CZĘŚĆ II · ROZDZIAŁ 22

Dobro i zło

KONRAD TOMASZ

1. Dobro i zło

(1)

Niektóre uczynki człowieka nazywamy dobrymi, drugie złymi. Dziedzina wiedzy, która zajmuje się tą problematyką, to moralność, etyka, aksjologia. Zwykle sądy tej kwestii wydajemy według sumienia, czyli wewnętrznego zmysłu sprawiedliwości.

(2)

Niewielu dziś myśli o tych sprawach, żyjemy w czasach nieprawości. Jeślibyśmy chcieli zdefiniować te pojęcia, to powiedzielibyśmy, że dobre jest to, co pociąga za sobą dobre, korzystne dla mnie skutki, zło działa przeciwnie – wywołuje wynikowo stratę. Dobrze jest pracować i mieć na chleb, z kolei źle – robić sobie krzywdę. Co jednak sprawia, że kradzież bywa postrzegana jako zła, skoro w danej chwili zyskuję ukradzioną rzecz? Tutaj nie ma materialnych wyjaśnień, ewentualnie jakieś neuropsychologiczne tłumaczenia, oparte na odnajdywaniu w mózgu ośrodków moralności i empatii.

Wyjaśnienie przynosi wiara. To Boże prawa powodują tę ostateczną korzyść lub stratę. Zasługi dla Boga pociągają za sobą Jego dobrą odpłatę, a uczynki Mu przeciwne (zasługujące się wrogiej Jemu sile, Demonowi), czyli winy, w ostatecznym rozrachunku powodują złe skutki. Moralność nie istnieje bez Boga, co zresztą widzimy w obecnym bezbożnym świecie. Moralność staje się użytecznym narzędziem do szantażu moralnego, wywoływania fałszywej winy w celu sterowania ludźmi przez złych demiurgów współczesności. Bez Boga przestaje zatem istnieć, a staje się zabawką złoczyńców.

W języku polskim słowo „dobra” oznacza po prostu składniki majątku. Chrystus uczy o gromadzeniu dóbr w niebie zamiast majątków na ziemi. Ma na myśli oczywiście zasługi dla Boga wynikające z właściwego postępowania. Uczynek, który pomnaża te dobra, jest dobry, a ujmujący ich – zły. Na podstawie dobrych i złych uczynków stworzono abstrakcyjne pojęcia dobra i zła. Potem zaczęto tych terminów używać różnie, nie zawsze mądrze, dlatego trzeba powracać do poprawności myślenia.

(3)

Czyniąc dobro, „gromadzimy skarby w niebie”, a to po prostu Boża wdzięczność. Widać to w obrazie Sądu Ostatecznego, kiedy Bóg odda człowiekowi to, co sam dawał innym. Podobnie, niestety, ma się rzecz z krzywdami, które sprawca wyrządził, także one wrócą do niego na sądzie.

Każdy ludzki uczynek oddziałuje na Boga, który jako Logos przenika Wszechświat i ludzi. Dobrze czyniąc ludziom, dobrze czynimy też Bogu, a ostatecznie odbierzemy to w niebie. Podobnie jest z dawaniem zła i wyrządzaniem krzywdy.

Każdy grzech powoduje jakąś krzywdę u człowieka, choćby dotyczącą tylko jego samego, narusza też ogólną harmonię Kosmosu zapisaną w Logosie, jest atakiem na samego Boga. Ten z kolei związany ze swoim światem w sposób absolutny odczuwa nasze dobro i zło.

(4)

Dobro i zło to dwie wartości moralne, za pomocą których określamy nasze czyny. Ich zrozumienie jest podstawą refleksji nad sobą i swoim życiem w kategoriach wieczności i życia duchowego. Do takiego życia zostaliśmy powołani już tu na ziemi. Jest ono dla nas przygotowaniem na spotkanie Boga na sądzie wiecznym, na którym zostaniemy rozliczeni z naszego dobra i zła.

Współczesny świat podchodzi często do spraw dobra i zła z pogardą lub zafałszowaniem. Świat zna Jezusa i Jego posłanie przynajmniej w zarysie, lecz wyrzeka się uczestnictwa w ewangelicznym oczekiwaniu na przyjęcie Bożego Słowa zstępującego do swojej własności poprzez życie oparte na Ewangelii. Dlaczego? Są różne powody, istnieje przykładowo pewien silny, a nieuświadomiony strach przed przyjęciem na siebie odpowiedzialności za swoje życie, postępki, a przecież jest to konieczne dla rzeczywistego żalu za grzechy. Stanowi on jedyną drogę do zbawienia od konsekwencji zła, które mogą mieć postać potępienia i śmierci wiecznej. Działa dziwaczny mechanizm wyparcia ze świadomości samego siebie, swoich postępków i towarzyszące temu przekonanie, że takie zafałszowanie stanu rzeczy ochroni nas od odpowiedzialności. Sami się nie rozgrzeszymy przed Bogiem, jedynie Chrystus jako Bóg może nas rozgrzeszyć na mocy złożonej przez siebie za nas ofiary wobec sprawiedliwości wiecznej.

Każda chwila, każdy moment jest dla nas sposobnością do czynienia dobra lub zła i upadku. Bóg kładzie przed nami w każdym momencie dobro i zło, ogień i wodę, życie lub śmierć. Do nas należy wybór, co zrobimy, czy coś dobrego, czy coś, co nie jest dobrem. Zło lub marnotrawstwo czasu danego to też zło.

Krótko mówiąc, dobro jest wtedy, gdy spełniam swoje obowiązki przynależne do mojej pozycji i danej sytuacji, biorące się z Prawa Bożego. Ono konkretyzuje się w postaci Przykazań Bożych, nakazów Kościoła, prawa stanowionego przez władze ludzkich społeczności (cesarzowi, co cesarskie), a także w formie zobowiązań rodzinnych i innych powinności, w tym dobrego obyczaju bądź umowy zawartej z kimś innym. Dobro to inaczej sprawiedliwość uczynku, zrobienie tego, co jest przewidziane zasadami życiowymi, danie każdemu tego, czego mógłby się ode mnie domagać na sądzie.

(5)

Innym, lecz nie osobnym sposobem opisania dobra jest poddanie uczynku osądowi, czy był lub będzie on z miłości, z miłością i dla miłości:

• z miłości – uczynek ma być podjęty właśnie z tego względu, czyli dla dobra osoby, w kierunku której go dokonujemy; dobrem nazwiemy tu pożytek wieczny z danego uczynku; katechizm wylicza uczynki dobre dla ciała i duszy człowieka; można uczynić wiele dobrego także dla siebie, zwłaszcza dbając o swoją relację z Panem Bogiem bądź poprzez poszukiwania duchowe,

• z miłością – zdarzają się uczynki podjęte z dobrą nawet intencją, ale takie, które szkodzą, np. agresywne, niecierpliwe, ułomne; polecam rady św. Pawła, który pouczał: „Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Gal 5, 22–23),

• dla miłości – owocem tego uczynku będzie wzrost szlachetnych uczuć w drugim człowieku (podmiocie, współuczestniku lub świadku) dla niego samego (miłość siebie), dla sprawcy uczynku, dla innych, dla innych bądź dla Boga.

Chodzi o to, żeby miłość była w każdym naszym życiowym kroku, w każdym słowie, myśli i uczynku. Gdybym nie miał miłości, byłbym niczym – jak poucza św. Paweł (1 Kor 13). Uczmy się od Apostoła Narodów dobrego życia, zatopionego w ciepłej przestrzeni duchowej, jaką jest miłość.

(6)

Inny problem dotyczy kwestii, którą możemy ująć w pytaniu: Czy ja mam sam osądzić, co jest dobre w tym, co robię? Nie, sam Bóg nazwie dobrem to, co dobre, a złem to, co było złe. Wystarczy, jeśli będę pilnował, by wypełniać swoje powinności. To mnie zbliża do miłości Boga, która sama w sobie jest nagrodą.

(7)

Problemy, jakie oddalają nas od czynienia dobrze, to zwłaszcza:

• zła wola – po prostu dana osoba wcale nie chce robić dobrze, nie obchodzi jej moralność; pokazuje, że wyznaje i szanuje inne wartości niż dobro, miłość, sprawiedliwość; w jej sercu znalazły mieszkanie inne rzeczy lub osoby, które nie są Bogiem; żyje dla pieniądza, poklasku, samochwalstwa, obcych bogów,

• nieświadomość – „bo ja nie wiedziałem, że to złe, co robię”; Ewangelia, Słowo Boże, zwłaszcza w zapisane w Piśmie Świętym, jest dostępne w sklepach, radiu, niekiedy w telewizorze, w książkach chrześcijańskich; człowiek nie rodzi się wykształcony i od pewnego momentu sam staje się odpowiedzialny za swoje wychowanie; częsta jest zawiniona nieświadomość wynikająca z buntu przeciw poznawaniu dobra, odrzucająca studia na ten temat, obserwację innych ludzi, służącą temu, żeby się nauczyć, jak żyć dobrze,

• skrępowanie – „niby wiem, co trzeba zrobić, a jak przyjdzie co do czego, to mi nie wychodzi lub nawet robię na odwrót, niż powinienem”; coś jest nie tak pomiędzy wolą a jej urzeczywistnieniem, wewnątrz nas panuje Nieład; to zawsze większe lub mniejsze przywiązanie do fałszywego wartościowania, zniewolenie grzechem; nawrócenie i oczyszczenie wymagają determinacji, wiary, a perspektywie uwolnienia – uzdrowienia wewnętrznego,

• wady osobowości – te najcięższe, jak psychozy i zaburzenia psychotyczne, są rzadkie, raczej chodzi o lęk, stres, sparaliżowanie wewnętrzne, jakieś formy neurozy; przywiązanie do zła staje się naszą drugą naturą osadzoną głęboko w psychice jako zadawniona i nieleczona choroba,

• fałszywy obraz dobra i zła – świat bezbożny w zupełnie dowolny sposób posługuje się tym pojęciami; brak systemu wartości osadzonego na najwyższym Dobru, jakim jest Bóg, powoduje chaos w myśleniu o tych sprawach; czasem społeczeństwa promują najgorsze możliwe zbrodnie jako wymyślone niby-dobro, jak choćby mordowanie dzieci w ciałach matek.

(8)

Dobro jest przedmiotem pragnień, a zło – lęku.

(9)

Najwyższym Dobrem, o jakie powinniśmy się starać, jest sam Bóg.

(10)

W związku z tym, że świat ludzki odpadł od Boga, postrzeganie dobra i zła także oderwało się od kategorii absolutnych. Doszło do wewnętrznej subiektywizacji – dobro i zło definiowano poprzez własne oczekiwania: dobre, satysfakcjonujące jest to, czego oczekiwaliśmy, z kolei złe to, czego nie chcemy. Najwyższym prawem i wartością uczyniono swoje ego. To niezwykle popularna postawa. Można powiedzieć, że korzeń zła.

(11)

Niektóre systemy moralne, np. indyjski, zaprzeczają obiektywnym i powszechnym wartościowaniom uczynków ludzkich. Wynika to z różnych powodów. Może tu po prostu chodzić o niewykształcenie takich pojęć i trwanie, właściwie bez wyrobionej świadomie postawy etycznej, w stanie, o jakim pisałem przy okazji religii kosmologicznych. Wytworzenie nauki moralnej jest ważnym elementem dorobku ludzkiej myśli. Ukazanie moralności jako czegoś powszechnego i sprecyzowanego wynika z filozofii opartej na badaniu ludzkiej duszy jako elementu człowieka podobnego u wszystkich.

Przeciwne temu są systemy myślowe, przykładowo gnostyckie, uznające ludzi nie za jednolity gatunek, tylko za istoty posiadające różne natury. Gnostycy odróżniali pełnych ludzi z duszami, zawierającymi pierwiastki boskie (czyli siebie), od reszty o gorszych duszach. Tych drugich traktowali gorzej niż podobnych sobie i odbierali im wartość, człowieczą godność. Coś podobnego ma niestety miejsce do dziś w Indiach, gdzie do podbitych przez Ariów ludów o ciemniejszej skórze podchodzi się jako do pozbawionych duszy albo posiadających znacznie gorszą. Religijne uzasadnienie rasizmu powoduje skutki w kreowaniu kategorii nadludzi, zwykłych ludzi i podludzi. To wszystko ma wpływ na odrzucanie moralności powszechnej i jednolitego ujmowania dobra i zła. Kultury, które różnicują ludzi, także zmieniają oceny co do takich samych czynów przez różnych ludzi dokonywanych. Jednym wolno więcej, innym mniej. Stwórca, o czym uczy Chrystus, nie zna takiego względu na osoby, a ludzie są przed Nim równi. Wszystkich zatem obowiązuje to samo, jeśli chodzi o Przykazania Boże.

Należy wspomnieć, że świat Zachodu poszedł jeszcze dalej. Europejczycy uważają, że w ogóle nikt nie ma duszy, a ludzie są po prostu sprytnymi zwierzętami. To rzutuje na niemal zupełne odrzucenie myślenia w kategorii praw, wartości, zasad.

(12)

Dobrem i złem nazywa się także to, czego doznajemy. Jak była mowa, dobre postępowanie jest inwestycją w dobre, przyjemne rezultaty w przyszłości. Dzisiejsze moje doświadczenia nazywamy dobrymi i złymi. Dobro i zło doznaniowe to bardzo archaiczna postać myślenia o tych sprawach. Obecna jest w dawnych tekstach, a dziś niekiedy mylona z dobrem i złem moralnych ostatecznym.

Niektórzy filozofowie, np. Laozi, wprowadzili „ostateczne dobro i zło” obok chwilowego ich doznawania. Trzeba to rozróżniać; należy także umieć rozpoznawać w literaturze, o które użycie tych terminów chodzi. Bardzo łatwo w tym się pogubić, a przecież aktualna przyjemność jest czymś zupełnie różnym od dobra w znaczeniu moralnym i ostatecznym. Niektórzy autorzy wręcz jakby celowo mieszają te ujęcia, żeby zaciemnić obraz nielubianych przez siebie zagadnień. Złem chwilowym, doznaniowym jest ból zaszywania rany, złem moralnym – zadawanie komuś rany.

Poważne filozofie życiowe uczyły dystansować się wobec aktualnych zdarzeń i doznań, nie czerpać z nich, dokonując oceny siebie czy też swojej kondycji moralnej, bo one są jak pogoda, czyli nieprzewidywalne. Trzeba po prostu znosić przytrafiające się nam zmieniające się doświadczenia życiowe. Tak uczy Bhagawadgita, klasyczny taoizm, buddyzm, Księga Hioba i Księga Koheleta. Chrystusowa nauka o przyjmowaniu krzyża jako zasłudze pokazuje nam, że przypadki naszego życia w świecie Nieładu mają niewiele wspólnego z wartością tego, co robiliśmy i jacy jesteśmy. Najdoskonalszy człowiek, Jezus Chrystus, dostał głównie ból i śmierć. Jak to o Nim świadczy? W ogóle niczego to nie obrazuje, ważne jest tylko, jak On sam zachował się w tych doświadczeniach.

2. Prawo odpłaty i karma

Zdarza się, że osoba wcześniej niezainteresowana religijnie styka się nagle z buddyzmem lub jakąś odmianą hinduizmu, gdzie odkrywa prawo karmy. Zgodnie z nią uczynki człowieka pociągają skutek w postaci przyszłych doświadczeń: dobre niosą ze sobą dobry skutek, a złe – zły. Nie chcę wchodzić w zawiłości różnych orientalnych wyjaśnień tej zależności, bo też i sam nie bardzo je zgłębiłem. Patrząc jednak na rzecz z grubsza, muszę zauważyć, że zasada karmy poraża elegancją. Nie ma niczego bardziej sprawiedliwego, niż odebrać to, co się samemu dawało. Poza tym długi karmiczne – pochodne naszej niegodziwości – to także więzy przykuwające człowieka do tego świata materii i niepozwalające duchowo się uwznioślić. Wymagane jest najpierw oczyszczenie z tych więzów. To także bardzo elegancka i logiczna zasada. Prostota i niejaka zacność takiego myślenia porywa wielu ludzi ku Orientowi.

Karma ma jednak także drugie, mroczne oblicze. Człowiek cierpiący nie wzbudza współczucia, ponieważ cierpi za swoje, a póki nie odcierpi, nie wzrośnie. Bywa, że cyniczny wyznawca karmy wręcz „pomoże” cierpiącemu, dokładając mu cierpień. W ten sposób ta zasada staje się czymś okrutnym i nieludzkim. Nie oszukujmy się, takie myślenie dotyczy także nas samych. Zasada prostej odpłaty wpisana jest jakoś w nasze przeżywanie. Niekiedy na widok cierpienia także i my zaczynamy myśleć, czy ten człowiek jakoś sam go na siebie nie ściągnął. Czasem tak usprawiedliwiamy swoją bezczynność wobec bliźniego w potrzebie. Nie lubimy patrzeć na cierpienie, łączyć się z nim, jakoś odruchowo nie chcemy „zaciągnąć złej karmy”, zarazić się. Tkwi to wszystko w nas głębiej, niż nam się wydaje.

Taka zasada odpłaty (retrybucji) zawiera się w naszej naturze. Świadczy o tym Biblia. Starsze części Starego Testamentu wypełnione są treściami opartymi na odpłacie, począwszy od samych Przykazań. Niektóre z nich opatrzone są wprost konkretnymi skutkami: czcij rodziców, a będzie ci się dobrze żyło; nie bądź bałwochwalcą, abyś nie ściągnął na siebie przekleństwa Bożego. Biblijna zasada odpłaty nie różni się wiele od karmy, w której zresztą poganie niekiedy także upatrują działania jakiegoś osobowego bóstwa.

W praktyce u Izraelitów myślenie kategoriami odpłaty było niezwykle silne. Czytałem ostatnio, że Żydzi stanowczo wiązali zdrowie z zasługą, a chorobę – z karą. Dlatego się nie leczyli. W dawnych wiekach nie było u nich za wielu lekarzy, a Biblia wspomina o nich wyjątkowo rzadko. Jeszcze w czasach nam nieodległych – przed panowaniem brytyjskim – było wśród Żydów wyjątkowo wielu chorych. Widać to w Ewangeliach. Wystarczy przypomnieć podanie o tym, jak uczniowie, spotkawszy niewidomego, pytali Jezusa: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?”. Pytanie o retrybucję zwykle wiąże się z rozważaniem przyczyn cierpienia.

Pan Bóg jednak na odpłacie nie zakończył edukacji moralnej Izraela. Dalsze wieki to kolejne pouczenia, z których najjaskrawszym jest Księga Hioba. Właściwie w całości stanowi ona literacką dyskusję z retrybucją (odpłatą). Doszło w niej do odwrócenia porządku: oto najsprawiedliwszy doznaje największego cierpienia. Dialogi obrazują dyskusję postrzegania cierpienia Hioba w duchu retrybucji z obroną tego prawego męża przed zarzutami o grzeszność. W końcu doświadczony cierpieniem mężczyzna ten spotyka Boga, który mu się ukazuje. To doświadczenie graniczne spotkania Pana życia i śmierci okazuje się przełomem – Hiob porzuca nawet skargi, a jego los odmienia się na lepszy. Szczegóły fabularne, które zostały mocno przerysowane, jak to u ludzi ze Wschodu, nie powinny nam przysłaniać zasadniczego przekazu odnoszącego się do odpłaty. Po różnych perypetiach bohaterowie przypowieści bynajmniej nie poznają przyczyn cierpienia Hioba, on sam zresztą też ich nie odkrywa. To jest dla mnie główna nauka płynąca z tej księgi: nie ma sensu dociekać przyczyn cierpienia, a już na pewno nie można winą za ból w duchu karmy – retrybucji obarczać automatycznie cierpiącego. Ta księga podważa pewność siebie u obserwatorów. Tym różni się od porządku karmicznego.

Elihu napomina Hioba, żeby w zamian za swoją sprawiedliwość nie rościł sobie praw. Zasada odpłaty faktycznie mogłaby powodować w stosunku do Boga postawę roszczeniową, transakcyjną. Ta księga akcentuje nierówność ludzi wobec Boga – człowiek nie ma zdolności rościć sobie czegokolwiek od Boga.

Przygody Hioba nie znoszą porządku odpłaty, jak to twierdzą niektórzy, ale dodają do niego inny niepojmowalny dla człowieka porządek. Jak widać w Ewangeliach, Żydzi mocno trzymali się odpłaty, zwłaszcza pyszni faryzeusze z jadowitą lubością potrafili rzucić choremu biedakowi, że cały urodził się w grzechach i dlatego cierpi (przy czym chodziło tu o grzechy przodków).

Księga Koheleta idzie dalej, jest bardzo filozoficzna i realistyczna. Pokazuje świat jako szereg przypadków, gdzie źli mają się nieraz lepiej od dobrych. Zarówno sukces, jak i problemy są jednak ulotne i niewiele znaczą. Księga Mądrości z kolei przenosi retrybucję w perspektywę odpłaty po śmierci.

Jak widać, pouczenia biblijne są daleko bardziej złożone niż prawo karmy. Nigdzie jednak nie zrezygnowano z podstawowej idei Boga jako sprawiedliwego sędziego, który za dobre wynagradza, a za złe karze, czyli odpłaty.

Jezus Chrystus, cierpiący Sługa Boży, akcentuje jeszcze inną i bardziej wyrafinowaną stronę retrybucji i sprawiedliwości. Pokazuje, że cierpliwe znoszenie zła także jest szczególnie wartościowym uczynkiem: cichość, pragnienie sprawiedliwości, wnoszenie pokoju, cierpienie dla sprawiedliwości. Sam zdobywa największą zasługę przez samoofiarowanie. Możliwe jest także ofiarowanie czegoś poprzez przebaczenie, które polega na zrezygnowaniu z satysfakcji, zrzeczeniu się długu, jakiego można by dochodzić.

Wizja Sądu Ostatecznego opiera się także na odpłacie. Bóg odpłaca dobrem zbawienia za dobro wyświadczone bliźnim, a obojętnością za obojętność. Symbol sądu po śmierci znany był choćby Grekom i Egipcjanom. Oczekujemy, że niewinne łzy zostaną otarte, a krzywdy – pomszczone. Poczucie sprawiedliwości jest człowiekowi nieodrodne i bez względu na kulturę, wiarę czy tzw. światopogląd oczekiwane. Faktycznie ostateczna odpłata i wyrównanie krzywd oraz zasług nastąpi na Sądzie Bożym.

Chrystus w pouczeniach wnosi odpłatę na bardzo wysoki poziom: cokolwiek chcielibyście, żeby ludzie wam czynili, i wy im czyńcie. Każe wychodzić z dobrem do ludzi. Odwraca niejako znaną wielu kulturom zasadę: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. W Ewangelii punktem odniesienia jest dobro i jego świadczenie.

Logiczna i elegancka zasada odpłaty w całej rozciągłości obowiązuje w chrystianizmie. Nie jest ona jednak rozumiana bezdusznie i automatycznie. Odpłata (karma) postrzegana absolutnie czyni jednak Boga w jakiś sposób niewolnikiem człowieka. Skoro Bóg miałby się zachowywać wyłącznie tak, jak Go do tego skłania człowiek swoim postępowaniem, to też człowiek stałby się ostatecznym panem sytuacji (nawet jeśli byłaby to tragiczna sytuacja oczekiwania na karę). Bóg jednak upomina się o swoje miejsce Pana Wszechświata, nie jest poddany człowiekowi. Miłość Boża i Boża dominacja nad człowiekiem, nawet z jego złością i grzechem, w całości przejawiają się w zbawieniu. To Bóg ma ostatnie słowo. Owszem, człowiek może odrzucić zbawienie i brnąć w samozniszczenie, ale nie dzieje się to w sytuacji bezsilności Bożej. Bóg bowiem uczynił drogę wyjścia i jest gotów do współpracy z człowiekiem w jej realizacji. Złość człowieka polega na tym, że niszcząc samego siebie, usiłuje uzyskać dominację nad Wolą Bożą. W swoim mniemaniu to właśnie czyni, ale tylko według siebie. Bóg nie pozostaje bezsilny wobec ludzkiej złości. Jest na swój sposób – że tak powiem – uprzejmy. Nie czyni przemocy wobec woli człowieka, pozwala mu za to o sobie decydować.

Bóg w Biblii pozostaje wolny wobec człowieka i nadal jest na pozycji zwierzchniej. Owszem, oddaje człowiekowi, na co zasłużył, ale kiedy i jak to zrobi, zależy od Niego, a człowiek doraźnie niczego nie powinien sobie rościć ani też wiązać danego cierpienia z grzechem. Żyjemy w wysoce skomplikowanym świecie, gdzie relacja z Bogiem opiera się na wierze i nadziei, a nie na zarozumiałej pewności czy jakiejś transakcyjności. Człowiek pozostaje jedynie drobiną we wszechświecie, którego jedynym Panem jest Bóg.

3. Ponad dobrem i złem

(1)

Joseph Campbell zauważa:

„Jednakże cel twego poszukiwania samowiedzy tkwi w owym żarzącym się punkcie, jaki w sobie nosisz, w tym czymś w tobie, co jest ciągłym stawaniem się, co jest nieświadome dobra i zła tego świata, bo już się urzeczywistniło, a więc wyzbyło się lęków i pragnień. Jest to warunek, jaki spełnić musi wojownik idący w bój z prawdziwą odwagą. (…) Oto i masz sens energii centrum. To jest sens obrazu Graala, niewyczerpanej krynicy źródła. Źródła nie obchodzi, co dalej dzieje się z tym, co z siebie wydało. Ważne jest tylko dawanie i wchodzenie w byt. To właśnie jest ten punkt w tobie, w którym staje się życie. O tym właśnie pragną ci powiedzieć wszystkie mity” (J. Campbell, Potęga mitu, s. 247).

Oznacza to, że człowiek potrafi przekraczać swój egoizm powiązany z odczuwaniem przyszłej korzyści lub straty. Postępowanie na podstawie przyszłej nadziei zysku nazywamy myśleniem transakcyjnym i nie jest to miłość. Podobną myśl jak powyższy cytat wyraża rzymskie powiedzenie: Navigare necesse est, vivere non necesse est („Żeglowanie jest konieczne, życie nie jest konieczne”). Wyraża to rozpłynięcie się kalkulującego ego w samym procesie życia, rzecz jasna, dobrego życia. To zatracenie się w dobru, zapomnienie o sobie, zaparcie się siebie jest niezwykłym wyzwoleniem. To początek prawdziwej radości życia bez lęków i pragnień, oderwanie od swojego ego, zapomnienie o nim. Przypomina mi się postawa wierzących bhaktów, czyli wielbicieli Kryszny, u których czytałem, że są tak oddani swojemu bóstwu, że w służbie jemu zupełnie przestają zwracać uwagę na swój los (co niestety wykorzystują przywódcy grup religijnych dla karmienia własnego ego i odbierania czci boskiej).

To jest istota wiary, nadziei i miłości. Wierny zapomina się w miłości do Boga, składa w Nim całą nadzieję, czyli radosne oczekiwanie, na samo spotkanie z Bogiem. Porzuca w tej sprawie wszelkie kalkulacje.

(2)

Pierwsi ludzie żyli bez grzechu – w stanie pierwotnej niewinności. Oglądali Boga, mogli Mu dziękczynić i Go adorować. Poznanie dobra i zła, co było skutkiem grzechu pierworodnego, poskutkowało odtrąceniem Boga. Niewinni ludzie nie musieli martwić się swoim losem, który opierał się na Woli Dobrego Boga, i myśleć o swoim interesie. Zerwanie owocu przekreśliło ten stan. Człowiek, chcąc poznać swoje dobro i zło, zaczął liczyć sam na siebie. W najlepszym razie zapatrzony w to swoje dobro mógł potem korzystać ze Starego Prawa i pracować na to dobro. Niemniej kondycja człowieka tak skarlała, że bez Zbawiciela żaden człowiek nie mógł swoimi siłami zapewnić sobie tego wiecznego dobra. Odkrycia poczynione przez pierwszych rodziców, dotyczące tego poznania dobra, są więc per suma mało warte. Podobnie chyba można ocenić usiłowania ludzkiego rozumu poszukującego bez Boga dobra dla siebie samego. To niejako przedłużenie tej idei samodzielnego odkrywania dobra jest miernej wartości. Człowiek połączył przy tym swój los ze znajomością zła, czego skutków nie trzeba przecież komentować.

Także Stare Prawo, jako rozwiązanie niedoskonałe, przejściowe przed pełnią Objawienia, bazowało raczej na ludzkiej interesowności. Obiecywało korzyści i poskramiało człowieka strachem o jego los. Choć nic się co do tych porządków nie zmieniło, to Chrystus otworzył przed swoim ludem nową rzeczywistość.

Chrystus przywraca duszom stan pierwotnej niewinności, gdzie człowiek żyje z wiary i podąża za głosem Bożym jako przewodnikiem, bo może kochać Boga. W tym miłosnym zapatrzeniu zapomina o sobie, nie kieruje się swoim dobrem i złem, ponieważ wszelkie troski oddaje kochającemu Bogu, a sam zajmuje się jedynie posłuszeństwem, pokorą i miłością. Czyni to nie z interesu, lecz z miłości. Tym sposobem nowy Chrystusowy człowiek staje ponad swoim dobrem i złem, powraca do pierwotnej ufności, a jednocześnie wstępuje do Chrystusowego Królestwa nieustannego słuchania i adorowania Boga. Unosi się wysoko ponad grzech tego świata i brzydzi się nim, ale czyni to nie ze strachu, lecz z miłości. Człowiek wraca do czasów sprzed grzechu Adama, sprzed poznania dobra i zła, do nieustannej adoracji Boga, w której Prawo przestaje być potrzebne, bo grzech staje się niemożliwy do pomyślenia. Tym sposobem zaczynamy być na powrót wolni sami od siebie, od ego, od targających nami światowych emocji.

Warto zauważyć, że podstawą duchowości hinduskiej jest nieprzywiązanie się do efektów swojego działania. Ta bezinteresowność sprawia m.in., że człowiek uwalnia się od chorobliwych związków ze światem materialnym, a dzięki temu ma zdolność zwrócić się sercem do Boga. W Biblii ten wątek także jest obecny, choćby w zdaniu: „Jeden sieje, drugi zbiera”. Zwraca się też uwagę, że pożytki płynące z pracy ludzkiej należą się przede wszystkim Bogu, czego wyrazem w Starym Testamencie były nakazy ofiarne i dziesięcina. Niestety, w bieżącym nauczaniu chrześcijan ten szlachetny wątek jest właściwie nieobecny. Hindusi nam o nim przypominają, a obie tradycje mogą w tej sprawie wchodzić w owocną interakcję.