czymś złym i bolesnym. Nieczynny, dotknięty śmiercią nie mogę okazać Bogu miłości przez dobre działanie wobec człowieka ani odwdzięczyć się Bogu. Wówczas boli nas własna niewdzięczność.

Kiedy czytamy, na czym polega ból piekielny, odnajdujemy to samo: ból naciągniętej cięciwy łuku, jak to dawniej opisywano. Nasze cierpienie jest więc uczestnictwem w kondycji piekła, sprowadzeniem piekła na ziemię. Piekło czyni nas złymi, coraz gorszymi. Im więcej cierpienia, tym większa pokusa, żeby ulec porządkowi piekła: nienawiści do siebie, bliźniego, Boga.

Demon to sama potencja, brak realizacji. To po ludzku przechwałki na temat tego, co to ja nie mogę, jaki jestem ważny albo co bym mógł, gdybym chciał. Szatan popisuje się swoją mocą, ale już jej nie może użyć, dlatego tak niesłychanie cierpi. Ta moc niejako pali go od wewnątrz. Niestety ludzie udzielili mu swojej władzy nad światem i dlatego zdolny jest dać upust swojej narosłej z bólu furii, w dziele zniszczenia dzieła Bożego i nienawiści do ludzi.

(5)

Na podstawie przedstawionych powyżej powodów możemy stwierdzić, że cierpieniem jest nuda sama w sobie. Bezczynność po prostu boli. Trudno to dziś uświadomić ludziom praktykującym na wiele wyrafinowanych sposobów (media, gry, internet) acedię (bezczynność, lenistwo), a jednak to prawda. Lenistwo boli, a wynikowo czyni złym i wrogim.

(6)

Symbol wszelkiego cierpienia to krzyż, w którym widzimy totalne skrępowanie, brak możliwości jakiegokolwiek ruchu. Zbawca dokonuje niemożliwego, sprzecznego z logiką, absurd cierpienia umieszcza na powrót w porządku służby i sensu. Bóg wchodzi w rzeczywistość bez Boga, jaką jest cierpienie, śmierć i piekło. W ten sposób powstaje na nie lekarstwo, a jest nim zbawienie.

4. Cierpienia wewnętrzne

(1)

Choroba to dotknięcie śmierci. Dokuczają nam też choroby wewnętrzne, mające związek z tym, że nosimy w sobie śmierć, piekło. Ból psychiczny potrafi być potworny. Pozostaje w mięśniach, w narządach wewnętrznych, osłabia ciało. Cierpienie przygina do ziemi, niewoli świadomość, otępia umysł, niszczy wrażliwość. Wina, także ta cudza, jest jak kamień na plecach. Od strony poznawczej ból to siłowe skupienie uwagi na jednej rzeczy, zawładnięcie uwagą. Z tego względu odwraca nas od chwili obecnej. Jest raną, która upośledza bieżące funkcjonowanie, osłabia. Jak kamień przyciąga uwagę ku sprawom ziemskim, a odwraca wzrok od wymiaru niebieskiego, duchowego, od Boga. Krzywdziciel to niby-bóg, który przemocą przyciąga do siebie naszą uwagę. Niewoli świadomość i uczuciowość. Ból przygniata do ziemi, czyni człowieka związanym wewnętrznie z sytuacjami ziemskimi. Cierpienie jest jednym z przywiązań do tego życia, materii, świata. Jeśli to tylko możliwe, trzeba przebaczać, uwalniać się z tych więzów, nie dać się zniewalać.

(2)

Wydaje się, że koszmar bólu nie przeminie, że będzie trwał wiecznie. Nieraz człowiek skrzywdzony sam swoim zachowaniem powoduje nawroty sytuacji, w których doznał krzywdy. To szczególnie perfidna forma urazu psychicznego. Ból przypomina w nim piekło wieczne, a ilustracją wieczności w czasie jest nawracanie tych samych schematów.

(3)

Cierpimy, samoograniczając siebie, wewnętrznie walcząc. Zło wywołuje w nas chaos wewnętrzny, odruch odwetu, wdrukowuje zły wzorzec zachowania. Nieprzepracowane duchowo cierpienie może być osadzeniem w piekle na różne sposoby. Bóg uczy, żeby oddać zemstę Bogu („do mnie należy zemsta”), ofiarować Mu swoje krzywdy. To nie czyni bezradnym, ale rozrywa moc zła. Bez tego trwa w nas walka, chore emocje ciągną do złego, nasza wola zmaga się z nimi, przez co postępuje rozdarcie wewnętrzne.

Trzeba oddać krzywdzących Bogu, zarówno jeśli chodzi o zemstę, jak i ich zbawienie. Przebaczenie jest zatrzymaniem procesu przekazywania krzywdy i złego programu (prawa!) na następnych ludzi. Daruje się nie tyle komuś, co samemu sobie: „daruję sobie złość, odwet, szkodzenie, rezygnuję z tego mimo chęci”. Wtedy daruję także krzywdzicielowi to, co mi odebrał: radość, wdzięczność Bogu, przyjemność. W ten sposób oczyszczam się z wpływu cierpienia i zła, przestaję być jego niewolnikiem i powracam do wolnego życia.

(4)

W naszych hedonistycznych czasach wśród ludzi przewrażliwionych na własnym punkcie samo wywołanie tematu cierpienia budzi sprzeciw. Paradoksalnie dziś ludzie cierpią podwójnie, znacznie bardziej niż w innych epokach, gdyż ich ból potęguje pewien rodzaj wstydu, że nie jest się pogrążonym w rozkoszy zgodnie z tegoczesną normą obyczajową. Ból, kalectwo, cierpienie są w tych chorych czasach wypychane ze świadomości. Jak kiedyś rodzice próbowali uchronić księcia Gautamę Siddhartę od doświadczenia zła i cierpienia, tak dziś niemal wszyscy usiłują wyprzeć ze świadomości występowanie takich rzeczy. W starożytności mieszkańcy miasta Sibaris, Sybaryci, słynęli z umiłowania luksusu i rozkoszy. Znana była anegdota, zgodnie z którą pewien Sybaryta po tym, jak ujrzał pierwszy raz w życiu robotników w pocie czoła budujących drogę, zmarł na zawał serca. W naszym czasie wszyscy usiłują być takimi Sybarytami. Głupie seriale typu Dynastia rozpowszechniły ideał wystrojonego próżniaka żyjącego dla przyjemności. Takie życie jest niemożliwe. Każdy musi nieść swój krzyż, stąd wszyscy jakieś mamy. Udawanie, że jest inaczej, jedynie dokłada bólu i rozczarowania.

(5)

Filozofie orientalne mają rozbudowane opisy cierpienia. Podkreśla się, że cierpienie bywa wywoływane nietrafnymi oczekiwaniami od życia. Fakty nie wpisują się w nasze pragnienia, przez co powstaje bolesny dysonans poznawczy. Pycha tworzy w umyśle nierealne wizje życia, które później są boleśnie weryfikowane. Zmniejszanie oczekiwań, weryfikacja własnych żądz uwalniają od części niepotrzebnego cierpienia i przywracają pokój wewnętrzny. Psychologia samoświadomości, ogarniania rozumem siebie i swoich przeżyć, dialog wewnętrzny – tych rzeczy uczymy się ze Wschodu.

(6)

Nasze czasy są chore na punkcie przyjemności. W innych epokach, w większym stopniu stawiających na powinność, prawość, dzielność, ludzie byli na pewno zdrowsi psychicznie. Ból był, ale nie zwracano na niego aż tyle uwagi. Dziś byle drobiazg urasta do rangi nieszczęścia. Ta epoka, na Zachodzie gloryfikująca wszelkie rozkosze, tak naprawdę jest zanurzona w otchłani cierpienia, z którym nie wie, co zrobić.

5. Krzyż

(1)

Cierpienie Boga

W Bogu nie ma cierpienia, gdy Go rozpatrujemy jako Absolut. Ten jednak zapragnął przekroczyć własną absolutność, więc stwarzając świat, wystawił się na spotkanie z człowiekiem ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bóg, rozpatrywany jako Stwórca i uczestnik życia na ziemi, doświadcza tego wszystkiego, co jest obecne na tym biednym świecie.

Chrystianizm adoruje Boga cierpiącego na krzyżu. Ta sytuacja przypomina moment, kiedy wchodzimy do pokoju, gdzie leży ktoś ciężko chory. Wtedy inne sprawy przestają się liczyć, stajemy się poważni, skupiamy się na nim, obejmujemy go współczuciem, próbujemy mu pomóc. Dokładnie tak samo winniśmy się zachowywać na świecie, którego Bóg cierpi. Trzeba spoważnieć i właściwie odnajdować się w tej sytuacji, bo jest naprawdę trudna.

(2)

Krzyż to podstawowa rzeczywistość wiary. Chrystus naucza o potrzebie przyjmowania swoich krzyży i pójściu za Nim. Jest to jedno z najprostszych streszczeń wiary.

(3)

Chrystus uczy nas, że do tego, aby rzeczywiście stać się chrześcijaninem, należy przyjąć swój krzyż, naśladując w tym samego Jezusa. Chrystus żył na świecie w warunkach uwłaczających Jego godności – był biednym rzemieślnikiem w dalekich krańcach Imperium Rzymskiego. Jako nauczyciel świata zaczął od ciężkiego postu, który zahartował go na dalsze cierpienia. Później, nauczając, stale zderzał się z niezrozumieniem zarówno ze strony tłumów, jak i najbliższych uczniów. Od początku usiłowano Go zamordować. Z czasem zamiar ten przybrał rozmiary zorganizowanej intrygi połączonej ze śledzeniem, próbami dyskredytowania w czasie publicznego nauczania złośliwymi pytaniami i komentarzami. W końcu zdradziecko pojmano Go w nocy, podburzono przeciw Niemu tłum jerozolimski, znieważano, bito, torturowano, zmuszono do przejścia Drogi Krzyżowej, w końcu zadręczono na krzyżu. Ten proces krzyżowania rozpoczął się jeszcze przed Jego urodzeniem, kiedy Matka Boża w połogu została przegnana od siedzib ludzkich do stajni.

(4)

Prawdziwa duchowość ma wymiar paschalny, a pascha to przejście. Pascha w Egipcie to było wyjście z ziemi niewoli do ziemi obiecanej. Z kolei pascha Chrystusa to przejście przez krzyż i piekło do nieba. Pascha chrześcijanina to przejście od zniewolenia światem i ciałem z ich grzesznymi przywiązaniami do swobody dobrego duchowego życia w jedności, czyli w komunii z Bogiem.

(5)

Trzeba przyjąć swój krzyż, czyli cierpienie, jakie przytrafia się nam w życiu. Chrystus uczy nas, że do tego, aby rzeczywiście stać się chrześcijaninem, należy najpierw, jak nasz Pan, wziąć swój krzyż. Rozważając tajemnicę krzyża, nie sposób nie zauważyć, że są jakby dwa jego rodzaje, co najlepiej można zauważyć oczywiście na… Golgocie.

Pierwszy krzyż należy do złoczyńcy. Oto przez ręce ludzkie ujawniła się sprawiedliwość Boga, którego pragnieniem jest, żeby zbrodniarz został ukarany. Łotrzy otrzymują więc krzyże jako zapłatę za swoje uczynki. Takie kary mogą i nam wymierzyć dziś inni ludzie, możemy je też otrzymać od rzeczywistości w postaci złego losu za swoje uczynki. Będą to kary wychowawcze, otrzeźwiające ze snu pychy.

Drugi krzyż to kara dla niewinnego – tak właśnie cierpi Jezus. Pismo nieraz mówi, że Bóg krótko trzyma tych, których kocha: „pasie swój lud rózgą żelazną”, „w ogniu oczyszcza srebro”. Sam Wcielony Bóg też tego doświadczył. Nałożono na Niego karę, ale bezpodstawnie; cierpiał, jednak nie za swoje grzechy. Nawet z tej przeogromnej niesprawiedliwości był On w stanie uczynić pożytek dla dobra innych. Podjął akt największego heroizmu – przyjął tę najsurowszą karę męczeństwa i ofiarował ją za cudze grzechy. Nie przeklinał swoich prześladowców za ich grzech, ale uczynił z tej sytuacji jeszcze jeden w swoim życiu akt miłosierdzia wobec innych.

Mamy więc na Golgocie dwa rodzaje krzyży, choć oczywiście sam ból fizyczny okazuje się ten sam. Ból psychiczny i moralny Chrystusa był niewyobrażalny, wszak nie nosił On na sobie pierworodnej winy, a w życiu nigdy nie przekroczył Prawa.

(6)

Chrystus miał dwóch towarzyszy ukrzyżowania i to oni właśnie są najlepszą ilustracją dwu możliwych postaw wobec krzyża. Pierwszy to tzw. dobry łotr, jest zbrodniarzem i doskonale o tym wie, nie wypiera się tego. Poznawszy swoją winę, zaczyna pojmować ogrom bólu Niewinnego. Z tego powodu na początku własnej agonii jest jeszcze w stanie współczuć bardziej cierpiącemu i bronić Go przed szyderstwem złego łotra.

Dobry łotr tak naprawdę odkrywa przed nami największą tajemnicę chrześcijaństwa. Uznanie własnych win i przyjęcie kar, jakie na nas spływają, jest jedyną ochroną naszego człowieczeństwa, tzn. zdolności do współczucia i miłości.

Chrystus naucza poprzez swoją postawę i Nowe Przymierze. Dodaje zakończenie do nauki o zachowaniu pokoju wewnętrznego i empatii. Uzupełnia Stary Testament, a szczególnie Księgę Hioba o treść obecną też wcześniej, ale nigdy niewypowiedzianą w pełni, zgodnie z którą człowiek będący ofiarą niesprawiedliwej kary może wciąż czuć się kochany przez Boga i samemu kochać, zwłaszcza gdy zechce przyjąć krzyż i ofiarować go za cudze winy dla dobra innych. Wypowiedzeniu tej nauki służyły błogosławieństwa z Kazania na Górze, a świadectwem jej prawdziwości jest śmierć Sprawiedliwego na Wzgórzu Czaszki.

Istnieje jeszcze druga możliwa postawa wobec krzyża, bo na Golgocie znalazł się też zły łotr. Zasłużył on na swoją męczeńską śmierć. Znał prawo, lecz go nie przestrzegał, narażając się na wyrok. Złapany i osądzony otrzymał sprawiedliwą karę. Wciąż jednak nie przyznawał się do swojej winy, nawet przed samym sobą udawał niewinnego i niesłusznie skazanego, czyli udawał samego Chrystusa, jednak Nim nie będąc. Wyznawane kłamstwo sprowadziło na niego szaleństwo niekontrolowanej agresji. W odwecie za swoje niewinne cierpienia sam uderzył w Niewinnego. Nawet fakt, że Ten był towarzyszem jego niedoli, nie wzbudził cienia sympatii. Ostatnie chwile złego łotra wypełniało poszukiwanie obiektu zemsty za cierpienie, jakiego doznawał. Ile razy sami przeżywaliśmy taki stan – złość? Jak widać, lekarstwem na takie emocje może być przyjęcie postawy dobrego łotra, a w każdym razie – prawda.

Ktoś mógłby powiedzieć, że chodzi raczej o przyjęcie postawy Chrystusa – tak to się zazwyczaj wyraża. Jednak pomyślmy… Czy ja naprawdę jestem bez winy? Czy nigdy w sercu nawet nie przekroczyłem prawa ani Prawa? Odpowiedź brzmi: NIE! Nikt z nas w tych sprawach nie przypomina Jezusa. On jest raczej kierunkowskazem i szczytem nieosiągalnym nawet dla najświętszych. Znacznie bliżsi pozostajemy postawie dobrego łotra, który zna swoje grzechy i wie, że jakakolwiek kara, jaka na niego spadnie, będzie usprawiedliwiona, chociażby nawet tylko na skutek grzechu pierworodnego.

(7)

Krzyż to ból i bezradność. To związanie, zniewolenie przez innych, ubezwłasnowolnienie.

(8)

Gdy jeden człowiek robi krzywdę drugiemu, to jakby przenosi swój krzyż na tego drugiego. Sam zaznał gdzieś kiedyś bólu i nie przyjął go, dlatego w mechanizmie obronnym niejako zrzuca go na drugiego.

Tworzy się łańcuch zła. Kto to sobie uświadomi i przyjmie krzyż, nie przekazuje już go dalej. Przerywa łańcuch zemsty i krzywdy. Bierze krzyż na siebie, staje się tym ostatnim, który nie chce już niczyjej krzywdy.

W tym mechanizmie przekazywania zło nam się narzuca. Dobra pokuta to trwanie sercem przy Bogu w oddzieleniu od napierającego na nas zła ze świata.

(9)

Bóg daje nam krzyże możliwe dla nas do uniesienia, razem z nimi ofiaruje nam siły. Trzeba się do Niego zwracać o nie, gdy nam ich brakuje.

(10)

Problem cierpienia opisuje tajemnica krzyża. Nie da się go wyjaśnić, bo cierpienie jest z definicji absurdalne, niepotrzebne. Chrystus uczy nas, żeby nie przekazywać go dalej, nie mścić się, nie kompensować swojego bólu cierpieniem innych. To wielka lekcja zwycięstwa nad złem, które domaga się w człowieku odwetu, przedłużenia łańcucha krzywdy. Chrystus nad tą potęgą zła potrafi zapanować i jej nie ulega. W ten sposób zwycięża świat, zepsucie ciała i władzę demona.

(11)

Cierpienie trzeba oddać Bogu jako udział w Jego krzyżu na pożytek innych ludzi i Boga. Tak pokonuje się absurd cierpienia, bo czynimy go użytecznym przy całym jego okropieństwie. Krzyż to obcowanie z krzywdą, złem, piekłem na ziemi, czyli bolesnym wpływem piekła na nas w postaci grzechu i jego skutków. Wynika z tego, że krzyż jako doświadczenie piekła jest doświadczeniem braku Boga. Następuje tu cud: ofiarując swoje cierpienie powstałe na skutek cudzego grzechu, przywracamy do tej sytuacji Boga, dobrem pokonujemy zło.

(12)

Nie należy czerpać satysfakcji z faktu własnego lub czyjegokolwiek cierpienia. Nieliczni popadają w poczucie wyższości z racji swojego ciężkiego losu. Cierpienie bierze swój początek w grzechu, a grzech nie służy człowiekowi, lecz go upadla. Ludzie czerpią satysfakcję ze swojego bólu, a co za tym idzie – z grzechu poprzez użalanie się i litowanie nad sobą, niekiedy pogardę i złość wobec innych, według nich mniej cierpiących. Cierpienia trzeba się wyrzec jako czegoś, co w życiu przeszkadza. Doraźnie należy je jednak oddawać Bogu, aby nie zatrzymywać go dla siebie. Ból i choroby nie mogą być wymówką od życia i wszelkich zobowiązań.

(13)

Kolejny biblijny przykład na dwa podejścia do cierpienia stanowią Jezus i Judasz. Cierpienie Jezusa przyszło na Niego za darmo, było niechciane i otrzymane od innych, niezasłużone, niewinne. Drugie to cierpienie psychiczne Judasza, które pojawia się w odpowiedzi na zbrodnię. Grzesznik samodzielnie je na siebie sprowadził (sam wiedział, czego szuka i do czego dąży), zadał je samemu sobie. W tym przypadku ostateczną ucieczką od cierpienia było samobójstwo. Judasz nie powinien uciekać od swojego cierpienia, ale świadomie je przeżyć, uświadomić sobie, co rzeczywiści zrobił i szukać drogi wyjścia z tej sytuacji.

Cierpiący jak Judasz, a należy pamiętać, że wszyscy jesteśmy po trochu Judaszami, często szukają ucieczki (TV, pracoholizm, różne tzw. nieszkodliwe odchyły), znieczulenia (alkohol, narkotyki) lub taniej pociechy (obżarstwo, erotomania). Dopiero zrozumienie, że Bóg dzięki Chrystusowi może nam przebaczyć, daje szansę wyjścia z depresji. To także wszelkie mechanizmy obronne i formy psychicznej kompensacji, które wynikowo stanowią różne formy samobójstwa „na raty”.

Cierpienie trzeba przyjąć, przeżyć, należy po prostu „przyjąć krzyż”. Żadne prawdziwe ucieczki od niego nie istnieją.

(14)

Trzeba ukrzyżować swoją pychę, wolę i moc grzechu, zepsucie swojego serca. To dobry krzyż, życiodajny. Nawrócenie ma wymiar umierania.

(15)

Odbiciem drogi życia ludzkiego jest nabożeństwo drogi krzyżowej. Rozważamy w nim kilkanaście zdarzeń z Paschy Chrystusa. Uczymy się żyć dzięki Jego przykładowi pomimo trudnych zdarzeń, krzyży, swojego życia, zachowując godność, zdolność i gotowość kochania, świętość. To także proces nawrócenia, gdy możemy przeżyć na nowo swoją przeszłość i powrócić do świętości, nawet jeśli wcześniej krzyże sprawiły, że upadaliśmy. Ogólnie nabożeństwa Wielkiego Postu w obrządku katolickim przeznaczone są dla corocznego nawracania się i odradzania wraz z odradzającą się przyrodą. Tradycyjnie wierni rozważają i odnoszą do siebie poniższe wydarzenia, a zarazem adorują Chrystusa w Jego zachowaniu świętości w tych doświadczeniach:

1. Pan Jezus na śmierć skazany.

2. Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona.

3. Pierwszy upadek Pana Jezusa.

4. Pan Jezus spotyka swą matkę.

5. Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi.

6. Święta Weronika ociera twarz Pana Jezusa.

7. Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi.

8. Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty.

9. Trzeci upadek Pana Jezusa.

10. Pan Jezus z szat obnażony.

11. Pan Jezus przybity do krzyża.

12. Pan Jezus umiera na krzyżu.

13. Pan Jezus zdjęty z krzyża.

14. Pan Jezus złożony do grobu.

(16)

„Dziecko Moje, pójdź ze Mną. Droga, którą pójdziesz przez świat ze Mną[,] jest zawsze drogą krzyżową. Bo cały świat jest krzyżem i golgotą, którą ludzie wybrali z własnej wolnej woli.

I Ja przyszedłem na tą golgotę i na ten krzyż, by go z nimi dzielić i w ten sposób ratować.

I potrzebuję pomocników – oddanych i posłusznych, którzy nie utrudniają Mi tej wędrówki przez świat. Nie oglądają się na siebie i na błyskotki Szatana, ale w trudzie i znoju rodzą Moją miłość tam, gdzie są.

Nie oglądaj się na swoje rany – Ja je wyleczę. Ja już je wyleczyłem wtedy, gdy Mnie bili, poniżali, obdzierali z Mojej ludzkiej godności, oskarżali i zadawali śmierć Mojemu ciału.

Ja wtedy wyleczyłem wszelki twój ból ciała i duszy” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej; A. Lenczewska, Świadectwo, 607, pt. 31 VII 87, g. 9:50).

(17)

Chrystus umarł, aby nas uwolnić z władzy grzechu. Winniśmy pozwolić, aby nasze grzechy umarły dzięki tej śmierci, straciły moc władzy nad nami. Trzeba umrzeć dla grzechu – zmienić sposób życia.

(18)

„Tymczasem ja dla Prawa umarłem przez Prawo, aby żyć dla Boga: razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża” (Ga 2, 19). Te słowa św. Pawła wprowadzają nas w medytację krzyża uwalniającą funkcję śmierci na krzyżu jako wyzwolenia do życia z Bogiem.

(19)

Niektóre krzyże dostajemy za nic. Niektóre są naszą własną produkcją, która bierze się z tego, że krzyżujemy innych, jesteśmy twórcami drogi krzyżowej dla nich, a wynikowo dla samych siebie, gdy:

• nie słuchamy mądrości Boga i nie widzimy Jego obecności, jesteśmy na nią obojętni,

• zdradzamy tych, którzy na nas liczą, na naszą miłość,

• milczymy wobec krzyku oszalałego świata albo krzyczymy wraz z nim przeciwko ludziom,

• jesteśmy obojętni wobec krzywdy innych,

• obmawiamy innych, kierujemy na nich agresję,

• osądzamy i skazujemy bez powodu jak Piłat złym słowem,

• dręczymy jak zwyrodniali kaci, z przyjemnością zadajemy innym ból,

• jesteśmy posłuszni złym ludziom i krzywdzimy innych według ich woli,

• wyśmiewamy cierpiących, szydzimy z niewinnych,

• wobec bólu odurzamy się i podsuwamy odurzenie innym,

• opuszczamy biednego i cierpiącego człowieka.

Jak wiele razy to robiliśmy, krzyżując innych i ściągając krzyże na samych siebie. Trzeba do tego wracać i żałować, czynić pokutę, zadośćuczynić dobrocią i modlitwą.

To medytacja drogi krzyżowej, w której identyfikuję się w swojej historii ze sprawcami bólu drugiego człowieka. Historia Chrystusa pełna jest typowych postaw ludzkiego zła i grzechu, jakimi był otoczony. Przywołujemy obrazy z Jego historii, aby odnajdywać w swoich losach podobieństwa do nich i uwalniać się od tego na drodze żalu za grzechy i wewnętrzne dozwolenie na zło.

(20)

„Dlatego te próby, ten krzyż, upadania i dźwigania się.

Ja też niosłem krzyż i były wyboje[,] i było pod górę[,] i upadałem, i trudno Mi było się podnosić.

Czy rozumiesz, że to była i to jest twoja ludzka droga krzyżowa?

Chciej jednak iść. Mobilizuj wszystkie siły i idź na swoją golgotę: do śmierci twojej cielesności, twojego «ja», twojego egoizmu, pychy…

To jest ból twojego umierania. Ale przecież wiesz, co jest na końcu. A zatem cóż znaczy to wszystko, co jest teraz, wobec narodzin nowego człowieka w tobie, wobec zmartwychwstania twojej duszy w zjednoczeniu ze Mną.

Potrzebny jest wysiłek twojej woli, bo to jest miara twego zmartwychwstania” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej; A. Lenczewska, Świadectwo, 144, śr. 23 VII 86, g. 15).

(21)

„To był szaman z eskimoskiego plemienia Karibu w północnej Kanadzie – odrzekł Campbell. – Ten facet powiedział eskimoskim gościom, że jedyna prawdziwa mądrość bytuje z dala od ludzi, w wielkiej samotności, i że można do niej dotrzeć tylko poprzez cierpienie. Tylko wyrzeczenie i cierpienie otwierają umysł na wszystko, co dla innych jest ukryte” (J. Campbell, Potęga mitu, Kraków 2019, s. 9).

(22)

Śmierć jest bramą do wieczności, narodzinami duchowymi. Ból i cierpienie są objawami obecności śmierci, jej jakby dawkami, porcjami. Obcowanie ze śmiercią stanowi stały element duchowości. Jak uczy Pismo, stworzenie cierpi bóle rodzenia. To bycie rodzonym jest bolesne i napawa strachem, a jednak dzięki próbom krzyża człowiek odkrywa własną tożsamość, dorasta, nabiera pewnej szlachetności i mocy. W niektórych objawieniach prywatnych wprost nazywa się krzyż darem od Boga i gdy jest przeżywany duchowo, to staje się najpełniejszym zjednoczeniem z Bogiem, wejściem w komunię z Nim. Na wiele sposobów możemy naśladować Chrystusa, a co za tym idzie – zespalać się z Nim duchowo. Tym ostatecznym zjednoczeniem jest właśnie krzyż.

(23)

Chrystus ratuje ludzi i nasz świat przez swoją ofiarę. Gdy Go naśladujemy i przyjmujemy swoje krzyże, pomagamy Mu w tym. Niosąc krzyż, Chrystus bierze na siebie cały świat. Podobnie my, przyjmując krzyże, dźwigamy na sobie ciężar świata. To zaszczytna służba. Gdy oddajemy krzyż Bogu jak Pan Jezus, ofiara ta służy także innym ludziom dla ich wybawienia. Zgromadzenie wiernych (Ecclesia) uczestniczy w życiu i dziele Chrystusa jako Jego Ciało obecne na ziemi. Tym sposobem stajemy się ofiarnikami i w nikłym, ale jednak zauważalnym stopniu zaczynamy być współodkupicielami, zwłaszcza jeśli chodzi o winy doczesne swoje i innych. Nasza nauczycielka duchowości, Matka Boża, pierwsza tego doświadczyła w największym stopniu.

Wielu świętych cierpiało z dopuszczenia Bożego nawet rany Chrystusowe (stygmaty), które zostały im udzielone w cudowny sposób. Podobnie asceza jest dobrowolną ofiarą ratującą duszę własną, a ofiarowana za innych – także tych osób.

Pismo uczy, abyśmy brali ciężary życiowe, krzyże jeden za drugiego. Chrystus przyjmuje na siebie grzech, ale pozostają winy doczesne, skutki grzechu, z których pochodzi potrzeba pokuty za innych. W chrześcijaństwie każda nasza modlitwa jest za innych, zawsze niemal wypowiadamy je w liczbie mnogiej, nawet modląc się samotnie. W ten sposób modlimy się o miłosierdzie dla nas i całego świata, za tych, co się nie modlą, i za najgorszych grzeszników – za wszystkich. To jest permanentne współodkupicielstwo.

Ojciec Pio mawiał, że za dusze trzeba płacić, i przyjmował ogromne cierpienie stygmatów i innych dolegliwości, a nawet fizycznych ataków złego ducha. Kościół od zawsze zachęca do brania krzyży za innych. Zdaje się, że typem biblijnym, który przyjmuje taką postawę, stał się Szymon z Cyreny. Jesteśmy w Chrystusie, będąc chrześcijanami, a co za tym idzie – dzielimy na swoją mikroskopijną skalę Jego los i Jego dzieło.

(24)

Mistyka ma zawsze wymiar krzyża. Wielu mistyków było stygmatykami, czyli towarzyszyli Bogu w bólu krzyża bardzo namacalnie, poprzez cudowne rany w miejscu zranień Chrystusa. Mistyka jest zatraceniem się w Bogu, zatraceniem ego i woli, oraz otwarciem na doświadczenie Drugiego i posłuszeństwo Bogu.

(25)

Podobne skutki niesie ze sobą asceza, czyli ćwiczenie się w duchowości, dochodzenie do świętości. Pierwsi bohaterowie wiary w Chrystusa to byli męczennicy za wiarę, jacy cierpieli i ginęli w prześladowaniach ze strony władz Imperium Rzymskiego. Po trzystu latach zaprzestano jednak prześladowań i ludzie duchowi uświadomili sobie, że męczeństwo miało wymiar oczyszczający. Z tego powodu praktykowali ascezę, czasem bardzo wymagającą, aby poprzez nią dochodzić do świętości. Wyrzeczenie się normalnego życia, przyjemności, umartwienie mają wymiar dobrowolnego wchodzenia w rzeczywistość śmierci dla świata, a narodzin dla nieba. Tak narodził się ruch pustelniczy, z czasem klasztorny, niestety obecnie w chrześcijaństwie niemal nieobecny, zapomniany, wymierający.

(26)

Umieranie dla świata w duchowości to narodziny do wiecznej miłości i szczęścia. To jak w symbolu stosowanym od tysiącleci przez ludzi duchowych z kręgu gnostyckiego, czyli w symbolu motyla. Gąsienica pełzająca po ziemi i łapczywie wszystko pożerająca wydaje się nam obrzydliwa, ale gdy pozwoli sobie umrzeć w kokonie i przemienić się, wzleci później jako najpiękniejszy motyl. Tak jest i z naszym życiem, i umieraniem. Im więcej umrzemy w praktyce duchowej dla świata, tym lepiej zobaczymy niebo.

(27)

Umrzeć dla świata to pozwolić, aby umarła fałszywa twarz („gęba” u Gombrowicza), którą przyprawili nam ludzie i uwarunkowania światowe. Dajmy na to, że rodzisz się na trudnym blokowisku, wokół ciebie świat młodocianych chuliganów, drobnych opryszków, prymitywni ludzie, często agresywni i zdegenerowani. Stajesz się jednym z nich w sercu, to twój punkt odniesienia, nosisz w sobie to piętno pochodzenia. Środowisko wyciska na nas różne ślady. Doświadczenia są dobre, gdy nas hartują w dobru. Niestety nieraz zamiast tego popadamy w zło. Rodzina i otoczenie przyprawiają nam fałszywą światową tożsamość, fałszywą twarz, złe ego.

Duchowe rozważanie tajemnicy krzyża i narodzin dla Boga jest śmiercią fałszywej twarzy, sztucznej tożsamości. To sięganie dalej i wcześniej niż narodziny z mamy, wzrastanie w rodzinie i środowisku. To śmierć tego wpływu i otwarcie się na świadomość, że jestem z innego miejsca, że pochodzę z nieba. To wspaniała wiadomość, najcudowniejsze wyzwolenie. Śmierć, która jest narodzeniem.

(28)

„Co do mnie, nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata” (Ga 6, 14).