CZĘŚĆ I · ROZDZIAŁ 10

Chrześcijaństwo uniwersalne

KONRAD TOMASZ

(1)

Chrześcijaństwo cechuje się uniwersalizmem, m.in. w tym znaczeniu, że przeznaczone jest dla każdego człowieka, jest powszechne, ogólnoludzkie. Ma zarazem zdolność do jednoczenia się z każdą kulturą bez jej niszczenia, odbierania jej języka, uniformizacji. Jego uniwersalizm przejawia także właściwy mu wymiar kosmologiczny, a Kosmos inaczej jest nazywany Uniwersum.

1. Chrześcijaństwo nie należy do żadnej kultury

(1)

Zagubieni w skomplikowanej rzeczywistości potrzebujemy pokrzepienia w postaci nauki, która pomoże nam dobrze i godnie przeżyć życie. Naturalna kultura umysłowa to pomieszanie trafnych i nietrafnych twierdzeń, nie daje dobrych, ożywczych odpowiedzi. Potrzebna jest nauka pełna mocy wprost od samego Stwórcy. Dzisiejsze propozycje intelektualne raczej dokładają „uczone” uzasadnienia do grzechu i błędu, niż pomagają odnaleźć szlachetność, powagę i świętość.

Bezradność ludzka spotyka się ze wzruszeniem Dobrego Ojca i uzyskuje Jego odpowiedź. Dobry Stworzyciel nie pozostawia nas z naszymi domysłami i przypuszczeniami w postaci filozofii i religii naturalnych. Nie gardząc tym, co w nich szlachetne, ofiaruje nam w postaci pouczenia swoją miłość. Stopniowo postępujące dzieło objawienia ukoronowane jest finalnym i dopełniającym przekazem nauczania Jezusa Chrystusa. Przez kolejne pokolenia i epoki umysłowe wzrasta zdolność odbioru i pojęcia tego najdoskonalszego przekazu.

(2)

Bóg mówi do każdego serca, żaden człowiek nie zrozumie jednak całości objawiającej się o Nim wiedzy. Żaden ludzki system myślowy, usiłujący wyjaśnić rzeczywistość, nie ogarnie całości Boga. Bóg jest nieskończony. Ludzkie myślenie zawsze opiera się na jakimś konstytuującym je założeniu, pewniku kształtującym przyjęty paradygmat. Te założenia i całe systemy myślowe nieodmiennie są w pewien sposób skończone i ograniczone przeciwnie do Boga, który jest nieskończony.

(3)

Globalna wioska i natychmiastowa wymiana informacyjna obecnego czasu – jak kiedyś zróżnicowana ideowo przestrzeń Imperium Romanum – pozwalają nam poszukiwać dla chrześcijaństwa nowej formuły. Chrześcijaństwo, co prawda, jako życie w Duchu Świętym, funkcjonuje i poszerza swoje oddziaływanie samodzielnie i w żywiołowy sposób, ale pozostajemy zobowiązani do współpracy z Duchem. Mamy kochać Boga nie tylko mocą i sercem, ale także umysłem. Wymiana myśli między różnymi tradycjami duchowymi stawia chrześcijan przed koniecznością odniesienia się do nich. Metodą tego jest podejście do granic możliwości akceptujące w cudzym dorobku dobro.

(4)

Pierwszym założeniem służącym pracy nad chrześcijaństwem uniwersalnym może być to, że Bóg oświeca każdego człowieka, gdy ten przychodzi na świat. Każdy z nas posiada co najmniej potencjał odkrywania Boga na swój własny sposób i dzielenia się tym. Zdolność ta z kolei znajduje przełożenie na kultury i cywilizacje, które także swoim dorobkiem duchowym i intelektualnym odkrywają nieznane gdzie indziej prawdy o Bogu. Chrześcijanie od zawsze twierdzą, że w kulturach ludzkich rozsiane są ziarna prawdy, a wierzenia uczące cnoty i pobożności stanowią przygotowanie dusz dla Ewangelii. Poszukiwanie tych ziaren wymaga jednak odrzucania tego, co jest owocem złudzeń duchowych zawartych we wszystkich tradycjach, a pochodzących z naszej ludzkiej omylności. Żeby je znaleźć gdzie indziej, trzeba najpierw umieć przesiać samego siebie.

(5)

Drugie założenie jest takie, że chrześcijaństwo nie należy do żadnego narodu ani kultury, nie zawiera się w dorobku żadnego ludu ani nie jest pochodną jednej tradycji. Jezus Chrystus był Galilejczykiem wiary żydowskiej, ale uczynił ogromną zmianę, gdyż znaną dotąd Żydom wiarę w Jedynego Boga wyprowadził z tego określonego narodu do wszystkich ludzi na świecie. Chrześcijaństwo nie jest więc związane z religią żydowską. Z tego względu przez kilkadziesiąt początkowych lat wyzwalało się z tego balastu. Chrześcijaństwo nie jest też własnością jedynie Kościoła powszechnego, jak to się wydawało katolikom. Separacja Kościoła greckiego, a później rewolucja protestancka dobitnie przypomniały o tym, że Dobra Nowina nie mieści się w jednej ludzkiej kulturze, tradycji i formule, ale rozsadza je wszystkie od wewnątrz swoim niespożytym dynamizmem.

Chrystus nie przynależy do żadnego narodu, kultury czy też kręgu cywilizacyjnego. Jego rodacy sami Go odrzucili. Europa, będąca wraz z przyległościami inkubatorem chrystianizmu dla reszty świata, także obecnie odrzuca Chrystusa.

Zresztą przez te wszystkie wieki żyła ona swoim europejskim życiem, które niespecjalnie przeniknięte było Dobrą Nowiną. Na Starym Kontynencie nigdy nie doszło do całościowej chrystianizacji. Europejczycy nie mają więc w tej materii specjalnych powodów do dumy ani wynoszenia się nad innych.

Chrystus nie stworzył żadnej kultury ani cywilizacji, nawet pojedynczego stylu życia, w tym religijnego. Pozostawił nam chrzest, Eucharystię i nakaz głoszenia Królestwa Bożego. Złożone formy religijnego przeżywania wiary zostały później ustanowione przez Kościoły chrześcijańskie. Najistotniejsza jest wiara w Boga i przyjaźń poprzez posłuszeństwo przykazaniom.

Chrystus to uniwersalny władca serc, dusz i sumień i jako taki nie mieści się w żadnej kulturze ani cywilizacji. Wszystkie je jest w stanie przeniknąć, uświęcić i uczynić szczęśliwymi, a jednocześnie żadna z nich nie może Go sobie przypisać na wyłączność.

(6)

Żadna tradycja ludzkiej myśli nie ma prawa rościć sobie prawa do absolutności i wyłączności, gdyż każda naznaczona jest błędami. W praktyce życia dotyczy to także chrześcijaństwa jako kultury i tradycji ludzkiej, której historia została obarczona wieloma błędami i sporym pomieszaniem ze złem.

Tylko sam przekaz od Chrystusa w Ewangelii i prawdziwym powiewie Ducha Świętego, który stale wskazuje na Syna Bożego i otacza Go chwałą, jak stało się to nad Jordanem, tylko to jedno nie nosi w sobie żadnego błędu. Ewangelia może służyć jako miara wartości i znaczenia wszystkich ludzkich poczynań, także religijnych, teologicznych i myślicielskich, a te oceny w stosunku do każdego z tych obszarów są ambiwalentne.

(7)

Zbawienie, czyli przeznaczenie do wiecznego szczęścia, nie pochodzi z żadnej ludzkiej tradycji. Wywodzi się od Boga dzięki ofierze Jezusa Chrystusa. Bóg sam go udziela wedle swojego uznania. Wszyscy mają równe szanse. Należy jednocześnie pamiętać, że rozliczenie naszego postępowania będzie absolutnie wnikliwe.

2. Chrześcijaństwo wyjaśnia człowieczeństwo

(1)

Chrześcijaństwo wyjaśnia nam nas samych. Ludzie na całym globie noszą w sobie następujące uczucia:

• rozczarowanie światem,

• żal po stracie wewnętrznie oczekiwanego przez nas wszystkich raju,

• nadzieja nowego, lepszego świata i doskonałych ludzi w przyszłości,

• potrzeba bycia w jakiś sposób adorowanym, ubóstwienia,

• potrzeba opieki ze strony Opatrzności i wiele innych.

Wszystkie te potrzeby rozumiemy dopiero dzięki nauce Chrystusa. Ona pozwala nam pojąć siebie samych.

(2)

Sami dla siebie tworzymy tak wiele utopii, gdyż oczekujemy w sercach powrotu Boga na ziemię. Ta trzecia, trwale szczęśliwa epoka dziejów – po utraconym raju i obecnej erze grzechu – jest na różne sposoby fałszywie definiowana jako możliwa do samodzielnego osiągnięcia przez ludzi (u E. Voegelina to tzw. immanentyzacja eschatonu). Jest to też oczekiwanie końca historii, co w objawieniu Chrystusowym oznacza po prostu koniec czasu i ustanowienie niezmiennego szczęścia.

Wszystkie fałszywe wiary i ideologie obiecują coś takiego. Komunizm miał przynieść szczęście ludziom wyzwolonym od własności. Nazizm przyznawał prawo do szczęścia wybranemu narodowi, co swoją drogą było naśladowaniem przykładu izraelskiego. Obecny ateistyczny scjentyzm przyznaje nauce moc uszczęśliwiającą i zdolność usunięcia cierpienia. To wszystko fałszywe eschatony, czyli rzeczywistości ostateczne i szczęśliwe. Obecnie te wiary są nieustannie podsycane przez niemal całą kulturę popularną, zajmującą się wmawianiem ludziom wiary we własne, ludzkie siły i proklamującą zapomnienie o Bogu. Skutki tych działań widzimy choćby w stanie zdewastowanej planety niepohamowaną eksploracją przy użyciu tej „uszczęśliwiającej” techniki. Szczęście powszechne na tym skażonym grzechem świecie jest według zapowiedzi Chrystusa po prostu niemożliwe. Także technika, uwalniając nas od wielu problemów, generuje nowe. Suma różnego rodzaju cierpień raczej się powiększa w skali globu, a nie zmniejsza.

(3)

Kultura popularna dzięki zabiegom kosmetycznym i graficznym przeobraża ludzkie ciała i wizerunki w kierunku jakiejś doskonałości, wiecznego piękna i szczęścia. Kult piękna ciała jest dla chrześcijanina możliwy do zrozumienia, choć nie do akceptacji. Dopiero ciało uwielbione dzięki świętości uzyskuje trwałe, jaśniejące piękno, jak u objawiającego się ludziom po zmartwychwstaniu Chrystusa. Nie zastąpią tego żadne telewizyjne próby upiększania, które są znakomitą ilustracją tego, jak bardzo ludzkości jest potrzebne przyjęcie chrześcijaństwa. Ono bowiem uwalnia od takich farbowanych namiastek i kieruje uwagę na sedno przeczuwanego problemu. Chrześcijanin nie musi adorować telewizyjnych sztucznych świętych, bo poprzez modlitwę obcuje z prawdziwymi świętymi przebywającymi w niebie.

(4)

Nawet ateizm jest dla chrześcijanina pojmowalny. W czasach politeizmu chrześcijan oskarżano o bezbożność, bo nie chcieli czcić państwowych, obowiązkowych bóstw. Chrześcijaństwo odczarowało świat i uwolniło go od wszechobecnych bogów. Byli bogowie rządzący miejscem przed progiem, progiem i miejscem znajdującym się z nim. Człowieka otaczały setki najróżniejszych wyspecjalizowanych bóstw. Rewolucja chrześcijaństwa dowiodła, że ci bogowie nie istnieją, a ludzie mogą żyć lepiej bez ich wymyślania. Patrząc na ten problem w kategoriach liczbowych, musimy przyznać, że chrześcijaństwo jest niemal całkowitym ateizmem w stosunku choćby do wiary społeczeństwa rzymskiego z antyku. Dzisiejsi ateiści poszli jednak o jeden krok za daleko i stracili kontakt z tym Jednym Jedynym Bogiem Stwórcą, którego warto i należy szanować oraz otaczać wdzięcznością.

(5)

Żadne inne pojedyncze wyjaśnienie świata nie ma takiej mocy i absolutnej sprawdzalności jak pouczenie chrystianizmu. Nazywam to „mocą eksplanacyjną”, bo w istocie w tym właśnie przejawia się moc Boża. Chrystianizm pomaga doskonale zrozumieć sprawy tego świata, przez co jest czymś zupełnie różnym od myślicielstwa naturalnego.

Stanowi ono objawienie tajemnicy, która nie przestaje nią być, gdy jest objawiana (P. Tillich). Chrystianizm można z jednej strony wyłożyć w najprostszych słowach dla ludzi, którzy chętnie takie tłumaczenie przyjmują, a z drugiej może on być najtrudniejszą i najbardziej skomplikowaną doktryną dla tych uczonych, którzy oczekują złożonych wywodów. Jest wszystkim i dla każdego. To nauka doskonała, a więc w stosunku do swojego adepta absolutnie wymagająca. Odpłaca radością, szczęściem i ekstatycznym uniesieniem serca i umysłu oświecanego. Dzięki uwewnętrznieniu Dobrej Nowiny, czyli wykuwaniu jej w swoim sercu, powstaje przemiana człowieka w istotę bliską aniołom, adorującą Boga. Wzrasta przytomność, percepcja świata, świadomość i żywotność umysłu, serca i duszy. Postępy w chrystianizmie przynoszą odrodzenie, rewitalizację całego człowieka. To uczłowieczenie człowieka. Proces tego odradzania nazywamy duchowością.

3. Chrześcijaństwo afirmatywne

(1)

Bóg stworzył cały świat, nie tylko Bliski Wschód i Europę z Ameryką. Pochodzące od Niego dobro jest obecne w każdym kraju tej Ziemi. Jego objawienie było szczególne, ale Chrystus nie ograniczał go do jednej kultury, nauki czy stylu życia. Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich ludzi i narodów, a to oznacza, że każdy lud ma zdolność do jej zrozumienia i przyjęcia. To uzdolnienie jest dziełem samego Boga, który każdej kulturze ofiarował pewne elementy wspólne z przyszłą Ewangelią, żadna jednak nie posiada ich wszystkich. Każdy naród musi i może w oparciu o swoją własną spuściznę kulturową opowiedzieć Ewangelię na swój sposób, nieco inaczej rozkładając właściwe sobie akcenty i aspekty Chrystusowego nauczania. Jest to proces adaptacji Ewangelii do danej kultury, a zarazem tzw. jej ochrzczenie.

(2)

Pierwszej adaptacji dokonywał sam Chrystus, który w swoim nauczaniu odwoływał się do znanych Galilejczykom i Judejczykom myśli, powiedzeń, przeczuć oraz dostępnego nauczania rabinicznego. Głosił sprawy uniwersalne, ale akcentował je na sposób miejscowy.

Co ciekawe, dokonał także drugiej adaptacji do kultury helleńskiej. W Ewangelii Janowej czytamy:

„A wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon [Bogu] w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go, mówiąc: «Panie, chcemy ujrzeć Jezusa». Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: «Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne»” (J 12, 20–24).

Filip to imię greckie, co wskazuje na żywe związki tego apostoła z powszechnie spotykanymi w świecie helleńskim Grekami. Potwierdzają to sami Grecy, zwracając się właśnie do niego. Z przytoczonego fragmentu jasno wynika, że Zbawiciel nie poszedł do Greków i – zdaje się – jakby zamiast tego mówił do apostołów dziwne słowa. Czy robił to w tym celu, żeby je zanieśli Grekom w Jego imieniu? Mam takie przekonanie, dokładnie czytając to, co mówił. Nie wydaje mi się to przypadkową wypowiedzią.

Lata później czegoś podobnego, czyli opowiedzenia Grekom Ewangelii, próbował św. Paweł, jednak bez powodzenia. Grecy przesiąknięci swoją tradycją, mającą wyraz w orfizmie i platonizmie, nie mogli pojąć zmartwychwstania jako centrum nowej myśli. Dla nich ciało to więzienie duszy (soma – sema). Wiele jest o tym w Fedonie Platona. Dla Greków dusza to pierwiastek w pewnym sensie boski (czyli nieśmiertelny), a ciało stanowi jedynie jej obciążenie.

Pan Jezus, inaczej niż Paweł, myśląc o Grekach, stawia na początku swojego skierowanego do nich nauczania nie zmartwychwstanie, lecz śmierć. Przesunięcie to jest niewielkie, a dla nas, chrześcijan, wręcz niezauważalne. Tymczasem dla ówczesnego Greka różnica ta okazuje się radykalna. Śmierć jako wyzwolenie jest mu bardzo bliska. Ascetyczne odwrócenie się od spraw ciała w stronę ducha to owo obumieranie ziarna dla późniejszej duchowej korzyści. Wydaje mi się, że dla Greków było to doskonale zrozumiałe przesłanie. Mamy tu niebanalny przykład adaptacji orędzia Chrystusowego do warunków kultury odbiorcy, i to bez jej zniekształcenia. To tylko inne rozłożenie akcentów, podkreślanie tego, co bliskie.

Paweł zrobił coś innego i przegrał. Mówił do ateńczyków uczenie i w sposób dosyć skomplikowany. Na początku wręcz rozumieli, że głosi dwu nowych bogów – Jezusa i zmartwychwstanie. Potem, zdaje się, nie słuchali go zbyt dokładnie. Paweł jakoś nie trafiał w ich potrzeby. Co prawda, mając za odbiorców m.in. zdeklarowanych stoików, nawiązywał chyba do Logosu, mówiąc, że żyjemy i poruszamy się „w Bogu”, ale nie zmienia to faktu, że źle odebrali oni podkreślanie zmartwychwstania. Nawet Apostoł Narodów miał swoje porażki.

Takie przeakcentowanie Ewangelii w duchu lokalnej kultury nie jest łatwe, ale konieczne. Dzięki temu odkrywa się jej bogactwo wewnętrzne, wielowątkowość, uniwersalność i użyteczność dla każdego społeczeństwa i osoby ludzkiej z ich specyfikami. Z pewnością na tego typu zabiegi czekają dziś Indie oraz Chiny.

Gdy w Europie pojawia się jakaś nowa religia lub sekta, mądrzy ludzie pytają, jakie potrzeby zaspokaja ta wiara. To ważne pytanie, bo pozwala nam wyjść do tych ludzi z propozycją Jezusa Chrystusa, która wypełnia wszystkie ludzkie pragnienia w znacznie doskonalszy sposób niż jakakolwiek ludzka kultura. Pan Jezus, mając na uwadze Greków, dostosowuje swój przekaz do ich aktualnych możliwości zrozumienia, co nie znaczy, że wypacza swoje przesłanie. Głosząc wyzwalającą śmierć, dostosowuje swój przekaz do odbiorcy i jego potrzeb.

Być może i uwielbienie człowieka (Syna Człowieczego) w wypowiedzi skierowanej do Greków ma jakieś znaczenie. Grecy szukali bowiem deifikacji poprzez swoją religię i tradycję. Ich ideał życia ludzkiego oparty był tradycyjnie na instytucji herosa – szczególnego człowieka, który mógł trafić między bogów do nieba (Olimpu) i zaznać boskiego uwielbienia. Pięknie to wszystko koresponduje z takim prawdziwym herosem, Sokratesem. Powyżej mamy przywołaną wypowiedź Jezusa niedługo przed swoim odejściem do domu Ojca. Jest pełna nadziei. Podobnie optymistycznie na temat śmierci naucza Sokrates w ostatnich chwilach swojego życia (co zapisano w Fedonie):

„Nieprawdaż – powiedział Sokrates – jeżeli to prawda, przyjacielu, to wielka jest nadzieja, że przybywszy tam, dokąd ja idę, dopiero znajdzie człowiek pod dostatkiem, jeżeli w ogóle gdziekolwiek, tego, za czym się rozbijał przez całe minione życie; tak że temu wyjazdowi, który mnie dziś nakazany, przyświeca gwiazda dobrej nadziei; podobnie jak każdemu innemu człowiekowi, który ma to przekonanie, że wypracował sobie niejaką czystość duszy.

[…] i o to właśnie chodzi filozofom, o wyzwolenie i oddzielenie duszy od ciała. Czy nie?

– Nieprawdaż, dusza o tych znamionach w dziedzinę podobną do niej odchodzi: bezpostaciową, boską, nieśmiertelną i rozumną, dokąd przyjdzie i będzie szczęśliwa; skończy błędną wędrówkę i wyzbędzie się bezmyślności i obaw, i żądz dzikich, i innych nieszczęść ludzkich i, jak mówią wtajemniczeni, naprawdę resztę czasu między bogami spędzi. Tak powiemy, Kebesie, czy inaczej?”.

Fraza o Grekach znajduje się w tekście Ewangelii nie bez powodu, a przedstawione powyżej paralele między wypowiedzią Chrystusa a greckimi przekonaniami – nieprzypadkowe. Mamy w tym spotkaniu Chrystusa z Grekami bardzo poważne nauczanie na temat tego, czym jest dobra inkulturacja. Chrystus spotyka się z poganami nie na gruncie teologii, tylko antropologii. Nie mówi o Bogu, o tajemnicach wiary od Jego strony. Opowiada o człowieku umierającym, poświęcającym siebie, żeby być wyniesionym. Los człowieka widziany od strony samego egzystującego staje się pomostem pomiędzy kulturami i ich tak bardzo różnymi paradygmatami w patrzeniu na świat. Łączy z pewnością to, co ludzkie i uchwytne, jak w tym przykładzie umieranie, z potrzebą bycia afirmowanym.

Co jest takim pomostem w kontakcie z Indiami i buddyzmem? Nie mam pojęcia. Może silna potrzeba zaparcia się samego siebie, wyrzeczenia się ego, całościowego zawierzenia i przylgnięcia do rzeczywistości wiecznej. Inaczej mówiąc, silna, szczera i pokorna pobożność i asceza bez oglądania się na samego siebie. Nie wiem. A dla Chińczyków? Możność spotkania z czcigodnymi przodkami w pałacu Niebiańskiego Pokoju, gdzie wszystko jest starannie poukładane i hierarchiczne, a anioły stoją równo w swoich chórach i każdy z nich zna swoje miejsce, a wobec Władcy pada się na twarz? Wymaga to szerszego opracowania.

(3)

Sam Bóg otwiera przed nami drogę do drugiego człowieka, aby mu przekazać wiarę, ale trzeba mieć na to szeroko otwarte oczy. Drogą tą są punkty styczne między kulturą, którą spotykamy, i Dobrą Nowiną. Klucz do dialogu z drugim człowiekiem stanowią jakieś wspólnie akceptowane podstawy – dialog bowiem ma już w założeniu pewne porozumienie. Żeby innego człowieka czegoś nauczyć, trzeba być gotowym na to, by także uczyć się od niego, wtedy jest to obopólnie interesujące. Jako jeden z elementów doświadczenia religijnego możemy wskazać poczucie wspólnoty. Wejście w dialog niekiedy stanowi początek takiej wspólnoty i początek doświadczenia religijnego człowieka dotąd niewierzącego, może być zatem zaczynem więzi wspólnotowej. Bez tej więzi nie ma nawrócenia.

Spotkanie chrześcijaństwa z nowymi kulturami nie ma charakteru sztuczek intelektualnych ani sprytnych zabiegów retorycznych. To musi być spotkanie na poziomie egzystencji z ludźmi, którzy Dobrej Nowiny potrzebują. Często w takim kontekście przytacza się fragment z Pisma Świętego, gdy Pan Bóg mówi: „Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości. Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę – schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go” (Oz 11, 4). Ludzie obdarowani Dobrą Nowiną to dzieci, które nareszcie odnajdują Niebieskiego Rodzica. Duch Boży wznieca w ludziach w danym czasie pewne potrzeby, rozbudza „głód”, a rolą Kościoła jest te braki zaspokajać, co przypomina karmienie niemowlęcia przedstawione w powyższym cytacie z Księgi Ozeasza.

Zadaniem chrześcijan jest wytworzyć te więzy miłości. To nie musi wyglądać jak jakieś przymilne słodzenie, ale powinno być dzieleniem się radością z powrotu do przebywania z dawno utraconym Bogiem. Jest to doświadczenie do głębi przenikające radością, a jednocześnie nieraz przerażającym wstrętem do zła, w którym miało się udział. Dominuje w nim jednak radość, która powinna pozostać na zawsze.

(4)

Do nawrócenia kogoś, do przeobrażenia emocji może być potrzebny niekiedy pewien wstrząs wyrywający z uśpienia. Niezależnie od tego, czy to będzie wstrząs radości, czy inny, aby go wywołać, potrzebna jest szczerość i autentyzm. Trzeba mówić i działać z głębi dobroci swojego serca, a to z pewnością nie oznacza wystudiowanej katechizacji, tych miłych pozorów, do których przywykli choćby katoliccy kapłani. Ktoś kiedyś zauważył, że Indie mają ogromnie wyrobiony zmysł świętości. Chrześcijanie wysyłają tam różnych uczonych, społeczników, a wystarczyłby jeden autentyczny święty.

Ze złem danego człowieka lub kultury nie wolno dialogować. Nie ma dialogu ze złem, tak jak nie ma połączenia ognia i wody. Pomiędzy pobożnością i bezbożnością jest przepaść. Kto ją próbuje przekroczyć, niechybnie w nią wpadnie. Dialogować wolno tylko z dobrem w drugim człowieku, choćby było ono mgliste i zaczątkowe, ale tylko z dobrem.

(5)

Chrześcijaństwo ma piękną historię dialogu. W średniowieczu Kościół potrafił sprostać potrzebom społecznym, idąc z duchem epoki. Wiara rozkwitała, recypując coraz to nowe ludzkie rewelacje, jak choćby przywrócenie wiedzy o filozofii greckiej, ale też akceptując część ustaleń filozofii arabskiej. Niedawno jeszcze był z nami papież Karol Wojtyła, który wychodził w rozważaniach od filozofii współczesnej, ale nie zamykał się w niej, ale zanosił ją do Boga.

Chrześcijanin powinien brać świat takim, jakim jest, i zanosić go do Boga. Mając pomoc Bożą, jesteśmy w stanie osiągać cele, jakie stawiają sobie ludzie danego wieku. Bez Boga mogą o nich wyłącznie rozmawiać, bo na tyle tylko pozwala nam nasz upadek.

(6)

Chrystianizm nie jest zamkniętą sektą przestraszoną światem, tylko siłą sprawczą obecnej cywilizacji. Chrześcijaństwo przywróciło Europie naukę, oświatę, organizację społeczną, kulturę agrarną, prawo rzymskie, filozofię grecką. Rozwinęło i sponsorowało architekturę i sztukę. Mimo wszystkich niedomagań naszej kultury i cywilizacji to właśnie ona została z radością przyjęta przez cały świat. Ani świat arabski, ani Chińczycy, Hindusi czy Indianie, mimo nierzadko większej liczebności i stabilności, nie wytworzyli światowej kultury i cywilizacji. Pochodzi ona z chrześcijańskiej Europy, a inne społeczności przyjmują tylko jej efektowny wierzchołek. Nie rozumieją, że jej korzeniem jest chrześcijańska otwartość na potrzeby ludzi, na wiedzę o świecie, wrażliwość społeczna, bo człowiek jest wartością, a nie narzędziem.

Chrześcijaństwo to afirmacja świata, ponieważ jest on dobry, jak to stwierdził Bóg po jego stworzeniu. Stanowi ono wsparcie człowieka w jego nieudolności w odkrywaniu i zaspokajaniu swoich potrzeb zdrowymi zasadami, które pomagają uporządkować chaos i poukładać ludzkie działania, aby mieściły się w Logosie i tworzyły harmonię Boskiego Kosmosu.

Łaska buduje na naturze – to prawda znana chrześcijanom. Dlatego proponujemy różne duchowości. Nie tylko taką, która ucieka od natury w spirytualizm oparty na gnostyckim potępieniu świata i koncentrowaniu się na sprawach „ducha” czy „idei”. Wiemy, że Duch działa na świecie, a idee są wyrażone w konkretnych przedmiotach, rzeczach i sprawach. Trzeba umieć odnajdywać Jego dary w różnych sytuacjach i sprawach, także tych z pozoru przyziemnych. Jezus Chrystus przez trzydzieści lat był cieślą. Żył na świecie z ludźmi, czyniąc postępy w mądrości i w łasce u Boga i u ludzi. Jest w tym chyba jakaś nauka także dla nas.

(7)

Pamiętajmy, że „nieskończona jeszcze dziejów praca, nieprzepalony jeszcze glob sumieniem”. Mylne są wszystkie stanowiska finitystyczne, zakładające jakąkolwiek doskonałość i skończoność aktualną w historii człowieka. Czas biegnie, przynosząc nowe idee. Nie wolno nam zanurzać się w pysze i twierdzić, że nasza nauka jest już doskonała, a nasze myślenie – skończone. Duch nam stale coś jeszcze przypomina, pozwala zrozumieć, lepiej zinternalizować coraz to nowe aspekty objawienia ukończonego przez Chrystusa, ale wciąż jeszcze nie dość dobrze recypowanego przez lud Boży.

Stopniowość nauczania Bożego widać także w Starym Testamencie, dzięki któremu możemy dowiedzieć się, jak Pan Bóg pomału wychowywał swój lud, udzielając mu stopniowo i ostrożnie swojej mądrości, tyle, ile ten lud w konkretnym momencie historii był w stanie zrozumieć. Bóg jest Panem historii. Żywię wewnętrzne przekonanie, że ten stały postęp ludzkości w świadomości moralnej i duchowej ma głębokie uzasadnienie w sprawiedliwości Bożej. Bóg pozwala każdemu pokoleniu odkryć coś nowego i z tym się zmierzyć, i z tego cieszyć. W każdym pokoleniu powstają nowe, dobre idee, o które jedni heroicznie walczą, a drudzy heroicznie włączają je w kontinuum Boskiego nauczania.

Występni czynią z tych idei byty autonomiczne, pozbawione łączności z wieczną teologią i całością historii w obliczu Boga. Czynią rewolucje. Zatomizowane myślenie zabsolutyzowanymi ideami (nawet w założeniu dobrymi) prowadzi do sporów i wojen, które byłyby do uniknięcia, gdyby te idee włączyć w system dobra i miłości. W ten sposób przykładowo idea społecznego zdyscyplinowania, poświęcenia i patriotyzmu wynaturzyła się i przybrała formę nazizmu. Z kolei idea zapewnienia robotnikom godnego wynagrodzenia i warunków pracy przeobraziła się w bolszewizm. Zmiany te doprowadziły do wojny, w której zginęły dziesiątki milionów ludzi.

Dlaczego te idee się wynaturzyły? Stało się tak, bo zabrakło włączenia ich w uniwersalną w skali świata i historii ideę miłości i chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo, z natury głoszące pewną powściągliwość i stosowne proporcje pomiędzy zamysłami ludzkimi a podstawowymi prawdami objawionymi, moderuje zapędy ludzi danej epoki. Dodatkowo ma siłę włączenia zdrowych, ludzkich pomysłów do korpusu swojego nauczania.

Chrześcijaństwo, co ważne, nie uświęca środków, a wręcz przeciwnie – uczy, że środki są tak samo ważne, jak cel. Jest to jedna z poważniejszych konsekwencji uniwersalizmu i podejścia systemowego w myśleniu. Mimo najszlachetniejszych nawet celów, działacz–człowiek musi stale liczyć się z wieczną nauką moralności. Nie wiedzieli tego bolszewicy głoszący zakłamaną i zbrodniczą „moralność rewolucyjną”.

Zawsze chrześcijaństwo musi pamiętać o potrzebie życzliwej asystencji człowiekowi w jego historii, o cierpliwości w nauczaniu. Musi też przypomnieć sobie zapomnianą umiejętność pokory w obcowaniu ze światem, który nie stanowi siedliska zła, jak to głoszą dualni gnostycy. Świat jest podnóżkiem Bożym i obszarem Bożego działania, a zbiorowa mądrość ludzi danego czasu bywa nieraz przynajmniej w jakiejś części wyrazicielem stale płynących od Niego przesłań.

Dlatego oprócz spojrzenia krytycznego na idee pozachrześcijańskie winniśmy im podejście poszukujące w nich także głosu Ducha, który nigdy nie był zarezerwowany wyłącznie dla swoich świadomych wyznawców, ale działał przez ludzi z całego świata. Byłby to element szlachetnej afirmacji chrześcijan w stosunku do reszty ludzkości, aczkolwiek wymagający też zdrowego krytycyzmu. Byłaby to droga do chrześcijaństwa wielkiego, uniwersalnego, a także akceptowanego i przyjmowanego przez drugą stronę.

(8)

Niegdysiejsze chrześcijaństwo wielkie (Augustyn, Tomasz) promieniuje, oświeca inne kultury i potrafi je inkorporować w siebie. Nie ma w nim lęku, jest za to apetyt na nowy język, nowe pojęcia, nowe środki wyrazu. Takiego chrześcijaństwa potrzebujemy właśnie dzisiaj.

Trzeba zrozumieć muzykę dusz spotykanych ludzi. Nie można im zadawać gwałtu własną mentalnością. Akcentowanie różnic w stosunku do siebie jest tworzeniem barier, podczas gdy wskazywanie różnic z Bogiem to zbawienie, bo wyzwala z pychy. Wielu myli te działania, myli samych siebie z Bogiem. Kiedy zrozumie się przeżycia cudzej duszy, można próbować ją sublimować, oczyszczać i uszlachetniać.

4. Chrześcijaństwo jako synteza kultur

(1)

Religia i filozofia

Gilbert K. Chesterton zauważył, że nauka Chrystusa jednoczy przeciwieństwa – mythos (religię) i logos (filozofię). Zrąb nauki chrześcijańskiej pochodzi od Boga Wcielonego, ale znakomita jej ilość powstała w wyniku akceptacji własnego ludzkiego rozumowania. Paul Tillich dodaje, że nauka Ewangelii jest nie tyle wyczerpującym źródłem poznania Boga i świata, co kryterium poprawności wszelkich rodzajów ludzkiej działalności intelektualnej. Mówimy, że chrześcijaństwo pochodzi z Jerozolimy (objawienie), Aten (myślicielstwo ludzkie) i Rzymu (prawość i organizacja wspólnoty). Aż prosi się, żeby dodać Varanasi (indyjską ascezę i mistykę) i Pekin (chińską mądrość życiową), ale to wymaga przesiania dorobku tych ostatnich przez sito Ewangelii.

Naturalny nurt myśli (logos filozofii) stoi, jak już wspomniano, w opozycji z nurtem objawionym, najpierw Izraelitom, potem przez Boga Wcielonego przekazanym wszystkim ludziom. To jest główna opozycja dziejowa, która stale domaga się zjednoczenia tych zasad przeciwstawnych w Bogu. Niestety, w Europie obecnie umiera pamięć jednego i drugiego pod wpływem grzechu.

Patrząc na naturalny ludzki dorobek, musimy zauważyć, że chrystianizm zachowuje wszystko, co dobre, i namaszcza to umiarem i natchnieniem. Wyznacza miejsca każdemu ludzkiemu osiągnięciu, żadnego nie odrzuca, ale i żadnego nie czyni jedynym ani ostatecznym. Wszystko może mieć wartość, jest to jednak wartość fragmentaryczna. Adaptacja dorobku ludzkiego nadaje mu właściwy sens i formę.

Sam Chrystus łączy w sobie wszystkie formy życia duchowego:

• jest królem Królestwa Niebieskiego, co przyznaje przed Piłatem,

• jest kapłanem, nosi szatę arcykapłańską, ustanawia obrzędy i podaje do wierzenia prawdy wiary,

• jest cudotwórcą korzystającym z siły duchowej i uzdrawiającym (jak szamani, choć nie na ich sposób),

• naucza przypowieściami, krótkimi mitami i pozostawia nam opowieść o sobie oraz całą historię zbawienia, spełniające funkcje mitu religijnego,

• jest prorokiem przynoszącym posłanie od Boga,

• jest rabinem, ludowym mędrcem i nauczycielem,

• jest filozofem, naucza przy użyciu przewrotnych fraz, zmusza do myślenia (karci uczniów, że są nierozumni), stanowi też wcielony obiekt poszukiwań filozofów (Logos Heraklita, stoików i Filona z Aleksandrii),

• naucza na ulicy, wśród tłumów, w cienistych portykach miasta, jak robiło to wielu filozofów,

• uczy, niczym różni asceci kynicy, gnostycy, dystansu do świata i ciała,

• zachęca do podobieństwa do Boga jak gnostycy.

Biblia mieści w sobie i formę mitu, i księgi mądrościowe, i historyczne (nauka), i poezję, i przepisy obrzędowe (religia), a nawet zaczątkową filozofię zawartą w Księdze Hioba i Koheleta. Biblia nie zna podziałów na filozofię i teologię. Są one obecne w kulturze, gdy kwestionowaniu ulega autorytet Boski lub ludzki. Chrześcijaństwo jest harmonią jednego i drugiego. Papieżem filozofem był Jan Paweł II, który o spotkaniu wiary i rozumu, objawienia i spekulacji, teologii i filozofii napisał całą wspaniałą encyklikę Fides et Ratio. Pojęciem biblijnym jest mądrość, a nawet Mądrość, która stanowi aspekt Boga, a zbliżanie się do niej to zbliżanie się do samego Stwórcy.

(2)

Synteza, a nie synkretyzm

Niekiedy zarzuca się chrześcijaństwu, że nie tyle łączy różne tradycje, co jest ich synkretyzmem. To nieprawda, chrześcijaństwo jest po prostu powszechne i każdy człowiek na ziemi wnosi do niego coś swojego. Bywają tradycje religijne o charakterze synkretyzmu, czyli pomieszania elementów z różnych wierzeń:

• manicheizm był synkretyczną nauką buddyzmu, chrześcijaństwa i bliskowschodnich gnostycyzmów,

• gnostycyzm był synkretyzmem szamaństwa (ezoteryzm i bajkopisarstwo) i chrześcijaństwa oraz tradycji bliskowschodnich oraz pomieszania platonizmu z perskimi wierzeniami dualnymi,

• ostatnio ruch New Age i jego poprzednicy (teozofia, antropozofia).

Kościół z kolei jest powszechny, to znaczy grupuje różne lokalne Kościoły z ich tradycjami, kulturą, a nawet filozofiami. Afrykańczyk może sobie śpiewać i tańczyć do woli, Hindus ozdabiać posągi świętych girlandami kwiatów, Europejczyk zachowywać swoją intelektualną powściągliwość, a Amerykanin robić masowe, entuzjastyczne spotkania i parady. Wiara jednak pozostaje jednolita, to znaczy, że różne jej lokalne wersje mieszczą się w ustalonych kryteriach prawdziwości.

Chrześcijaństwo to synteza, a nie synkretyzm. Synkretyzm stanowi mieszankę, która coś tworzy. Eklektyzm z kolei to zmieszanie, które niczego nie tworzy. Synteza zaś to połączenie w jedno.

Prawdą katechizmową jest to, że Bóg działał na wszystkie narody, zasiewając pewne intuicje, które następnie stały się pomostem do przyjęcia pełni Ewangelii, praeparatio evangelica – przygotowaniem na Ewangelię. Są one „ziarnami” i mają charakter częściowy, Ewangelia zaś jest pełnią, która doprowadza do końca te wątki myślowe. Zgodnie z katechizmami, Duch Boży rozdawał natchnienia wszystkim narodom. Święty Jan dopowiada, że Bóg udziela się każdemu, kto przychodzi na świat. Ludzkie serce nieustająco Go doświadcza, ale jest to zasłonięte doświadczeniami ziemskimi i dopiero duchowość wraz z ascezą umożliwiają odsłonięcie najgłębszego, ale i najbardziej subtelnego wzroku duszy.

Wielokrotnie w Biblii mówi się, że wiara i Ewangelia są głoszone po krańce ziemi. Jednocześnie wiemy, że pierwsza z nich jest przyjmowana przez ludzi, którym Ojciec Niebieski udzielił odpowiedniego daru przyjmowania. Głoszenie Słowa nie pada w próżnię, gdyż Bóg jest także w słuchaniu, gdy obdarza zdolnością do recepcji. „Ziarna” Ducha zasiane w narodach ułatwiają tę recepcję, czyniąc wiarę w Boga bliską, znajomą, przyjazną danemu narodowi. Święty Justyn widział w tym oddziaływanie Boskiego Słowa (Logosu) na całą ludzkość bez wyjątku.

Nie ma w tym niczego nowego. Historia święta – wpierw patriarchów, potem Izraelitów, w końcu Kościoła – to nieustanny proces spotkania natchnienia Ducha Świętego z umysłowością człowieka. Człowiek tylko o tyle jest w stanie przyjąć Słowo, o ile jego aparat poznawczy na to mu pozwala. Tym aparatem są utarte przez daną kulturę ścieżki myślenia, uznane pojęcia, przyzwyczajenia, skojarzenia. Trzeba pamiętać, że Biblia nie jest dziełem podyktowanym, ale natchnionym. Pisarz biblijny żył w pewnej kulturze, wśród pewnych (także pogańskich) koncepcji metafizycznych. Bóg wpierw wytwarza więc pewien kulturowy grunt, który oczywiście staje się też skażony ludzkim, upadłym wkładem. Następnie na tę glebę dopiero rzuca odpowiednio sformułowane przesłanie i to zazwyczaj nie poprzez gotowe słowa (jak u Mojżesza), ale przez natchnienia. Prawdy wiary są owocem spotkania natchnienia Ducha ze światem ludzkiej kultury. Biblia jest zapisem budowania objawienia na naturze ludzkiego dorobku. Tak naprawdę naszą wiarę i Tradycję Kościoła budowali ludzie wielu kultur z historii świata. Objawienie padające na dobry grunt staje się objawieniem w człowieku.

(3)

Prawdy Ewangelii są niepodważalne. Można je zrozumieć i docenić, dopiero będąc wierzącym, dla niewierzących pozostają bowiem zamkniętą komnatą. One stanowią kryterium oceny wartości każdej ludzkiej myśli i dorobku kultury. Żadna kultura nie oprze się tej ocenie, ponieważ żadna nie wyrosła idealnie. Poszczególne kultury przypominają dzikie krzewy, które trzeba przyciąć i wyeksponować ich dobry owoc.

Mówiąc o „dobrych owocach”, nie mamy na myśli ustaleń stricte religijnych. Religie tworzyły się w strukturze pierwotnej, później kosmologicznej. Czczone w nich siły i figury bóstw nie mogą być zatem pod żadnym pozorem przyjmowane do chrześcijaństwa. Ostatnimi czasy monstrualnym nadużyciem było wniesienie do kościoła statuy Paczamamy i oddawanie jej czci. Nie wolno nam robić czegoś takiego zgodnie z pierwszym przykazaniem. Wielka Macierz, Matka Ziemia to kult znany na całym świecie. Ludzie wierzą, że są jej częścią. W tym przypadku ma wymiar pierwotny, kosmiczny i monistyczny. Kultu tego nie można przejmować pod żadnym pozorem. Można jednak odczytać zawartą w nim protofilozofię i ją rozpatrzyć, na ile jest potrzebna dzisiejszemu człowiekowi. Odnajdziemy w niej szlachetność, jak w wielu podobnych pierwotnych wierzeniach, w których człowiek widzi siebie jako cząstkę Kosmosu. To czyni go zatroskanym o Kosmos i wrażliwym na jego stan. W kulcie Wielkiej Matki zauważymy także ogromną ufność wobec opatrznościowej siły czuwającej nad człowiekiem. Te rzeczy można przyjąć jako dobre nauczanie dla chrześcijan i odszukać w materiale objawionym podobne motywy, po czym je wyeksponować. Wszystko to znajduje się także w chrześcijańskiej tradycji wiary, do czego wrócimy w dalszej części niniejszej książki.

W ten sposób treści zawarte w naturalnej tradycji możemy docenić i przyjąć do własnego dorobku, czyniąc to z wdzięcznością, ale bez porzucania swojej wiary. Praktycznie każdy dobry przekaz innych religii i podobnych kultur duchowych można poddać analizie, wyekstrahować z niego przekaz filozoficzny, uczuciowy czy teologii naturalnej, a później odszukać te same treści w Biblii lub nauczaniu ojców oraz doktorów Kościoła. To naprawdę nic trudnego. Przykładowo, jakiś czas temu J.C.H. Wu słusznie zidentyfikował chińską koncepcję wu wei wu z małą drogą św. Tereski. Pozostał w swojej chińskiej tradycji, nie tracąc z niej niczego wartościowego, a przy tym wzbogacił dorobek chrześcijaństwa o tezy taoizmu klasycznego. Równie łatwo można opracować konfucjanizm i każdą inną kulturę duchową.

(4)

Chrześcijaństwo, żeby żyło, potrzebuje udziału człowieka, ludzkiej kultury, z którą może wchodzić w interakcje. Ludzie mają prawo być dumni z dorobku duchowego swoich narodów i nie powinni z niego rezygnować, jeśli jawi się jako wartościowy. Przykładowo indyjski sadhu może bez problemu uprawiać swoją dyscyplinę ascetyczną dla Chrystusa, dzieląc z Nim cierpienia. Może zarazem przestać zabiegać o moce jogiczne oraz zrezygnować z narkotyków, takich jak marihuana i haszysz, jeśli były obecne w jego tradycji. Tak dochodzi do wykrystalizowania się najszlachetniejszych części danej kultury i oddzielenia ich od tych, które jej nie służą.

(5)

Żeby dobrze prowadzić adaptację kultury do chrystianizmu, trzeba kochać Chrystusa całym sercem i nie odstępować od wiary w Niego dla innych wiar. Trzeba także kochać ludzi z ich zdobyczami duchowymi i problemami do rozwiązania. Dopiero w takim stanie rozwinięty duchowo człowiek może wziąć udział w tym procesie.

Niestety, jest to w naszych czasach rzadkość. Chrześcijanie zapomnieli o własnych praktykach i niełatwo znaleźć ludzi jednocześnie duchowo przywiązanych do Chrystusa oraz dobrze przygotowanych ascetycznie oraz teologicznie. Wobec tych wyzwań chrześcijanie raczej porzucają własną wiarę i staczają się w nowoerowe pomieszanie. Przykładowo, są księżmi, a zostają adeptami zen, jogi i podobnych praktyk bez żadnego krytycyzmu i namysłu. Tworzą synkretyczne pomieszania i czczą w sercach coś innego niż Chrystusa, co jest przedmiotem kultu w przyjmowanych innych religiach i gnozach. To straszne, jak szybko takie postępowanie prowadzi do zapomnienia o Bogu, a oparcia się na innych kultach. To jest niedopuszczalne w chrystianizmie.

Z kolei wiele osób szczerze wierzących w Chrystusa nie potrafi już dziś dokonywać inkulturacji Ewangelii. Zmuszają chrzczonych ludzi do porzucenia swoich naturalnych tradycji i przyjęcia zachodniego stylu życia. To czyni nawrócenia w niektórych społeczeństwach niemal niemożliwymi, co możemy zaobserwować w Indiach.

(6)

Nie wolno „mieć” innych bogów. To znaczy, że nie wolno niczego i nikogo traktować jako ostatecznego źródła prawdy duchowej, jako swojego duchowego opiekuna i przewodnika. Oznacza to też, że chrześcijanom nie wolno brać udziału w praktykach innych religii, w ich obrządkach i modlitwach. To oczywiste.

Rozwinięciem tej zasady jest zakaz posiadania mistrzów (nauczycieli, przewodników duchowych) oraz nazywania kogokolwiek „ojcem”, czyli zupełnego wzorowania się na nim.

Z innowierczych tradycji wolno czerpać filozofię jako narzędzie zbliżania się do Boga. Te doceniane i przyjmowane elementy nigdy nie mogą być traktowane jako ostateczne, a jedynie jako służebne wobec kultu Boga.

(7)

Paradoksalnie, żeby naprawdę docenić jakiś pogląd niechrześcijański i w pełni zrozumieć jego pochodzenie od Boga, trzeba najpierw uznać Jezusa Chrystusa za swojego Pana i Zbawiciela. Kto tego nie czyni, prędzej czy później spotyka się z tym, że na świecie jest po prostu wiele najróżniejszych tradycji duchowych, które tworzą rodzaj różnokolorowej mozaiki. Takie postrzeganie niczego nie wnosi i poprzez zwątpienie relatywizmu prowadzi prostą drogą do ateizmu. Dopiero, gdy objawienie Pana Jezusa nadaje niektórym elementom różnych naturalnych wiar swój sens, rozumiemy, jak wartościowa jest dana tradycja. Poglądy Arystotelesa przez długi czas traktowano jako coś z natury przeciwnego chrześcijaństwu, brakowało w nich mistyki, za to było w nich wiele namysłu nad materią. Po dwunastu wiekach chrześcijaństwa dopiero scholastycy w pełni odkryli głębię części założeń Stagiryty i osadzili je w przesłaniu Ewangelii. Choć nie wszystko, co ten filozof twierdził, potwierdzono, to jednak razem z tym, co zostało docenione, otoczono uznaniem jego samego.

(8)

Wolno też przejmować naturalny klimat duchowy danej społeczności. Pan Jezus, gdy uczył, posługiwał się kodem kulturowym swoich rodaków, powtarzał znane powiedzenia, korzystał z dorobku rabinackiego, zwłaszcza z tradycji Hillela. Dzięki temu docierał do ludzi. Jeśli chcemy dziś głosić Ewangelię, musimy dobrze rozumieć Pana Boga dzięki rozważaniu i kontemplacji, a także ludzi, do których chcemy mówić. Powinniśmy zaczynać od wspólnych przekonań i przeżyć.

Boże Słowo nie zadaje ludziom gwałtu, tylko leczy ludzi i ich doskonali. Można je głosić radośnie do radosnych i smutno do smutnych, filozoficznie do filozofów i prosto do prostych, czule do czułych i twardo do twardych. On jest wszystkim dla wszystkich, a dla każdego może być w szczególny sposób własny.

Pokazuje to sam Chrystus, który w słowach o Grekach uczy, jak można pięknie mówić do konkretnych ludzi z ich przyzwyczajeniami i utrwalonymi skojarzeniami. Do Judejczyków mówił w święto świateł, że to On jest Boskim Światłem. W czasie Paschy był ich Barankiem. Na wieczerzy paschalnej był chlebem i winem. Dla chorych stanowił uzdrowienie, dla cierpiących od złego ducha był egzorcyzmem, dla głodnych – pokarmem, dla nieczystych – oczyszczeniem.

Obecnie dla spragnionych sprawiedliwości jest sądem ostatecznym, dla szukających miłosierdzia – przebaczeniem, dla oczyszczonych, opróżnionych z egoizmu – wypełnieniem, poznaniem Boga, dla cierpiących – pocieszeniem, dla prześladowanych – radością. Jest wszystkim, czego potrzebujemy.

(9)

Chrystianizm to poznawanie logiki życia, sensu zdarzeń, przyczyn i skutków. To spotkanie z osobowym źródłem wszelkiej logiki – Logosem, Prazasadą rzeczywistości. Chrystianizm zdolny jest zaakceptować wszelkie trafne wyniki myślicielstwa naturalnego. Czyni to od swojego początku, wyrażając się poprzez pojęcia wzięte z filozofii i różnych religii. Jednocześnie Ewangelia wszystkie je przekracza. Chrystianizm zdolny jest zaadaptować także kolejne tradycje myślowe, które powstały i powstają na Zachodzie i Wschodzie. Doskonałym tego przykładem jest myśl św. Tomasza oraz P. Tillicha.

(10)

Jedna z popularnych prawd wiary głosi, że Bogu śpiewać należy „pieśń nową”. Wciąż nowe czasy i ludzie zyskują zdolność do nowego odkrywania Boga i nowej tego ekspresji. To jest niezwykle silne wezwanie duchowe, które odczuwają także nasze czasy. Potrzeba do tego nowych kultur z ich „melodiami” do tej pieśni, np. klimatem ascezy w Indiach czy poetycko-mądrościową nauką chińską.

(11)

„Co więc mamy czynić? – zapyta ktoś. Cóż innego, jak nie to, by uwolniwszy się od innych spraw, jedynie o duszę się troszczyć. Nie należy więc służyć ciału ponad jego potrzeby, ale wpajać w duszę to, co najlepsze, by ją przy pomocy filozofii, jakby z więzienia, uwolnić z więzów namiętności cielesnych, a jednocześnie sprawić, by ciało stało się nie do pokonania przez namiętności” (Święty Bazyli Wielki, Do młodzieńców o korzyściach z czytania książek pogańskich, tłum. ks. bp R. Andrzejewski, Vox Patrum 32).

Jak wynika z przypisu tłumacza: „Termin «filozofia» miał u Ojców Kościoła inne znaczenie, najogólniej oznaczał kontemplację, ascezę, życie ascetyczne (…)”.

Powyższy cytat pokazuje klimat początków chrześcijaństwa uczącego się z dorobku hellenistycznego od ówczesnych filozofów ascezy i cnoty.

(12)

Jak niegdyś świat helleński został zaadoptowany do Dobrej Nowiny, co zaowocowało geniuszem Tomasza z Akwinu, tak i współczesny świat potrzebuje, aby go przyprowadzić do Chrystusa. Jest to świat ogromny, bogaty, buzujący życiem na wiele sposobów.

Z pewnością opracowanie w pełni przesłania chrześcijaństwa uniwersalnego przekracza moje możliwości. Z tym większą lubością czytam Teologię systematyczną P. Tillicha, która stanowi naprawdę znakomitą próbę takiej syntezy i adaptacji. Mimo braku przypisów i wyjaśnień bez trudu można w niej odnaleźć tropy tak współczesnej myśli zachodniej, jak i wiele wątków orientalnych, a wszystko to utrzymane w duchu autentycznej pobożności chrześcijańskiej. Niestety autor nie ustrzegł się drobnych błędów dotyczących związków grzechu pierworodnego z naturą egzystencji człowieka. Nie zmienia to jednak faktu, że dzieło jako całość jest znakomite.

(13)

Chrystianizm to religia kompletna i różnorodna wewnętrznie, łączy wszystkie wiary historii: jedynobóstwo, wielobóstwo, ateistyczną filozofię. Posiada aspekty filozoficzne, religijne i gnostyckie. Jedne nurty stale moderują i ograniczają inne. Rozbuchana mistyka poddawana jest osądowi teologów. Teologia z kolei, jeśli się wynaturza, może być prostowana przez mistyków. Charyzmatycy na co dzień dodają temu wszystkiemu wciąż nowej energii, a liturgiści w swoich obrzędach skłaniają się ku wieczności. To wszystko jest ważne i potrzebne, ponieważ dzięki temu żaden ludzki naturalny wynalazek nie staje się jedynym i absolutnym sposobem myślenia. Różne odkrycia muszą ze sobą konkurować i wzajemnie się krytykując, moderować. To daje możliwość interakcji we wspólnocie wiernych, czasem wręcz iskrzącej.

To w taką rzeczywistość wpisują się nowe nurty teologii i religijne style życia, jeśli takie powstają. Także te tutaj postulowane muszą liczyć się z tym, że każdy nowy nabytek w chrystianizmie będzie poddawany krytyce i zmuszany do obrony i doskonalenia. Mechanizm ten zapewnia chrześcijaństwu coraz doskonalsze efekty pracy umysłowej i duchowej. Interakcje między typami wiary i sposobami jej przeżywania zapewniają wewnętrzne życie wspólnocie, które oparte jest na zmaganiu się różnych postaw i twierdzeń. W ten sposób każdy nowy nabytek znajduje swoje małe miejsce w wielkim i skomplikowanym organizmie Kościoła. W chrystianizmie wszystko jest jakoś ograniczone, ale i niczego nie brakuje. Chociaż funkcjonuje wielość symbolik, to jednocześnie swoją obecność zaznacza jednolitość desygnatu, gdy mówimy o Bogu.

(14)

Wspólnota wiernych obrządku rzymskiego nazywa siebie Kościołem powszechnym. Sens tego sformułowania pozostaje taki sam, jak przy określeniu uniwersalny, ogólnoludzki. Faktycznie ta konkretna formacja intelektualna oparta jest na wewnętrznej różnorodności i posiada znakomitą tradycję adaptacji dorobku różnych filozofii do swojego nauczania. Niestety, proces ten właściwie zamarł wiele wieków temu. Sprawia to, że przy oczywistych zasługach i posiadaniu stosownych narzędzi Kościół rzymski stoi dziś na pozycjach integrystycznych i stagnacyjnych. Na dodatek przez kilkaset lat promowano jedną arystotelejską filozofię. Niemniej Kościół ten posiada ogromny, niewykorzystany potencjał w zakresie adaptacji filozofii i stylów życia z różnych stron świata. Od strony intelektualnej wydaje się, że trzy główne obrządki chrześcijańskie: katolicki, prawosławny i reformowany posiadają obecnie mniej więcej te same narzędzia i problemy: tradycje rozwojowe w teologii, brak aktualnie postępów w niej i ogromną determinację integrystyczną wobec narastającej ateizacji społeczeństw. To ostatnie jest jednak drogą donikąd, jeśli powoduje brak obecności kościołów w życiu wiernych oczekujących przekonującego wyjaśnienia zastanej rzeczywistości. Podstawowe pytanie filozofii: „Dlaczego jest tak, a nie inaczej?” oczekuje na to, aby przewodnicy duchowi poważnie się z nim zmierzyli. Wymaga to od nich tego, czego tak często uczą – uznania win i zaniedbań. Tymczasem sami wierni, zdolni do czytania, pisania i myślenia, we własnym zakresie mogą i powinni stanąć wobec swojego świata i dokonać koniecznego skoku w rozumieniu, tworząc stosowne terminy (symbolizacje) dostosowujące dzisiejsze rozumienie wiary do aktualnego otoczenia kulturowego. To konieczność dziejowa i potrzeba każdego myślącego człowieka.